„Wziąłem do remontu fachowca z polecenia znajomego i wpadłem w szambo po uszy. Najgorsze, że to wcale nie był przypadek”
„Zaczynałem zauważać rzeczy, które budziły mój niepokój. Pan Sylwester miał bardzo specyficzne podejście do porządku i godzin pracy. Pojawiał się około dziesiątej rano, a o piętnastej już go nie było. Wszędzie walały się puste worki, śmieci i pety”.

Kiedy odbierałem klucze do upragnionego mieszkania, wierzyłem, że najtrudniejsze już za mną. Zaufanie znajomemu wydawało się najrozsądniejszym krokiem, by szybko i bezboleśnie przejść przez remont. Nie wiedziałem jeszcze, że ta jedna decyzja zamieni moje życie w wielotygodniowy koszmar, a prawdziwy cios nadejdzie z zupełnie niespodziewanej strony.
Cieszyłem się, że mam wsparcie
Kupno własnego kąta miało być początkiem wspaniałego etapu w moim życiu. Po latach wynajmowania ciasnych kawalerek i zmagania się z humorami właścicieli, wreszcie trzymałem w dłoniach akt notarialny. Mieszkanie znajdowało się w starszym budownictwie, co miało swój urok, ale wiązało się też z koniecznością przeprowadzenia generalnego remontu. Wiedziałem, że czeka mnie wymiana instalacji, wyrównywanie ścian, kładzenie nowych podłóg i całkowita przebudowa łazienki. Byłem na to gotowy psychicznie, choć mój budżet był dość napięty. Zależało mi na czasie. Chciałem wprowadzić się przed nadejściem zimy.
Wtedy właśnie, zupełnie przypadkiem, wpadłem na Arka w kawiarni niedaleko mojego dawnego biura. Znaliśmy się od lat, pracowaliśmy kiedyś w jednym dziale wielkiej korporacji. Nasze drogi zawodowe w pewnym momencie się rozeszły, ale zawsze uważałem go za rozsądnego i pomocnego człowieka. Kiedy opowiedziałem mu o swoich planach i obawach związanych ze znalezieniem odpowiedniej ekipy remontowej, jego twarz się rozjaśniła.
– Nawet nic nie mów, doskonale cię rozumiem – stwierdził Arek, mieszając kawę. – Rynek jest teraz pełen partaczy i oszustów. Ale masz szczęście, że na mnie wpadłeś. Mam sprawdzonego człowieka. Robił mi salon i przedpokój kilka miesięcy temu. Złota rączka. Terminowy, dokładny i co najważniejsze, nie bierze miliona monet za każdy wbity gwóźdź.
Poczułem ogromną ulgę. Polecenie od znajomego wydawało mi się gwarancją sukcesu. W końcu dlaczego Arek miałby mi polecać kogoś niekompetentnego? Z entuzjazmem zapisałem numer do pana Sylwestra, nie mając pojęcia, że właśnie otwieram drzwi do najtrudniejszego okresu w moim dorosłym życiu.
Z początku wszystko szło dobrze
Pan Sylwester pojawił się w moim nowym mieszkaniu dwa dni później. Był to mężczyzna w średnim wieku z notesem w dłoni i miarką przewieszoną przez ramię. Sprawiał wrażenie profesjonalisty. Chodził po pustych pokojach, opukiwał ściany, rzucał fachowymi pojęciami, których znaczenia mogłem się jedynie domyślać.
– Panie Witku, tu jest trochę pracy, nie będę ukrywał – mówił, zapisując coś w swoim notesie. – Ściany uciekają, podłoga trochę krzywa, ale wyprowadzimy to. Będzie pan zadowolony. U pana Arka też była trudna sytuacja, a zrobiliśmy na błysk.
Rozmowa układała się doskonale. Ustaliliśmy zakres prac, wybraliśmy wstępne materiały. Termin realizacji wyznaczony na trzy miesiące wydawał się wręcz idealny. Kiedy pan Sylwester poprosił o zaliczkę na zakup niezbędnych materiałów budowlanych oraz rezerwację terminu, nie wahałem się ani chwili. Przelałem mu znaczną sumę pieniędzy, wierząc, że inwestuję w spokój i pewność.
