„Wysłałem żonę do sanatorium, a sam korzystam z życia. Moje serce i drzwi otworzyłem przed sąsiadką z 2. piętra”
„Byłem w dresach, nieogolony – w końcu Marioli nie było, mogłem sobie pozwolić na bycie jaskiniowcem. I wtedy na nią wpadłem. Stała przy skrzynkach na listy, walcząc z zacinającym się zamkiem”.

Kochałem moją żonę, naprawdę, ale po czterdziestu latach małżeństwa nasze rozmowy ograniczały się do listy leków i cen w dyskoncie. Kiedy pociąg ruszył do Ciechocinka, poczułem ulgę, której się wstydziłem. Stojąc na peronie, machałem ręką tak długo, aż pociąg zniknął za zakrętem.
Chciałem odpocząć
Mariola w oknie wyglądała na przejętą – nie mną, oczywiście, ale tym, czy na pewno spakowała wszystkie trzy rodzaje maści na rwę kulszową i czy nie zapomniała termosu z herbatą z dzikiej róży. Kiedy ostatni wagon zniknął mi z oczu, opuściłem ramię.
Czułem się jak nastolatek, któremu rodzice wyjechali na weekend, zostawiając pełną lodówkę i wolną chatę. Tyle że ja miałem sześćdziesiąt osiem lat, sztuczną zastawkę i żonę, która dzwoniła do mnie średnio pięć razy dziennie, żeby sprawdzić, czy nie umarłem albo czy nie jem czegoś, co podniesie mi cholesterol.
Wróciłem do pustego mieszkania. Było dziwnie cicho. Zegar w przedpokoju tykał głośniej niż zwykle. Nie było słychać szurania kapci Marioli, narzekania na polityków w telewizji, brzęku garów. Usiadłem w fotelu, otworzyłem piwo, którego Mariola mi zabraniała, i wziąłem głęboki oddech. To miał być mój czas. Czas na mecze, na czytanie książek historycznych, które uwielbiałem, a które żona nazywała „kurzołapami”, i na spanie do południa.
Zostałem sam
Ale już drugiego dnia ta cisza zaczęła mi ciążyć. Złapałem się na tym, że chodzę po mieszkaniu bez celu. Poprawiałem serwetki, podlewałem paprotki, do których miałem instrukcję na dwie strony A4. Czułem się niewidzialny. Emerytura to dziwny stan – niby masz cały czas świata, ale masz wrażenie, że świat już cię nie potrzebuje. Jesteś tylko widzem. I wtedy przypomniałem sobie o Dance.
Danka mieszkała pod nami, na drugim piętrze. Wprowadziła się do bloku jakieś dziesięć lat temu, zaraz po tym, jak owdowiała. Podczas gdy Mariola i inne sąsiadki chodziły po osiedlu w bezkształtnych kurtkach i z siatkami wypchanymi ziemniakami, Danuta zawsze miała na sobie płaszcz, który podkreślał talię, i apaszkę w żywym kolorze.
Mariola jej nie lubiła. Nazywała ją „ta hrabina z dwójki” albo „pudernica”. Twierdziła, że w tym wieku nie wypada malować ust na czerwono. Ja nigdy nie komentowałem. Co miałem powiedzieć? Że ilekroć mijałem ją na schodach, serce biło mi szybciej? Że jej perfumy unosiły się na klatce jeszcze długo po tym, jak zatrzasnęła drzwi? Milczałem, bo milczenie było bezpieczne. Było spoiwem mojego małżeństwa.
Wpadła mi w oko
Trzeciego dnia mojej słomianej wdowiej wolności zszedłem na dół wyrzucić śmieci. Byłem w dresach, nieogolony – w końcu Marioli nie było, mogłem sobie pozwolić na bycie jaskiniowcem. I wtedy na nią wpadłem. Stała przy skrzynkach na listy, walcząc z zacinającym się zamkiem.
– Cholerny zamek – mruknęła, nie widząc mnie jeszcze.
– Potrzeba fachowej ręki? – zapytałem, starając się, żeby mój głos brzmiał szarmancko, a nie jak głos starego dziada w wyciągniętym dresie.
Odwróciła się. Jej uśmiech był jak włączenie światła w ciemnym pokoju.
– Pan Stefan! – zawołała radośnie. – Z nieba mi pan spadł. Ten kluczyk chyba się wygiął, a ja czekam na ważne awizo.
Podszedłem bliżej. Nagle poczułem się strasznie zażenowany swoim wyglądem. Wciągnąłem brzuch.
– Pokaż, Danusiu – powiedziałem. Nigdy wcześniej tak do niej nie powiedziałem. Zawsze było „Pani Danuto”.
– Proszę – podała mi kluczyk. Nasze palce się zetknęły. Jej dłoń była ciepła, zadbana, paznokcie pomalowane na bordowo. Przeszedł mnie dreszcz.
Przyjąłem zaproszenie
Otworzyłem skrzynkę jednym sprawnym ruchem. Byłem „złotą rączką” w domu, to akurat Mariola doceniała, choć rzadko chwaliła.
– Voila – powiedziałem.
– Jest pan czarodziejem, Stefanie – zaśmiała się, patrząc mi prosto w oczy. – Mariola to ma szczęście z takim mężem. A właśnie, widziałam, jak wyjeżdżała z walizkami. Został pan sam na gospodarstwie?
– Wysłana do wód – odparłem, starając się nie brzmieć zbyt entuzjastycznie. – Sanatorium. Trzy tygodnie reperowania zdrowia.
– Ojej. Trzy tygodnie? To strasznie długo. Nie będzie panu smutno tak samemu? – zapytała, a w jej głosie usłyszałem nutę autentycznej troski… a może zaproszenia? Nie byłem pewien. Mój wewnętrzny radar zardzewiał lata temu.
– Jakoś sobie poradzę. Mam telewizor i zapas krzyżówek – zażartowałem słabo.
Danuta poprawiła włosy.
– Wie pan co? Upiekłam dziś szarlotkę. Taką na kruchym spodzie, z cynamonem. Całej blachy sama nie zjem, a szkoda, żeby się zmarnowała. Może wpadnie pan po południu na kawę? Sąsiedzka pomoc wymaga nagrody.
Wyszykowałem się
Zastygłem. Mój mózg krzyczał: „Uciekaj, Mariola cię zabije, nawet na odległość!”. Ale moje serce, to zmęczone, emeryckie serce, zabiło mocniej.
– Z przyjemnością – odpowiedziałem, zanim zdążyłem pomyśleć. – O której?
– O siedemnastej. Będę czekać.
Wróciłem na górę i wpadłem w szał. Ogoliłem się dwa razy, żeby skóra była gładka jak u niemowlaka. Wyciągnąłem z szafy moją najlepszą koszulę, na „wielkie wyjścia”, czyli na pogrzeby i wesela. Wyprasowałem ją, choć nienawidziłem żelazka. Użyłem wody kolońskiej, którą dostałem od syna na gwiazdkę trzy lata temu i która wciąż stała zafoliowana. O 16:30 zadzwoniła Mariola.
– No cześć, Stefan. Podlałeś kwiaty?
– Tak, Mariolka, podlałem.
– A co robisz? Masz jakiś taki dziwny głos. Zadyszkę masz? Mierzyłeś ciśnienie?
– Wszystko w porządku, właśnie odkurzałem – skłamałem gładko. Pierwsze kłamstwo poszło łatwiej, niż myślałem. – Słuchaj, kochanie, muszę kończyć, bo mecz zaraz leci w telewizji.
– Jaki mecz we wtorek?
– Powtórka z ligi angielskiej. Pa, kuruj się!
Rozłączyłem się z bijącym sercem. Czułem się winny, ale jednocześnie podekscytowany.
Byłem podekscytowany
Punkt 17 zapukałem do drzwi sąsiadki. Otworzyła niemal natychmiast. Zmieniła strój. Miała na sobie sukienkę. W mieszkaniu pachniało ciastem i czymś jeszcze – świecami?
– Zapraszam, wyglądasz bardzo elegancko – powiedziała, wpuszczając mnie do środka.
Jej mieszkanie było lustrzanym odbiciem mojego w sensie układu, ale wyglądało jak z innego świata. U nas królowała meblościanka z lat 90., dywan w tureckie wzory i wszędzie poupychane durnostojki. U Danuty było przestronnie, nowocześnie. Miękka, welurowa kanapa, dużo lamp dających ciepłe światło, na ścianach abstrakcyjne obrazy. I muzyka. Cichy jazz sączył się z głośników. Żadnych wiadomości, żadnych seriali. Usiadłem na kanapie, starając się nie wgnieść poduszek.
– Kawy? A może wina? – zaproponowała.
– Wino… chętnie – odpowiedziałem.
Siedzieliśmy, jedliśmy szarlotkę, która była obłędna, wilgotna, nie to co wióry, które czasem wychodziły mojej żonie, i rozmawialiśmy. I to było największe zaskoczenie. Nie o wnukach, których ona nie miała, a ja miałem dwoje, nie o chorobach, nie o drożyźnie. Rozmawialiśmy o muzyce, o podróżach. Danka opowiadała, jak za młodu jeździła autostopem po Bułgarii. Ja opowiedziałem jej o mojej pasji do sklejania modeli samolotów, z której Mariola zawsze się śmiała, nazywając to „zabawą dla dużych dzieci”.
