Reklama

Pakowałam im walizki z uśmiechem na ustach, upewniając się, że każdy ma wystarczającą liczbę par ciepłych skarpet. Całowałam dzieci i poprawiałam mężowi szalik, machając im na pożegnanie tak wylewnie, jakbym miała ich nie widzieć przez rok. Wszyscy myśleli, że jestem tą poświęcającą się matką, która zostaje w domu, by nadgonić pracę i odświeżyć salon.

Bzdura. Potrzebowałam krzyku, pasji i mężczyzny, który patrzy na mnie jak na bóstwo, a nie jak na pomoc kuchenną. Kiedy samochód zniknął za zakrętem, nie czułam tęsknoty. Czułam dreszcz. On już czekał na sygnał.

Kłamałam mu w żywe oczy

Dźwięk silnika cichł w oddali, a w domu nastała ta specyficzna, ciężka cisza. Żadnego „mamo, pić”, żadnego narzekania męża na zgubione kluczyki. Stałam w przedpokoju, opierając się o chłodne drzwi i zamiast smutku, czułam, jak moje serce zaczyna bić zupełnie innym, dzikim rytmem.

Marek, mój mąż, to dobry człowiek. Solidny, przewidywalny i… zabójczo nudny. Jesteśmy małżeństwem od dekady, mamy dwójkę wspaniałych dzieci i życie, które z boku wygląda jak w reklamie. Ale w środku? Od dawna czułam się jak zwiędły kwiat. Moja kobiecość została zredukowana do roli logistycznej: menadżer ogniska domowego, praczka, kucharka. A w sypialni panował lodowaty chłód.

Planowanie tych ferii zajęło mi miesiąc. Musiałam to rozegrać po mistrzowsku. Teściowa była zachwycona wizją wnuków w górach, a Marka przekonałam wizją odmalowania salonu, o co prosił od roku.

– Kochanie, zrobię to w trzy dni, a potem będę miała spokój – kłamałam mu w żywe oczy, wciskając do ręki termos. – Odpocznijcie, należy wam się.

Kiedy wreszcie wyjechali, nie rzuciłam się po pędzle. Podeszłam do lustra. Zmyłam z twarzy matczyną troskę, rozpuściłam włosy i wybrałam numer zapisany jako „fachowiec”.

– Wyjechali – powiedziałam krótko. – Możesz przyjechać.

Nie miałam poczucia winy

Damian był chaosem. Młodszy o pięć lat artysta-grafik, z tatuażami i tym błyskiem w oku, który krzyczy: „będą z tego kłopoty”. Poznaliśmy się pół roku wcześniej na konferencji, gdzie oboje udawaliśmy zainteresowanie wykresami. Iskrzyło od pierwszego podania ręki. To nie była miłość, lecz czysta fizyczność. On widział we mnie kobietę, a nie matkę. Przy nim nie musiałam pamiętać o dentyście ani o proszku do prania.

Przyjechał szybciej. Nawet się nie przywitał – po prostu wszedł, rzucił torbę i pocałował mnie. Zapach jego perfum – ostry, drzewny – natychmiast wyparł woń gotowanej marchewki.

– Jesteś pewna? – zapytał, patrząc mi głęboko w oczy. To było w nim najlepsze: dawał wybór, choć oboje znaliśmy odpowiedź.

– Nigdy nie byłam bardziej pewna – szepnęłam, a potem świat przestał istnieć.

Mój dom, twierdza stabilizacji, zamienił się w plac zabaw dla dorosłych. Gotowaliśmy o drugiej w nocy, siedzieliśmy na blacie w kuchni, słuchaliśmy muzyki, której Marek nie znosił. Sypialnia stała się centrum mojego wszechświata. Najbardziej szokujący był brak winy. Spodziewałam się moralnego kaca, ale zamiast niego czułam, jak wstępuje we mnie nowe życie. Jakby ktoś podłączył mnie do ładowarki po latach działania na rezerwie.

Kłamstwo ma krótkie nogi

Rzeczywistość próbowała przebić bańkę, w której żyłam przez ostatni czas. Trzeciego dnia zadzwoniła teściowa. Byłam pod prysznicem, podczas gdy Damian robił jajecznicę. Wybiegłam owinięta ręcznikiem.

– Wiktoria, dziecko! – głos teściowej świdrował w słuchawce. – Jak tam praca? Marek mówił, że pewnie siedzisz po nocach. Dzieciaki szaleją na stoku, zaraz ci je dam!

Musiałam w ułamku sekundy zmienić tryb. Z rozpalonej kochanki w stęsknioną matkę.

– O, to wspaniale, mamo! Tak, pracy mam mnóstwo, ledwo widzę na oczy – kłamałam gładko, podczas gdy Damian całował mnie w szyję. Głos mi drżał, co teściowa wzięła chyba za zmęczenie. – Daj mi dzieciaki.

Patrzyłam na zarumienione buzie synów na ekranie i czułam ulgę, że są daleko.

– Kochamy cię, mamo! Tatuś też tęskni! – krzyczał Jaś.

– Ja też tęsknię, skarby. Bawcie się dobrze – odpowiedziałam, posyłając całusa.

Gdy się rozłączyłam, Damian oparł się o futrynę.

