„Wziąłem na wspólnika syna, bo rodzinny interes był żyłą złota. Po 3 miesiącach mnie wysiudał i zostawił w skarpetkach”
„Podał mi dłoń, spojrzał w oczy. Tak, ufałem mu. To był mój syn. Myślałem, że mamy wspólny cel. Dla mnie to była przyszłość firmy. Dla niego – jak się później okazało – zupełnie coś innego”.

Rodzinny interes prowadziłem od ponad dwudziestu lat. Zaczynałem od zera, dosłownie — jeden stary dostawczak, skromny magazyn i upór, żeby się wybić. Transport, przeprowadzki, logistyka — z biegiem lat firma urosła w siłę, a ja zyskałem szacunek w branży. Gdy zbliżałem się do sześćdziesiątki, zacząłem myśleć o przekazaniu pałeczki. Wydawało mi się, że to naturalne, by wprowadzić do biznesu mojego syna. Ufałem mu, mimo że wcześniej nie interesował się firmą. Chciałem, żeby miał zabezpieczoną przyszłość. Nie wiedziałem, że sam siebie właśnie pakuje na boczny tor.
Z rodziną najlepiej na zdjęciu
Zawsze miałem z synem trudniejszy kontakt niż z córką. Odkąd był nastolatkiem, coś się między nami rozjeżdżało. Niby normalne rozmowy, czasem wspólny mecz, ale bez większej bliskości. Po maturze rzucił studia po pół roku i zajął się… sam nie wiem czym. Zmieniał prace, mówił, że „szuka siebie”. Trochę mnie to martwiło, ale powtarzałem sobie, że ma czas. Może ja w jego wieku też nie byłem poukładany.
Firma w tym czasie szła jak burza. Zatrudniałem już ponad trzydziestu ludzi, miałem dwie hale i flotę aut, o jakiej kiedyś mogłem tylko pomarzyć. Klientów nie brakowało, wszystko działało jak dobrze naoliwiona maszyna. Ludzie mówili:
— Zdzisiek, ty to złoto masz w rękach. — Śmiałem się, że raczej w krwi, bo wszystko, co osiągnąłem, wypracowałem własnym potem.
Któregoś dnia syn zapytał mnie przy kawie:
– Tata, a nie myślałeś, żeby mnie trochę wdrożyć w firmę?
– Co, chcesz się czegoś nauczyć? – zdziwiłem się.
– No… myślę, że mógłbym coś wnieść. Może spojrzenie z innej strony.
Pomyślałem, że może dojrzał. Że chce coś robić ze swoim życiem. Ucieszyło mnie to, choć wolałbym, żeby sam wyszedł z inicjatywą wcześniej. Niemniej – rodzina to rodzina. A firma i tak kiedyś miała przejść w jego ręce.
– Przyjdź w poniedziałek o ósmej. Zobaczysz, jak to wygląda od środka.
Uścisnął mi dłoń jak partner, a ja poczułem dumę, że może jednak dobrze go wychowałem.
Złote miesiące
Na początku byłem mile zaskoczony. Syn się starał. Punktualny, schludny, uważny. Chodził za mną krok w krok, słuchał, notował. Zdarzało mu się coś zasugerować i niektóre z jego pomysłów naprawdę miały sens. Miał dryg do social mediów, znał się na nowinkach technologicznych, o których ja nie miałem pojęcia. Zlecił stworzenie nowej strony internetowej, uruchomił profil na Instagramie. Klienci zaczęli dzwonić, powołując się na posty, które wrzucał. Pomyślałem wtedy, że faktycznie – młodość wnosi świeżość.
– Widzisz, tata? Stare i nowe mogą iść w parze – powiedział któregoś dnia, pokazując mi statystyki odwiedzin.
– No, trzeba ci przyznać, że ogarniasz – poklepałem go po plecach.