Pierwszy tydzień minął nadzwyczaj cicho. Kiedy przyjeżdżałem na miejsce po pracy, byłem przekonany, że zobaczę zdemontowane stare kafelki i skute tynki. Tymczasem mieszkanie wyglądało dokładnie tak samo, jak w dniu przekazania kluczy. Jedyne, co się zmieniło, to paczka taśmy malarskiej rzucona w kąt i stary radiomagnetofon stojący na parapecie.
Zadzwoniłem do fachowca z pytaniem, dlaczego prace jeszcze nie ruszyły.
– Spokojnie, wszystko jest pod kontrolą – usłyszałem w słuchawce spokojny głos. – Musiałem dokończyć jedno drobne zlecenie na drugim końcu miasta, a poza tym czekam na dostawę specjalnego gruntu. Bez tego ani rusz. Zaczynamy z pełną mocą od poniedziałku.
Uwierzyłem. W końcu w branży budowlanej opóźnienia to standard, a ja nie chciałem wyjść na histeryka, który patrzy fachowcowi na ręce.
Nagle zaczęły się schody
W poniedziałek prace faktycznie ruszyły. Kiedy wszedłem do mieszkania we wtorek wieczorem, zobaczyłem zerwane podłogi i mnóstwo pyłu. Ucieszyłem się. Moja radość trwała jednak bardzo krótko. Z każdym kolejnym dniem zaczynałem zauważać rzeczy, które budziły mój niepokój. Pan Sylwester miał bardzo specyficzne podejście do porządku i godzin pracy. Pojawiał się na miejscu około dziesiątej rano, a o piętnastej już go nie było. Wszędzie walały się puste worki po cemencie, niedojedzone kanapki i pety, choć wyraźnie prosiłem, by nie palić w środku.
Prawdziwy dramat zaczął się podczas kładzenia płytek w łazience. Wybrałem duże, jasne kafle, które miały optycznie powiększyć przestrzeń. Kiedy przyszedłem ocenić postępy, stanąłem jak wryty. Fugi były nierówne, a niektóre płytki wyraźnie odstawały od płaszczyzny ściany. Wyglądało to po prostu fatalnie.
– Panie Sylwestrze, co tu się wydarzyło? – zapytałem, starając się opanować drżenie głosu. – Przecież to jest krzywe.
Fachowiec otarł czoło wierzchem dłoni i spojrzał na mnie z pobłażaniem.
– Panie Witku, tego się nie da ułożyć idealnie prosto. Tutaj pionu nie było od czasów przedwojennych. Te ściany żyją swoim życiem.
– Ale przecież po to pan tu jest, żeby ten pion wyprowadzić. Rozmawialiśmy o tym na samym początku. Wziął pan za to dodatkowe pieniądze.
– No tak, ale to są koszty materiału, to jest czas. Ja panu zrobiłem tak, żeby było dobrze, solidnie i żeby się trzymało. Jakbym miał tu równać co do milimetra, to byśmy do świąt nie skończyli. Fuga wyschnie, zamaże się i nikt nie zauważy.
Byłem wściekły, ale jednocześnie czułem bezsilność. Zaliczka wpłacona, część materiałów zużyta, połowa łazienki zrobiona. Jeśli go wyrzucę teraz, zostanę z rozgrzebanym remontem, utratą pieniędzy i koniecznością szukania kogoś nowego, co w środku sezonu graniczyło z cudem. Zacisnąłem zęby. Postanowiłem, że muszę to po prostu przetrwać.
Dyskutował na każdy temat
Kolejne tygodnie to była prawdziwa próba charakteru. Zamiast obiecanych trzech miesięcy, remont ciągnął się czwarty, a końca nie było widać. Pan Sylwester okazał się mistrzem w znajdowaniu wymówek. Albo zepsuł mu się samochód, albo musiał jechać do hurtowni na drugi koniec województwa, albo źle zrozumiałyśmy się w kwestii tego, jak ma być zamontowana listwa przypodłogowa.