Jesteś niesamowita – powiedział ze zdziwieniem. – Przełączasz się jak robot.

– Trzeba sobie radzić – rzuciłam. – Albo odegram swoją rolę, albo wszystko runie.

Prawdziwy moment grozy nadszedł w czwartek. Pani Halinka, sąsiadka, była bardziej spostrzegawcza niż najlepszy osiedlowy monitoring. Damian zaparkował swoje rzucające się w oczy auto na moim podjeździe. Nie pomyślałam, że to zadziała jak płachta na byka. Nagle rozległ się dzwonek do drzwi, serce stanęło mi w gardle. Damian siedział w salonie w samych bokserkach.

– Do sypialni. Już! – syknęłam, rzucając mu spodnie.

Sama narzuciłam poplamiony farbą dres i otworzyłam.

– Dzień dobry, Wiktorio – Halinka uśmiechała się słodko, skanując wzrokiem wnętrze. – Widzę obcy samochód. Zmartwiłam się. Marek wyjechał, myślałam, że może coś się stało, albo jacyś goście…

– A, dzień dobry, pani Halinko! – Mój uśmiech był tak szeroki, że aż bolał. – Nie, nic się nie stało. To… fachowiec. Od malowania. Wie pani, Marek nie miał czasu, więc wynajęłam pomocnika, żeby zdążyć przed powrotem rodziny.

Halinka zmrużyła oczy.

– Fachowiec? W ferie? I taki sportowy samochód ma?

– Dzisiejsi fachowcy dobrze zarabiają, pani Halinko – zaśmiałam się nerwowo. – Muszę wracać, farba schnie!

Zamknęłam drzwi, oddychając ciężko. Było blisko.

– Fachowiec? – Damian wychylił się zza rogu. – Podoba mi się.

– Nie śmiej się – warknęłam. – Teraz naprawdę musimy pomalować ten cholerny salon. Inaczej wszystko się wyda.

I tak spędziliśmy czwartek. Zamiast nie wychodzić z sypialni, malowaliśmy ściany w salonie. Śmialiśmy się, chlapaliśmy farbą, jedliśmy pizzę na podłodze. To był najlepszy dzień od lat. Nie dlatego, że było gorąco, ale dlatego, że był beztroski.

Mam swój brudny sekret

Sobota nadeszła nieubłaganie. Pożegnanie z Damianem było pozbawione dramatyzmu. To była tylko odskocznia, nie romans mający rozbić rodzinę.

– Do zobaczenia na mieście – rzucił.

– Do zobaczenia, „fachowcu”.

Po jego wyjściu zaczęła się operacja „Zacieranie śladów”. Wietrzenie, zmiana pościeli, szorowanie kieliszków, wynoszenie butelek do odległego śmietnika. Kiedy skończyłam, usiadłam w nowo pomalowanym, pachnącym czystością salonie. Dom był gotowy. Ale czy ja byłam gotowa?

Spojrzałam w lustro. Wyglądałam inaczej. Promienna cera, błyszczące oczy, zrelaksowane ciało. Czułam się nasycona. Przez lata wmawiano mi, że dobra żona czerpie satysfakcję z poświęcenia. Ale prawda była brutalna i wyzwalająca: ja czerpałam satysfakcję z zupełnie czegoś innego.

Usłyszałam samochód. Trzaskanie drzwiami, tupot stóp, głos Marka. Wzięłam głęboki oddech.

– Mamo! Mamo! – dzieciaki wpadły jak tornado. Przytuliłam je mocno. Naprawdę tęskniłam, bo w końcu odpoczęłam od bycia matką 24 godziny na dobę.

Marek wszedł ostatni. Spojrzał na salon.

– O kurczę, Wiktoria… – gwizdnął. – Naprawdę to zrobiłaś. Wygląda świetnie. Musiałaś się napracować.

Pocałował mnie w policzek. Zareagowałam inaczej niż zwykle. Uśmiechnęłam się szczerze, z zapomnianą czułością.

– Warto było – powiedziałam, patrząc mu w oczy. – Czasami człowiek musi się trochę spocić, żeby docenić to, co ma.

Wieczorem, w świeżej pościeli, w której rano leżał ktoś inny, Marek mnie przytulił.

– Wybacz, że zostawiłem cię z tym samą – mruknął. – Następnym razem jedziesz z nami. Należy ci się odpoczynek.

Odwróciłam się i pogładziłam go po policzku.

– Nie martw się, kochanie. Świetnie sobie poradziłam. Nawet nie wiesz, ile energii mi to dało.

Marek zasnął natychmiast, a ja leżałam, patrząc w sufit. Może jestem potworem i egoistką. Może, ale patrząc na śpiącego męża, czułam do niego więcej ciepła niż przez ostatnie dwa lata. Mój romans nie zniszczył małżeństwa – paradoksalnie, on je uratował.

Wróciłam do bycia cierpliwą matką i dobrą żoną, bo zaspokoiłam głód, który zżerał mnie od środka. Mam swój brudny sekret na dnie serca i nie zamierzam nikogo przepraszać za to, że przez tydzień byłam szczęśliwa. Życie jest za krótkie na bycie świętą. Czasami trzeba być grzesznicą, żeby nie zwariować w raju.

Wiktoria, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama