Reklama

Przez dwie dekady byłem modelowym przykładem dobrego męża i odpowiedzialnego ojca, dusząc się w małżeństwie, które od początku było wyrokiem, a nie wyborem. Wszyscy wokół powtarzali mi, że muszę dorosnąć, wziąć to na klatę, poświęcić się dla rodziny. A ja właśnie teraz, mając 43 lata, odkryłem, że dorosłość to wolność, a nie dożywotnie kajdany. Kiedy moi rówieśnicy narzekają na kredyty i nudę w sypialni, ja przeżywam drugą młodość, która smakuje lepiej niż pierwsza, bo wreszcie stać mnie na to, by brać z niej to, co najlepsze. I choć niektórzy nazywają mnie egoistą, ja nazywam to odzyskiwaniem straconego czasu.

Lubiłem ją, jasne

Doskonale pamiętam ten dzień, chociaż minęło już dwadzieścia lat. To był duszny lipiec, powietrze stało w miejscu, a w małej łazience akademika pachniało tanim mydłem. Dorota siedziała na krawędzi wanny, trzymając w ręku ten kawałek plastiku, który miał zdefiniować całą moją przyszłość. Wyrok: dwie kreski. Miałem 23 lata, byłem na trzecim roku architektury, miałem plany, stypendium w Barcelonie w zasięgu ręki i głowę pełną marzeń o projektowaniu szklanych domów. A potem usłyszałem te trzy słowa: Jestem w ciąży.

W jednej sekundzie mój świat się skurczył. Nie było mowy o myśleniu o sobie. Moi rodzice, konserwatywni do szpiku kości, i jej rodzice, przerażeni hańbą, zadecydowali za nas. Ślub. Szybki, skromny, bo brzuch zacznie być widać.

— Kamil, musisz być mężczyzną — powtarzał mój ojciec, klepiąc mnie po plecach, jakbym szedł na ścięcie.

I byłem. Boże, jak bardzo starałem się być tym mężczyzną. Zrezygnowałem z Erasmusa. Poszedłem do pierwszej lepszej pracy w biurze projektowym, gdzie zamiast wieżowców projektowałem garaże i adaptacje poddaszy za psie pieniądze. Ożeniłem się z Dorotą nie z wielkiej miłości, ale z poczucia obowiązku i strachu przed oceną społeczną. Lubiłem ją, jasne. Była ładna, miła, ale czy to była ta jedyna? Wtedy nie zadawałem sobie takich pytań.

Dostałem ataku paniki

Patryk urodził się w styczniu. Mały, pomarszczony, krzyczący. Pokochałem go od razu, ale miłość do syna to jedno, a życie z kobietą, z którą łączy cię tylko dziecko i kredyt we frankach to zupełnie co innego. Nasze małżeństwo było poprawne. To najgorsze słowo, jakiego można użyć w kontekście relacji. Było letnie. Dorota szybko weszła w rolę Matki Polki Cierpiętnicy. Zawsze zmęczona, zawsze w dresie, zawsze z pretensją w głosie, że za mało pomagam, mimo że pracowałem po 12 godzin, żebyśmy mogli spłacać mieszkanie na Białołęce.

— Kamil, znowu wracasz późno? Patryk już śpi. — To było jej standardowe powitanie.

Nie było w tym pasji. Życie intymne? Stało się obowiązkiem wpisywanym w kalendarz, gdzieś pomiędzy zakupami w dyskoncie a wizytą u teściów. Wszystko na szybko, po ciemku, pod kołdrą, żeby mały nie usłyszał. Z każdym rokiem czułem, jak w środku umieram. Stałem się automatem. Praca, dom, weekend w centrum handlowym, obiad u mamy, praca.

Patrzyłem w lustro i widziałem faceta, który ma 30, potem 35, potem 40 lat i oczy martwej ryby. Zazdrościłem kolegom, którzy byli singlami. Zazdrościłem tym, którzy się rozwodzili. Czułem się jak w pułapce, której kraty zbudowałem własnymi rękami w imię odpowiedzialności. Przełom nastąpił w moje 40. urodziny.

