„Wystawiłam mężowi rachunek za prace domowe. Myślał, że żartuję, ale mina mu zrzedła, gdy obiad nie ugotował się sam”
„I to był właśnie moment, w którym się we mnie zagotowało. Od miesięcy leżało mi to na sercu: poczucie, że jestem w domu tylko dodatkiem do lodówki i pralki. Gdyby nie moja obecność, nie miałby co jeść ani w co się ubrać. Wszystko, co robiłam, było dla niego niewidzialne”.

Przez lata byłam typową żoną: gotowałam, prałam, sprzątałam, zajmowałam się dziećmi i pilnowałam, żeby w lodówce nigdy niczego nie brakowało. Nie oczekiwałam za to pochwał, a tym bardziej zapłaty. Uważałam, że tak trzeba, dopóki nie dotarło do mnie, że w naszym domu tylko jedna osoba naprawdę się poświęca. Mój mąż zaczął traktować mnie jak oczywistość, jak kogoś, kto jest, bo musi. Gdy w końcu powiedziałam „dość” i zaproponowałam mu, żeby płacił mi za wszystkie moje obowiązki, najpierw się roześmiał. Teraz już się nie śmieje. Teraz chodzi głodny i w pomiętych ciuchach.
Tym razem nie odpuszczę
— Już wróciłem! — rzucił jak zwykle z progu, rzucając torbę przy wieszaku. — Co na obiad?
Nie zapytał, czy dzień minął mi dobrze. Nie pocałował w policzek. Odłożyłam ścierkę na blat i spojrzałam na niego bez słowa. W kuchni pachniało rosołem, ale nie zamierzałam już się spieszyć z nakładaniem.
— Co jest? — mruknął, ściągając buty. — Żarcie się przypala?
— Dzień dobry — odpowiedziałam chłodno. — Jak miło, że pytasz, co u mnie.
— O co ci znowu chodzi? Przecież pytam o obiad, a nie o pogodę!
I to był właśnie moment, w którym się we mnie zagotowało. Od miesięcy leżało mi to na sercu: poczucie, że jestem w domu tylko dodatkiem do lodówki i pralki. Gdyby nie moja obecność, nie miałby co jeść ani w co się ubrać. Wszystko, co robiłam, było dla niego niewidzialne.
— Wiesz co? Zastanawiam się, czy nie zacząć ci za to wszystko wystawiać rachunku.
— Co?! — Roześmiał się głośno. — Ty chyba zwariowałaś, kobieto!
Milczałam. Ale już wtedy wiedziałam, że coś się zmieniło. I tym razem nie odpuszczę.
Nie wierzył, że mówię serio
Nazajutrz nie wstałam jak zwykle o szóstej. Zostawiłam budzik wyłączony i leżałam w łóżku, wsłuchując się w odgłosy poranka. Mąż szurał po kuchni, otwierał szafki, pewnie szukał kawy. Potem było głośne przekleństwo, stuk garnka i kroki do sypialni.
— Gdzie moje koszule? — zapytał zniecierpliwiony, wchodząc bez pukania.
— W koszu na pranie — odparłam spokojnie. — Tam, gdzie je zostawiłeś.
— No to wypierz je, przecież dzisiaj mam spotkanie! — zawołał, jakby to była oczywista oczywistość.
— Nie. Od dzisiaj nie pracuję za darmo. Albo się umawiamy na stawkę godzinową za moją robotę, albo rób to sam.
Zbladł. Jakby nie wierzył, że mówię serio.
— Ty żartujesz.
— Ani trochę. Liczyłam wczoraj: gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy, opieka nad dziećmi. Wychodzi ponad dziesięć godzin dziennie. Minimalna krajowa razy dwadzieścia dwa dni robocze. Masz szczęście, że nie doliczam nadgodzin.
— Oszalałaś! Przecież jesteśmy małżeństwem, a nie pracodawcą i pracownikiem!
Wzruszyłam ramionami.
— No to wybieraj. Albo płacisz, albo robisz to, co do ciebie należy.
Nie odpowiedział. Ale nie ugotowałam nic na obiad. I nie wyprałam ani jednej skarpetki.
Nie podniósł głosu
Minęły dwa dni. W lodówce zostało tylko mleko, jajka i ogórek kiszony. Mąż przestał pytać, co na obiad. Po cichu podjadał z puszek i zamawiał pizzę, ale i tak wieczorem kręcił się niespokojnie wokół kuchni. Pewnie liczył, że mi przejdzie. Nie przeszło. Na stole zostawiłam mu kartkę. Krótką, rzeczową: „Za trzy dni pracy: sprzątanie, gotowanie, opieka — 720 zł. Termin płatności: natychmiastowy. W przypadku braku przelewu — brak dalszych usług. Z poważaniem, Twoja domowa służąca”.
Znalazł ją, gdy wrócił z pracy. Chodził po mieszkaniu z tą kartką w dłoni, przewracał oczami, mamrotał pod nosem.
— Ty sobie jaja robisz, tak? — zapytał w końcu, jakby jeszcze miał cień nadziei, że to tylko mój „humor”.
— Nie. Zaczynam cię traktować tak, jak ty traktujesz mnie — odpowiedziałam, składając pranie. – Jak usługodawcę.
— To już nie jesteś moją żoną?