Czułem, że żyję
Danuta naprawdę słuchała. Patrzyła mi w oczy i śmiała się z moich żartów. Czułem, jak z każdą minutą zrzucam z siebie lata. Czułem się ważny. Czułem się męski.
– Masz piękne dłonie – powiedziała nagle. – Takie silne.
Spojrzałem na swoje dłonie – spracowane, z kilkoma plamami wątrobowymi.
– Są stare – mruknąłem.
– Są doświadczone – poprawiła mnie, kładąc swoją dłoń na mojej.
Nie zabrałem ręki. Spojrzeliśmy na siebie. W jej oczach nie było litości dla staruszka. Była obietnica. Wiedziałem, że powinienem wyjść. Była 19, limit przyzwoitości został wyczerpany, ale wino szumiało mi w głowie, a jej obecność działała jak magnes.
– Chyba… będę się zbierał – powiedziałem niepewnie, wstając. Nogi miałem jak z waty.
– Już? – zapytała, wstając razem ze mną. Podeszła bardzo blisko. Czułem ciepło jej ciała.
Odprowadziła mnie do drzwi. Kiedy sięgałem do klamki, stanęła tuż za mną.
– Dziękuję, że wpadłeś. Było mi bardzo miło. Samotność czasem bywa… trudna.
– Mnie też było miło, Danusiu. Nawet nie wiesz, jak bardzo.
Chciałem tego
Odwróciłem się, żeby podać jej rękę na pożegnanie, ale ona nie wyciągnęła dłoni. Zamiast tego zrobiła krok do przodu i położyła dłonie na moich ramionach.
– Wiesz, życie jest za krótkie na to, żeby odmawiać sobie chwil szczęścia.
Zanim zdążyłem przeanalizować te słowa, pocałowała mnie. Nie był to taki pocałunek, jaki dawała mi Mariola na imieniny – suchy i szybki „cmok”. To był pocałunek kobiety, która wie, czego chce. Zesztywniałem na ułamek sekundy, a potem… objąłem ją. Kiedy oderwaliśmy się od siebie, oboje ciężko oddychaliśmy.
– Jutro? – zapytała szeptem, gładząc mnie po policzku.
– Jutro – wychrypiałem.
Wróciłem na górę chwiejnym krokiem, ale nie od wina. W lustrze w przedpokoju zobaczyłem obcego człowieka. Oczy mi błyszczały, policzki miały rumieńce. Wyglądałem na żywego. Telefon zadzwonił. Mariola.
– Czemu nie odbierałeś?! Dzwonię trzeci raz!
– Byłem… w toalecie – skłamałem. Kolejne kłamstwo. Już nie czułem wyrzutów sumienia. Czułem tylko irytację, że przerywa mi ten stan euforii.
– Słuchaj, tu w sanatorium jest okropnie, jedzenie jałowe, a ten rehabilitant to jakiś sadysta…
Wpadłem po uszy
Słuchałem jej narzekań, patrząc w sufit i uśmiechając się do siebie. Nie obchodziło mnie to. Miałem swój sekret. Przez następne dwa tygodnie żyłem w dwóch rzeczywistościach. Rano byłem przykładnym emerytem – robiłem zakupy, opłacałem rachunki, rozmawiałem z synem przez telefon, a popołudniami schodziłem na dół.
Danka była niesamowita. Okazało się, że w wieku blisko siedemdziesięciu lat wciąż można odczuwać pasję, wciąż można odkrywać swoje ciała bez wstydu. Danuta sprawiała, że czułem się królem. Nie krytykowała mnie. Nie poprawiała. Gotowaliśmy razem. Tańczyliśmy w salonie do starych płyt Niemena. Oglądaliśmy filmy do późnej nocy, przytuleni na kanapie. Czułem się, jakbym dostał drugie życie w prezencie od losu, ale pojawiły się problemy. Sąsiadka z parteru. Wiedźma wiedziała wszystko o wszystkich. Zauważyłem, że kiedy schodzę do Danuty, drzwi sąsiadki uchylają się minimalnie. Czułem na plecach jej wzrok.
– Uważaj na nią – ostrzegła mnie Danuta. – Ona doniesie Marioli, jak tylko ją zobaczy.
– Nie doniesie. Boi się mnie – powiedziałem buńczucznie, choć w środku trząsłem się ze strachu.
Musiałem uważać
I było coś jeszcze. Zacząłem się zakochiwać. To nie było tylko fizyczne zauroczenie. Zacząłem myśleć o Danucie, kiedy byłem u siebie na górze. Zacząłem porównywać. Dlaczego Mariola nie może być taka? Dlaczego Mariola nie może mnie przytulić bez powodu? Dlaczego z żoną rozmawiamy tylko o problemach? Pewnego wieczoru zapytałem:
– A co, jeśli nie chciałbym wracać na górę?