Każda moja wizyta na budowie kończyła się wyczerpującą dyskusją. Kiedy zwracałem uwagę, że panele w sypialni uginają się pod ciężarem kroków, dowiadywałem się, że to wina producenta i złej akustyki budynku. Kiedy farba w salonie miała dziwne smugi, słyszałem, że to wina światła, które pada pod złym kątem.
Z każdym dniem czułem się coraz gorzej. Mój poziom stresu sięgał zenitu. Zaczynałem mieć problemy ze snem, ciągle myślałem o tym, co zastanę następnego dnia w mieszkaniu. Przestałem cieszyć się z faktu, że mam własne cztery kąty. Remont stał się czarną chmurą wiszącą nad moim życiem.
W akcie desperacji zadzwoniłem do Arka. Liczyłem, że może on, jako osoba polecająca, zadzwoni do pana Sylwestra i przemówi mu do rozsądku. W końcu u niego wykonał świetną pracę.
– Cześć Arek, słuchaj, mam problem z tym twoim fachowcem – zacząłem, starając się brzmieć spokojnie. – Przeciąga termin, robi błędy, każda uwaga kończy się awanturą. U ciebie też tak było?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
– Dziwne – odpowiedział w końcu Arek, a jego głos wydawał się dziwnie wyzuty z emocji. – U mnie wszystko poszło gładko. Może po prostu masz pecha do materiałów. Albo za dużo od niego wymagasz. Wiesz, jak to jest na budowie, trzeba czasem przymknąć oko. Poradzisz sobie, trzymaj się.
Zakończył rozmowę tak szybko, że nawet nie zdążyłem odpowiedzieć. Zostałem z telefonem w dłoni, czując, że coś w tej sytuacji bardzo mocno nie gra. Dlaczego w ogóle nie wykazał zainteresowania? Przecież to on ręczył za tego człowieka.
W końcu usłyszałem prawdę
Rozwiązanie zagadki przyszło kilka dni później, w najmniej spodziewanym momencie. Mój dawny przyjaciel z pracy, Tomek, z którym utrzymywałem rzadszy, ale bardzo serdeczny kontakt, postanowił wpaść zobaczyć postępy w nowym mieszkaniu. Znał branżę budowlaną, miał oko do detali, więc bardzo zależało mi na jego szczerej opinii.
Kiedy weszliśmy do środka, Tomek od razu się zamyślił. Oglądał krzywe listwy, źle zamontowane gniazdka i nierówne gładzie. Kręcił głową, a z każdym jego westchnieniem moje serce tonęło coraz głębiej. To nie były tylko moje wymysły.
– Witek, kto ci tu robił te tynki? Przecież to jest dramat – powiedział wprost.
– Taki jeden pan Sylwester. Z polecenia.
– Z polecenia? Kto ci zrobił taką krzywdę i polecił takiego partacza? – Tomek spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Arek. Ten z naszego starego działu analiz. Spotkałem go przypadkiem, mówił, że u niego ten sam człowiek zrobił wszystko idealnie.
Tomek nagle zamarł. Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu, po czym przetarł twarz dłońmi i oparł się o parapet.
– Ty tak na poważnie? Arek ci go polecił? – zapytał cicho.
– Tak. A co w tym dziwnego?
– Witek, czy ty naprawdę nie pamiętasz, co się działo dwa lata temu przed restrukturyzacją w firmie? – Tomek patrzył na mnie, jakbym stracił rozum. – Zdobyliśmy ten ogromny kontrakt. Ty zostałeś liderem projektu, zgarnąłeś świetną premię i awans. A wiesz, kto był pewien, że to stanowisko dostanie? Arek. On był przekonany, że to jego czas. Od tamtej pory nienawidził cię z całego serca, choć zawsze ładnie się do ciebie uśmiechał.