Po trzech tygodniach sam zaproponował, żebyśmy zrobili mu oficjalne stanowisko. Zgodziłem się. W końcu chciałem, żeby czuł się odpowiedzialny, żeby wiedział, że to nie zabawa. Nazwałem go „dyrektorem ds. rozwoju”, co zresztą pasowało do jego działań. Podpisał umowę, miał swoją kartę dostępu, komputer, firmową skrzynkę. Szybko się w tym wszystkim odnalazł.
Zauważyłem, że pracownicy go polubili. Był młodszy, miał z nimi inną energię. Wprowadził luźniejsze piątki, jakieś konkursy, małe premie za inicjatywy. Mówili, że z synem to firma się odmładza. Mnie to nawet cieszyło. Czułem, że firma będzie miała przyszłość, że nie wszystko będzie na mojej głowie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że z tymi jego „innowacjami” wiąże się coś więcej.
Synek ma pomysł
W pewien poniedziałek wszedł do biura wcześniej niż zwykle. W rękach miał teczkę, uśmiechnięty jak sprzedawca marzeń.
– Tata, mam pomysł – rzucił, siadając naprzeciwko mnie.
– Słucham cię.
– Chodzi o strukturę firmy. Myślę, że dobrze by było uporządkować sprawy formalne. Ty wciąż masz jednoosobową działalność, a przy tych obrotach warto by to przekształcić w spółkę z o.o. Chroni nas to przed ryzykiem, lepiej wygląda dla klientów, no i... jesteśmy bardziej nowocześni.
Pokręciłem głową.
– Ja tam wolę mieć wszystko pod kontrolą. W tej formule działa to od lat i jakoś się nie zawaliło.
– Wiem, tata. Ale jeśli chcesz mnie naprawdę wdrożyć, musimy stworzyć coś wspólnego. Na papierze. Pół na pół. Wspólnicy. Tak jak to robią poważne firmy.
Przez chwilę milczałem. Część mnie była nieufna, ale druga... dumnie patrzyła na syna, który w końcu wykazuje inicjatywę. Powiedział, że załatwi wszystko, że znajomy prawnik przygotuje dokumenty. Będę tylko musiał podpisać.
– Dobrze. Zrób to. Tylko niech to będzie jasne – pół na pół. Żadnych kruczków.
– Oczywiście. Przecież jesteśmy rodziną.
Podał mi dłoń, spojrzał w oczy. Tak, ufałem mu. To był mój syn. Myślałem, że mamy wspólny cel. Dla mnie to była przyszłość firmy. Dla niego – jak się później okazało – zupełnie coś innego.
Papiery, których nie czytałem
Dokumenty przyszły tydzień później. Gruby plik kartek, podpiętych pod elegancką teczkę z logo kancelarii. Syn rzucił ją na moje biurko z takim luzem, jakby to była lista zakupów, a nie umowa, która miała związać nas formalnie na długie lata.
– Wszystko przygotowane. Przejrzyj na spokojnie, jak będziesz miał czas.
– Czytałeś?
– Jasne. Rozmawiałem z prawnikiem, wszystko jest tak, jak mówiliśmy. Po prostu formalność.
Spojrzałem na tekst — długi, napisany prawniczym językiem, od którego bolała mnie głowa po trzech akapitach. Miałem zamiar to przeczytać, naprawdę. Ale wtedy ktoś zapukał do drzwi z problemem, potem zadzwonił telefon, a wieczorem byłem tak zmęczony, że tylko podpisałem, gdzie były zakładki. Zresztą – ufałem synowi. Mówił, że pół na pół, więc czego miałbym się obawiać?
– Podpisane – rzuciłem rano, oddając mu teczkę.
– Super, tata. Robimy krok do przodu – ucieszył się i od razu gdzieś zadzwonił.
Od tej chwili coś się zaczęło zmieniać. Niby drobne rzeczy. Pracownicy częściej chodzili do niego niż do mnie. Konto firmowe nagle miało nowe zabezpieczenia, a niektóre hasła przestały działać. Myślałem, że to reorganizacja. Nowoczesność.
– To tylko formalności, usprawniamy wszystko – tłumaczył, gdy pytałem.
Nie miałem powodu, żeby nie wierzyć. Jeszcze wtedy nie.