Dorota kupiła mi kapcie i sweter w romby. Zorganizowała małe przyjęcie dla rodziny. Patrzyłem na teściową jedzącą sernik, na Dorotę narzekającą na ceny prądu i na mojego syna, Patryka, który miał już 17 lat i był wpatrzony w telefon. Nagle dotarło do mnie: Jeszcze chwila i on wyfrunie z gniazda. A ja zostanę tu z nią. Na zawsze. W tych kapciach. Dostałem ataku paniki. Dosłownie. Musiałem wyjść na balkon, żeby złapać powietrze. Wtedy podjąłem decyzję. Nie odejdę dla innej kobiety. Odejdę dla siebie.

Wynająłem nowoczesny apartament

Rozwód był bolesny, ale konieczny. Dorota była w szoku.

— Masz kogoś? — pytała z niedowierzaniem.

— Nie, Dorota. Po prostu nie chcę już tak żyć. Chcę czegoś więcej niż wegetacji — odpowiedziałem szczerze.

Nie zrozumiała. Zrobiła ze mnie potwora. Rodzina się ode odwróciła. „Kryzys wieku średniego”, szeptali po kątach. „Zostawił dobrą kobietę, odbiło mu”. Uznałem, że niech gadają. Oddałem jej mieszkanie. Zostawiłem samochód. Wziąłem tylko swoje rzeczy, laptopa i godność. Wynająłem nowoczesny apartament w centrum, blisko biura, w którym byłem już dyrektorem kreatywnym (tak, w końcu zawodowo odbiłem się od dna).

Pierwsza noc w nowym mieszkaniu była dziwna. Cisza. Nikt nie wołał, żeby wynieść śmieci. Nikt nie pytał, czemu znowu oglądam mecz. Mogłem chodzić nago, pić wino o 2 w nocy i słuchać jazzu na cały regulator. Poczułem strach, ale pod nim... pod nim buzowała adrenalina. Jakbym po 20 latach śpiączki nagle otworzył oczy.

To była przygoda

Mówią, że facet po czterdziestce na rynku matrymonialnym jest jak wino, a kobieta jak mleko. To okrutne, seksistowskie, ale... prawdziwe. Zadbany 43-latek z pozycją, pieniędzmi i, co najważniejsze, wolnością, to dla wielu kobiet cel numer jeden. Zacząłem o siebie dbać. Siłownia trzy razy w tygodniu, trener personalny, nowa garderoba. Wyrzuciłem te cholerne swetry w romby. Kupiłem dopasowane marynarki, skórzane kurtki, dobre perfumy. Zainstalowałem Tindera. To, co tam zobaczyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Pamiętam pierwszą randkę z Julią. Miała 26 lat. Tyle, ile ja, gdy Patryk szedł do przedszkola. Była graficzką, miała tatuaże i energię, która mnie oszałamiała.

— Nie przeszkadza ci mój wiek? — zapytałem wprost, sącząc drinka w modnym barze na powiślu.

Zaśmiała się, odrzucając włosy do tyłu.

— Kamil, faceci w moim wieku to chłopcy. Mieszkają z matkami albo nie wiedzą, czego chcą. Ty wiesz.

Miała rację. Wiedziałem. Chciałem żyć. Tamta noc z Julią była jak uderzenie pioruna. Bez rutyny, bez wstydu. Odkryłem swoje ciało na nowo. Zrozumiałem, że przez lata żyłem w próżni, nawet o tym nie wiedząc. Julia pokazała mi, że to wszystko może być zabawą, eksperymentem, czystą przyjemnością. To nie był związek na całe życie. To była przygoda. I po raz pierwszy nie czułem się winny, że traktuję to lekko.