— Nadal jestem. Ale nie jestem darmową pomocą domową. Mam swój czas, swoje zmęczenie i swoje granice. I właśnie się o nich dowiedziałeś.
Nie podniósł głosu. Nie rzucił żadnego „Do garów, babo!”. Stał w przedpokoju jak zbity pies i chyba pierwszy raz coś naprawdę do niego dotarło.
Nie odzywałam się więcej
Czwartego dnia rano usłyszałam podejrzane dźwięki z łazienki. Pralka. Rzuciłam okiem — mój mąż pochylał się nad bębnem, studiując instrukcję obsługi jakby miał rozbroić bombę. Miał na sobie koszulkę z plamą od keczupu i dresy z dziurą na kolanie. Jego elegancka koszula leżała nadal w koszu z brudami.
— Pomóc ci? — zapytałam z kuchni, udając życzliwość.
— Nie. Dam sobie radę — odburknął, wciskając przycisk z taką siłą, jakby chciał go przebić.
Po godzinie coś chlupnęło, coś pisnęło, a potem z pralki wypłynęła piana. Stał nad tym z szeroko otwartymi oczami.
— Czemu to tak bulgocze?
— Może dałeś płyn zamiast proszku. Albo trzy razy za dużo.
— Nic nie zrobiłem źle! — syknął.
Nie odzywałam się więcej. Po południu próbował ugotować makaron. Wyszły rozgotowane kluchy, które wylądowały w zlewie. Odsunął krzesło od stołu i poszedł na balkon z telefonem.
— Pizza będzie za czterdzieści minut — oznajmił bez entuzjazmu. — I tak ją zjem sam, prawda?
— Prawda. Ja sobie zrobiłam ryż z warzywami.
Widziałam w jego oczach to, czego wcześniej nigdy nie widziałam: panikę.
Spojrzałam na niego spokojnie
Z każdym kolejnym dniem coraz mniej mówił. Kiedyś był głośny, narzucał swoje zdanie, rzucał komentarze zza gazety, a teraz była cisza. Wstawał, szedł do kuchni, grzebał po szafkach, potem zasiadał przy komputerze, zamawiał jedzenie i znów siadał w tej samej koszulce, której najwyraźniej nie umiał dobrze wyprać. Przestał chodzić do pracy w koszuli. Zastąpił ją polarem.
Dzieci szybko zauważyły zmianę. Starsza córka szepnęła mi pewnego wieczoru:
— Mamo, tata wygląda jakby był chory.
— Nie, kochanie. On po prostu uczy się życia.
Pewnego wieczoru, kiedy dzieci już spały, przyszedł do mnie do kuchni. Bez słowa usiadł przy stole.
— Wiesz… Ja nie sądziłem, że tyle tego robisz. Myślałem, że to się po prostu dzieje.
— Samo się nic nie dzieje — odpowiedziałam.
— Możemy… jakoś to rozwiązać?
Spojrzałam na niego spokojnie. Tym razem nie miałam w sobie ani złości, ani żalu. Było mi to po prostu obojętne. Tyle lat się starałam, a wystarczyło parę dni bez zupy i czystych majtek, żeby zrozumiał, że to, co robiłam codziennie, było warte więcej niż jego pensja.
— Możemy. Ale od teraz ustalamy zasady razem.
Ja też jestem ważna
Nie zrobił przelewu. Nie wypłacił mi zaległych „wynagrodzeń”. Ale po raz pierwszy od lat zaczął się liczyć z moim czasem. Ustaliliśmy grafik — wspólne obowiązki, podział zadań, dni „wolne” dla mnie. Brzmiało to banalnie, ale dla mnie było rewolucją. Przestałam być niewidzialna. Zaczęłam być partnerką.
Bywały wpadki. Zapominał kupić chleb, przypalał naleśniki, wrzucał kolorowe ubrania do prania z białymi. Jednak nie oczekiwał już, że we wszystkim go wyręczę. I co ważniejsze, zaczął dziękować. Za zrobiony obiad, za wyprasowaną koszulę, za opiekę nad dziećmi, gdy musiał zostać dłużej w pracy. Niby drobne słowa, ale wcześniej nie istniały w naszym domu. Czasem jeszcze coś ze mnie wyciekało — jakiś żal, wyrzut. Trudno było się przestawić po tylu latach milczącego poświęcania.
On wtedy po prostu słuchał. Bez krzyków, bez obrony. Jakby zrozumiał, że jeśli teraz tego nie naprawi, to już nie będzie czego zbierać. Dziś gotujemy razem. Czasem to on bierze dzieci na plac zabaw, a ja idę na spacer sama. Albo do kawiarni. Sama, dla siebie. Bo ja też jestem ważna. I już nigdy nie zapomnę, ile jestem warta.
Weronika, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Sąsiad miał załatać rurę w kranie, a posklejał moje serce. Wystarczyło zalać mu łazienkę, by zobaczył we mnie żonę”
- „Rzuciłam korpo, by zaznać spokoju na wsi i już żałuję. Po pierwszych dniach moje łzy padały mocniej niż śnieg za oknem”
- „Mąż widział we mnie kucharkę, więc dałam mu nauczkę. Gdy zobaczył mnie po rozwodzie, zbierał szczękę z podłogi”