Nie rozumiałem, do czego zmierza. Przecież rywalizacja w pracy to normalna rzecz, sam Arek pierwszy podał mi rękę z gratulacjami.
– A co to ma wspólnego z moim remontem? – zapytałem, czując rosnący niepokój.
– To ma wspólnego, że Arek faktycznie zatrudnił tego Sylwestra pół roku temu. Ten facet zniszczył mu salon. Źle położył instalację, zalał mu przedpokój, straty były ogromne. Arek musiał zrywać podłogi i brać kredyt na poprawki. Całe biuro o tym huczało. Sprawa o mały włos nie oparła się o sąd, ostatecznie facet zniknął z pieniędzmi. Arek wcisnął ci go z premedytacją. Wiedział, jak to się skończy. Może chciał, żebyś i ty przez to przeszedł. To była jego zemsta.
Słowa Tomka docierały do mnie jak przez gęstą mgłę. Czułem, jak brakuje mi powietrza. Przebiegłem w myślach naszą rozmowę w kawiarni. Ten uśmiech Arka, to zapewnienie, że mam szczęście, że na niego wpadłem. To nie była chęć pomocy. To była starannie zaplanowana pułapka. Dał numer oszustowi, który zniszczył mu mieszkanie, by ten sam człowiek zniszczył moje marzenia i finanse.
Dostałem nauczkę za naiwność
Tego samego wieczoru zwolniłem pana Sylwestra. Kiedy oświadczyłem mu, że to koniec naszej współpracy, nawet nie próbował dyskutować. Spakował swoje narzędzia z wyrazem ulgi na twarzy, jakby tylko czekał, aż wreszcie stracę cierpliwość. Odmówił zwrotu jakiejkolwiek części zaliczki, twierdząc, że to i tak za mało jak na włożoną przez niego pracę. Nie miałem już siły się z nim szarpać. Chciałem, żeby po prostu zniknął z mojego mieszkania i z mojego życia.
Zadzwoniłem do Arka następnego dnia. Nie odebrał. Wysłałem mu więc tylko jedną wiadomość: „Wiem, co zrobiłeś. Wiem o twoim remoncie i wiem, kim jest Sylwester. Mam nadzieję, że teraz czujesz się lepiej”. Nigdy mi nie odpisał. Zablokował mój kontakt na wszystkich platformach.
Zostałem w zrujnowanym mieszkaniu, z nadszarpniętym budżetem i zszarganymi nerwami. Musiałem wziąć pożyczkę, by zatrudnić profesjonalną ekipę, która najpierw rozebrała to, co zepsuł pan Sylwester, a potem zaczęła pracę od nowa. Poprawki kosztowały mnie drugie tyle, co pierwotnie założony budżet. Mieszkanie ostatecznie udało się wykończyć, jest piękne i funkcjonalne. Mogę wreszcie cieszyć się własnym kątem, pijąc poranną kawę w idealnie prostej kuchni.
Jednak ta historia odebrała mi coś znacznie cenniejszego niż pieniądze czy czas. Zabrała mi wiarę w to, że można bezgranicznie ufać ludziom z dawnych lat. Przez długi czas nie mogłem pojąć, jak silna potrafi być ludzka zawiść. Jak bardzo można chować urazę za fałszywym uśmiechem i jak daleko można się posunąć, by zadać cios w najdelikatniejszy punkt, zasłaniając się przy tym maską troskliwego kolegi. Ta lekcja pokory i nieufności zostanie ze mną na zawsze.
Witold, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Remont mieszkania ciągnął się miesiącami, bo majster zrobił sobie z niego darmowy hotel. Znaleźliśmy się w impasie”
- „Do remontu zatrudniłam profesjonalistę nie tylko od płytek i tynków. Zrobiło się gorąco, gdy mój mąż się dowiedział”
- „Remont mieszkania trwał dłużej niż moje małżeństwo. Rozwiodłam się przez kafelki w łazience i przez utraconą godność”