Kamień spadł mi z serca

Najtrudniejszym momentem była konfrontacja z Patrykiem. Miał już 20 lat, studiował informatykę. Bałem się, że mnie znienawidzi, że przejmie narrację matki o złym ojcu, który porzucił rodzinę.
Umówiliśmy się na piwo. Tak, na piwo. Dorosły facet z dorosłym synem. Siedzieliśmy w pubie, a ja nie wiedziałem, jak zacząć. Patryk mnie uprzedził:

— Tata, wyglądasz... inaczej — powiedział, lustrując moją nową fryzurę i zegarek. — Wyglądasz na szczęśliwego.

— Bo jestem szczęśliwy, synu. Przepraszam, jeśli to zabrzmi egoistycznie, ale... dusiłem się.

Patryk wziął łyk piwa i pokiwał głową.

— Wiem. Widziałem to. Mama... mama jest trudna. Zawsze była. Myślałem, że tak musi być, że dorośli po prostu są smutni. Ale teraz widzę ciebie i myślę, że może wcale nie musi tak być.

Kamień spadł mi z serca. Zaczęliśmy rozmawiać jak równy z równym. O kobietach, o planach, o podróżach. Zabrałem go na kitesurfing na Hel — pokazać mu moją nową pasję. Pływaliśmy razem, śmialiśmy się, a wieczorami siedzieliśmy przy ognisku. Po raz pierwszy czułem się nie jak ojciec-instytucja, ale jak jego przewodnik, mentor, kumpel.

Oczywiście, Dorota nie mogła tego znieść.

— Kupujesz go! Demoralizujesz! — krzyczała do słuchawki, gdy dowiedziała się, że Patryk poznał moją nową partnerkę, 29-letnią Kingę.

— Dorota, on ma 20 lat. Nie kupuję go. Po prostu pokazuję mu świat, którego ty się boisz — odpowiedziałem i rozłączyłem się.

Nie udaję dwudziestolatka

Kinga to nie była kolejna przelotna znajomość z Tindera. Poznaliśmy się na wernisażu. Jest kuratorką sztuki, niezależną, inteligentną, piękną i... młodszą ode mnie o 14 lat. Niektórzy moi znajomi (ci, którzy jeszcze ze mną rozmawiają) przewracają oczami. „Kryzys wieku średniego, klasyk” — słyszę za plecami. A nieprawda.

Kinga nie szuka tatusia, który ją utrzyma — zarabia lepiej niż ja. Ona szuka partnera, który ma doświadczenie, klasę i potrafi o nią zadbać emocjonalnie. A ja? Ja przy niej młodnieję, ale w ten mądry sposób. Nie udaję dwudziestolatka. Nie chodzę w rurkach, nie używam młodzieżowego slangu (to byłoby żałosne). Ale mam energię. W zeszłym miesiącu polecieliśmy spontanicznie do Toskanii. Wypożyczyłem kabriolet. Jeździliśmy po winnicach, kochaliśmy się w hotelach z widokiem na cyprysy, jedliśmy kolacje o północy.

Patrzyłem na nią, gdy śmiała się, jedząc trufle, i myślałem o Kamilu sprzed 20 lat. O tamtym przerażonym chłopaku, który liczył każdą złotówkę i bał się powrotu do domu. Chciałbym móc się cofnąć i powiedzieć mu: Wytrzymaj. To minie. Jeszcze będziesz królem życia. Nasz związek ma dynamikę, o jakiej z Dorotą mogłem tylko marzyć. Jest chemia, jest napięcie. Kinga jest pewna siebie, wymagająca w łóżku, otwarta. To ja muszę nadążać za nią, a to motywuje do bycia w formie.

Pamiętam sytuację z zeszłego tygodnia. Byliśmy na kolacji z jej znajomymi. Wszyscy koło trzydziestki. Bałem się, że będę dziadkiem w tym towarzystwie. Okazało się, że byłem duszą towarzystwa. Opowiadałem anegdoty z budów, sypałem ripostami. Kiedy wracaliśmy taksówką, Kinga położyła mi rękę na udzie.

— Wiesz, że moi koledzy ci zazdroszczą? — szepnęła mi do ucha.

— Czego? — zapytałem, czując to przyjemne mrowienie.