To już nie moje
Wszystko się posypało trzy miesiące po podpisaniu dokumentów. Przyszedłem do biura jak zwykle – kawa po drodze, kilka telefonów z klientami, plan na dzień ułożony w głowie. Zdziwiło mnie, że moja karta dostępu nie działa. Myślałem, że to awaria. Portier spojrzał na mnie z zakłopotaniem i zadzwonił do sekretariatu. Po chwili zjechał mój syn, z chłodnym wyrazem twarzy.
– Tata, musimy porozmawiać – powiedział, prowadząc mnie do sali konferencyjnej.
Usiadłem. Przed sobą miałem dokumenty, inne niż te sprzed miesięcy.
– Zgodnie z nową strukturą spółki, większość decyzji operacyjnych przechodzi przez zarząd. A zarząd… to w tej chwili ja i dwójka wspólników, których dołączyłem. Ty jesteś… no, udziałowcem mniejszościowym.
Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
– Co ty wygadujesz? Przecież miało być pół na pół.
– W tamtej wersji. Potem podpisałeś aneks, pamiętasz? Wszystko legalnie. Masz udziały, oczywiście. Ale firma działa już inaczej.
– Chcesz mi powiedzieć, że wyrzucasz mnie z mojej własnej firmy?
– Nie wyrzucam. Po prostu… nie jesteś już niezbędny w codziennym zarządzaniu. Możesz odpocząć. Zająć się sobą.
Wyszedłem stamtąd jak trup. Ludzie, którzy jeszcze tydzień temu mówili mi „szefie”, dziś odwracali wzrok. Nie wiedziałem, czy płakać, czy krzyczeć. Byłem sam. Mój syn przejął wszystko. Zostałem z niczym. Nawet fotel w biurze nie był już mój.
Zimny prysznic
Przez kilka tygodni nie wychodziłem z domu. Nie potrafiłem się pozbierać. Miałem oszczędności, kilka wynajmowanych lokali, coś na czarną godzinę – ale to nie o pieniądze chodziło. Straciłem coś więcej. Całe życie budowałem firmę, która była moją dumą, moim dzieckiem. Oddałem ją własnemu synowi z myślą, że będzie kontynuował moje dzieło, a on... potraktował mnie jak przeszkodę do usunięcia.
Nie odbierałem od niego telefonu. Próbował dzwonić, pisać, raz nawet stał pod moimi drzwiami. Nie otworzyłem. Czułem w sobie tyle złości i rozczarowania, że każde słowo wypowiedziane w tamtym momencie zamieniłoby się w raniącą broń. Wciąż miałem w oczach jego spokojną twarz, gdy mówił, że „nie jestem już niezbędny”. Jakby chodziło o przestarzały sprzęt biurowy, a nie o ojca.
Z czasem zacząłem zbierać siły. Wróciłem do życia – powoli. Założyłem coś nowego, małego. Zatrudniłem dwóch zaufanych ludzi i ruszyłem z usługami transportowymi na mniejszą skalę. Bez wielkiej floty, bez biura z widokiem. Za to z wolnością i spokojem. Znów byłem swoim własnym szefem.
Czy wybaczyłem synowi? Jeszcze nie. Może kiedyś. Może jak zrozumie, co zrobił. Na razie żyjemy osobno – ja ze swoją godnością, on z firmą, która nie powinna należeć tylko do niego. Nauczyłem się jednego – krew nie zawsze oznacza lojalność. I nie każdy, komu ufasz, zasługuje na miejsce przy twoim stole.
Zdzisław, 61 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie mogę spać przez chrapanie męża. On wstaje rześki i wypoczęty, a ja się głowię, jak ukrócić jego nocne koncerty”
- „Tegorocznego sylwestra spędzę w towarzystwie kota. Raczej nie mam co liczyć na żadną szaloną imprezę”
- „Nasze małżeństwo od dawna kręci się tylko wokół kanapy i telewizora. Mąż każdą inną rozrywkę uznaje za moją fanaberię”