Danuta spoważniała.
– Nie psuj tego. To jest chwila. Mariola to twoje życie, ja jestem twoimi wakacjami.
– Ale ja nie chcę, żeby wakacje się kończyły.
– Muszą, inaczej przestaną smakować. Nie zostawisz jej, macie dzieci, wnuki, wspólny majątek, 40 lat historii. Ja jestem tylko miłym przerywnikiem.
Zabolało mnie to. Poczułem się wykorzystany, a jednocześnie wiedziałem, że ma rację. Byłem tchórzem. Nie zostawiłbym Marioli. Nie umiałbym spojrzeć synowi w oczy. Ostatni dzień przed powrotem Marioli był najgorszy. Musiałem zatrzeć ślady. Przewietrzyć mieszkanie, schować butelkę wody kolońskiej. Zszedłem do Danuty, żeby się pożegnać. Stojąc w jej progu, czułem, jak gardło mi się ściska.
– To koniec? – zapytałem.
Nic nie podejrzewała
Uśmiechnęła się smutno, ale pięknie.
– To nie koniec. Jesteśmy sąsiadami. Będziemy sobie mówić „dzień dobry”.
– Ale to już nie będzie to samo.
– Nie będzie, ale będziemy mieli co wspominać, kiedy będziemy siedzieć w oknach i patrzeć na deszcz. Dałeś mi piękne dwa tygodnie. Poczuliśmy, że żyjemy. To wystarczy.
Pocałowała mnie w czoło jak matka albo jak pielęgniarka żegnająca pacjenta.
– Idź już. Mariola wraca jutro rano. Musisz się wyspać.
Wróciłem do siebie. Usiadłem w tym samym fotelu, w którym siedziałem pierwszego dnia. Cisza znów dzwoniła w uszach, ale teraz była to cisza pełna smutku. Następnego dnia odebrałem Mariolę z dworca. Wysiadła z pociągu, narzekając na przeciągi w przedziale i chrapiącą współpasażerkę. Ucałowałem ją w policzek. Pachniała maścią kamforową i starym pudrem.
– O, schudłeś chyba! – zauważyła krytycznie, taksując mnie wzrokiem. – Jadłeś w ogóle coś? Pewnie same parówki. Mówiłam, że sobie nie poradzisz.
– Jadłem, Mariolka, jadłem – uśmiechnąłem się. – Nawet szarlotkę jadłem.
– Ty i pieczenie? Akurat. Chodź, weź te walizki, ciężkie jak diabli.
Myślałem o niej
Wchodziliśmy po schodach. Na drugim piętrze drzwi się otworzyły. Serce stanęło mi w gardle. Wyszła Danuta. Elegancka, w czerwonym płaszczu. Mariola prychnęła pod nosem.
– Dzień dobry – ukłoniła się Danuta. Spojrzała na mnie, ale jej wzrok był chłodny, uprzejmy. Zero śladu po tym, co robiliśmy dwa dni wcześniej.
– Dzień dobry – mruknęła Mariola i pociągnęła mnie za rękaw. – Chodź Stefan, nie gap się tak.
Weszliśmy do mieszkania. Mariola natychmiast zaczęła rozpakowywać walizki, opowiadając o zabiegach borowinowych. Stanąłem w oknie. Widziałem, jak Danuta wychodzi z klatki i idzie chodnikiem. Szła lekko, kołysząc biodrami.
– Stefan! Słuchasz mnie?! – krzyknęła Mariola z kuchni. – Wstawiłam wodę na herbatę!
– Słucham, kochanie. Słucham.
Odszedłem od okna. Wróciłem do mojego życia, do narzekania, do leków, do bezpiecznej nudy, ale coś się zmieniło. Wiedziałem, że jestem zdolny do pasji. Mariola nigdy się nie dowiedziała. A ja czasem, gdy Mariola ogląda serial, schodzę na dół wyrzucić śmieci, choć kosz jest pusty. Tylko po to, by przejść obok drzwi na drugim piętrze i poczuć ten zapach grzechu, cynamonu i życia, którego posmakowałem tylko przez chwilę, ale który nasycił mnie na resztę moich dni. Nie żałuję ani minuty.
Stefan, 69 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W szufladzie starego kredensu znalazłam testament dziadka. Nie mogłam uwierzyć w to, co kryła tajemnicza koperta”
- „Ferie w pensjonacie w górach zapowiadały się cudownie. Do momentu, aż odkryliśmy coś w łazience”
- „Zgodziłam się zawieźć babcię do notariusza, bo chciała spisać testament. Dała mi coś, czego nie kupię za pieniądze”