— Mnie. I tego, że masz w sobie ten spokój, którego oni nie mają. Jesteś bardzo pociągający, panie architekcie.

Tamtej nocy nie spaliśmy do świtu. To jest życie na 100%.

Dopada mnie żal

Czy wszystko jest idealne? Nie będę kłamał. Są trudne momenty. Kiedy wracam do pustego mieszkania i Kinga jest w delegacji, a Patryk ma sesję i nie odbiera, dopada mnie cisza. Czasem myślę o starości. Kto poda mi szklankę wody? Kinga? Jest młoda, może zechce kiedyś mieć swoje dzieci. A ja? Mam 43 lata. Czy chcę znowu wchodzić w pieluchy? Absolutnie nie. Mam to już za sobą. Mam dorosłego syna i chcę być egoistą.

To może być punkt zapalny w przyszłości. Wiem o tym. Czasem też dopada mnie żal. Żal za tymi zmarnowanymi latami. Kiedy widzę zdjęcia znajomych, którzy brali śluby z miłości, którzy podróżowali po świecie w wieku 25 lat, czuję ukłucie w sercu. Ja w tym czasie zmieniałem pieluchy i kłóciłem się o to, czyja kolej na zmywanie. Straciłem młodość na rzecz odpowiedzialności. Teraz, gdy mam drugą młodość, staram się nadrobić wszystko naraz. Czasem za szybko, za mocno. Zdarzyło mi się przesadzić z alkoholem na imprezie firmowej, bo chciałem udowodnić, że wciąż potrafię pić jak student. Kac trwał dwa dni. Ciało ma swoje granice, nawet jeśli duch rwie się do boju.

Jest też kwestia Doroty. Ostatnio widziałem ją przypadkiem w galerii handlowej. Wyglądała... staro. Bardziej niż wskazywałaby metryka. Zgarbiona, z siatkami pełnymi zakupów, w tej samej szarej kurtce. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, zobaczyłem w jej oczach czystą nienawiść, ale też ogromny smutek. Poczułem ukłucie sumienia. Czy to ja ją tak zniszczyłem? Czy gdybym został, byłaby szczęśliwsza? A może oboje byśmy zgorzknieli do reszty? Nie podszedłem. Odwróciłem wzrok i poszedłem w stronę sklepu z drogą elektroniką, gdzie czekała na mnie Kinga z dwiema kawami latte. Wybrałem siebie. To brutalne, ale prawdziwe.

Zamierzam lecieć wysoko

Moja historia nie jest bajką Disneya. Nie jestem rycerzem na białym koniu. Jestem facetem, który popełnił błąd w młodości i zapłacił za niego dwudziestoma latami życia. Ale jestem też dowodem na to, że nigdy nie jest za późno, by nacisnąć przycisk "reset". Nie namawiam nikogo do rozwodu. Jeśli macie co ratować — ratujcie. Ale jeśli czujecie, że umieracie za życia, że jesteście tylko bankomatami i szoferami, że wasze potrzeby nie istnieją... Pamiętajcie o mnie.

Jestem po rozwodzie. Mam świetny kontakt z dorosłym synem. Mam pasje, pieniądze i kobietę, która sprawia, że krew w moich żyłach wrze.

Wczoraj Kinga zapytała mnie:

— Kamil, czego najbardziej żałujesz?

Zastanowiłem się chwilę. Spojrzałem na panoramę miasta za oknem naszego apartamentu.

— Żałuję, że tak długo bałem się być sobą — odpowiedziałem.

— A teraz?

— Teraz boję się tylko tego, że doba jest za krótka, żeby zdążyć nacieszyć się tym wszystkim.

Życie zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz spełniać oczekiwania innych, a zaczynasz spełniać swoje marzenia. I niech mnie oceniają. Ja jestem zajęty planowaniem kolejnego wyjazdu na Hel. Prognoza pogody zapowiada silny wiatr, a ja zamierzam lecieć wysoko. Bardzo wysoko.

Kamil, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama