Reklama

Nazywam się Damian i długo wierzyłem, że życie w końcu podało mi rękę. W mieście miałem stałą pracę w firmie logistycznej, wynajmowane mieszkanie i poczucie, że stoję w miejscu. Gdy teściowie zaproponowali nam stary dom na wsi jako „prezent na nowy start”, poczułem ulgę. Widziałem w tym szansę, żeby wreszcie być u siebie, stworzyć coś trwałego dla Lidii i naszego syna.

To będzie nasz dom

Pierwszy raz pojechaliśmy tam wczesną wiosną. Dach przeciekał, tynk odpadał płatami, a w stodole wiatr poruszał spróchniałymi deskami. Lidia ścisnęła moją dłoń.

Rodzice chcą dla nas dobrze. To będzie nasz dom – powiedziała z uśmiechem.

Patrzyłem na zniszczone ściany i widziałem potencjał. Wyobrażałem sobie, jak Tymon biega po podwórku, jak wieczorami siedzimy przy stole, który sam zbuduję. Rzuciłem pracę. Sprzedałem samochód, żeby mieć na materiały. Uczyłem się wszystkiego z filmów w internecie – jak położyć instalację, jak wyrównać podłogę. Wieczorami bolały mnie ręce, ale czułem dumę. Każda nowa deska była dowodem, że potrafię zadbać o rodzinę. Teściowie przyjeżdżali coraz częściej.

– Można to było zrobić inaczej – rzucała Bożena, dotykając świeżo położonych płytek.

Ryszard kiwał głową.

– Pamiętaj, to wciąż stary budynek.

Chciałem usłyszeć od niego jedno zdanie: „Dobra robota”. Nigdy go nie powiedział. Któregoś wieczoru, gdy siedzieliśmy z Lidią przy herbacie, zapytałem mimochodem:

– A formalności? Kiedy przepiszą dom?

– Rodzice się tym zajmą. To tylko kwestia czasu – odpowiedziała szybko.

Uwierzyłem. Bo chciałem wierzyć.

My tylko chcemy pomóc

Zamieszkaliśmy w domu pół roku później. Ściany pachniały świeżą farbą, a podłoga skrzypiała już tylko w jednym miejscu. Stałem w progu i czułem, że to moje miejsce na ziemi. Do czasu. Pierwsze spięcia zaczęły się od drobiazgów. Bożena wpadała bez zapowiedzi, zawsze z jakąś uwagą.

– Nie za ciemna ta kuchnia, ja to nie lubię takich szarości? – zapytała któregoś dnia, rozglądając się po wnętrzu.

Odstawiłem kubek na stół.

– Nam taka pasuje – odpowiedziałem spokojnie, choć w środku już się gotowałem.

– My tylko chcemy pomóc – wtrącił Ryszard, opierając się o framugę. – W końcu to nasz dom.

To zdanie zawisło w powietrzu. Nasz dom. Nie „wasz”, nie „dla was”. Nasz. Wieczorem nie mogłem tego odpuścić.

– Słyszałaś, co powiedział twój ojciec? – zapytałem Lidię, gdy Tymon już spał.

– Oni tak mówią z przyzwyczajenia – westchnęła. – Nie szukaj problemów.

– To nie jest przyzwyczajenie. To brzmi tak, jakbyśmy byli tu tylko gośćmi.

Unikała mojego wzroku, poprawiała poduszkę na kanapie, jakby to było najważniejsze zadanie świata.

– Damian, proszę. Robisz z igły widły.

Wtedy pierwszy raz poczułem, że stoję sam naprzeciwko jej rodziców. I że ona nie zamierza stanąć obok mnie.

Trzeba było zapytać

Kolejne tygodnie przyniosły więcej napięć. Bożena zaczęła komentować, jak urządziliśmy sypialnię, nawet to, że zmieniłem kolor drzwi wejściowych.

– Trzeba było zapytać – powiedziała lodowatym tonem. – To jednak rodzinny dom.

Rodzinny. Słowo, które miało brzmieć ciepło, zaczęło mnie uwierać. Coraz częściej łapałem się na tym, że przed każdą decyzją zastanawiam się, czy teściowie to zaakceptują. Zamiast czuć się gospodarzem, czułem się jak ktoś, kto musi prosić o pozwolenie. Któregoś wieczoru znów wróciłem do tematu.

– Rodzice wspominali, kiedy dopełnią tych formalności – powiedziałem wprost. – Chcę wiedzieć, że to naprawdę jest nasze.

Lidia spojrzała na mnie.

– Chyba nie chcesz powiedzieć, że im nie ufasz?

– Ufanie to jedno. Dokumenty to drugie.

Zapadła cisza. Długa, ciężka. A mi wtedy po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl, że może jednak moje obawy nie są bezpodstawne.

Nie chcę konfliktu z rodzicami

Miesiące mijały, a ze strony teściów nie było żadnej rozmowy, że w końcu przepiszą na nas ten dom. Kiedy tylko o tym wspominałem, cały czas ucinali temat. Któregoś dnia, gdy Lidia wróciła z zakupów, podzieliłem się z nią moimi obawami.

– Lidia, minęło tyle czasu, a w temacie domu nic się nie dzieje.

– A ty cały czas tylko jedno, rodzice są starzy, mają inne problemy na głowie.

– Mam dziwne przeczucia.

– Nie przesadzaj, to wciąż nasz dom – próbowała mnie przekonać. – Mieszkamy tu, wychowujemy syna…

– Według dokumentów nie jest nasz. Jest ich. Władowaliśmy w ten dom kupę oszczędności.

– Wiesz, że nie chcę konfliktu z rodzicami. Wiesz, jacy są.

Właśnie zaczynałem rozumieć, jacy są. I jacy my jesteśmy. Ja – dumny, przekonany, że buduję coś swojego. Ona – całe życie podporządkowana ich decyzjom. Tamtego wieczoru spaliśmy plecami do siebie. Pierwszy raz od dawna nie czułem dumy z tego domu. Czułem się jak obcy.

Mówicie, że jestem tu tylko lokatorem?

Do konfrontacji doszło szybciej, niż się spodziewałem. Bożena zapowiedziała wizytę „na herbatę”. Postanowiłem ponownie zacząć temat przepisania domu.

– Musimy porozmawiać – powiedziałem, splatając dłonie.

– O czym? – zapytała chłodno teściowa.

Ryszard spojrzał na mnie twardo.

– O tym, kiedy zamierzacie w końcu przepisać na nas ten dom. Cały czas unikacie tematu.

– My przemyśleliśmy to wszystko z ojcem, w życiu różnie się układa. Na ten moment nie przepiszemy wam domu.

Aż mnie zamurowało. Wszystkie sytuacje zaczęły układać się w jedną całość: uwagi o kolorze drzwi, o podłogach, o „rodzinnym domu”. To nie była troska. To było pilnowanie własności.

– Słucham? Włożyłem tu wszystkie oszczędności – powiedziałem, czując, jak drży mi głos. – Zrezygnowałem z pracy. Remontowałem ten dom dzień i noc.

Bożena westchnęła teatralnie.

– Nikt cię do tego nie zmuszał – odparła. Sam chciałeś tu zamieszkać.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż cokolwiek wcześniej.

– Sugerowaliście, że to nasz dom – odpowiedziałem. – A teraz mówicie, że jestem tu tylko lokatorem?

Ryszard podniósł się z krzesła.

– Jeśli ci się nie podoba, możesz się wyprowadzić. To nasz dom.

Zapadła cisza. Spojrzałem na Lidię. Czekałem na jedno zdanie, jeden gest.

– Lidia? – szepnąłem.

Opuściła wzrok. W tamtej chwili coś we mnie pękło. Nie chodziło już o ściany, dach ani pieniądze. Chodziło o to, że zostałem sam. W domu, który miał być początkiem, a okazał się narzędziem nacisku.

– Dobrze – powiedziałem w końcu. – Wyprowadzimy się.

Bożena uniosła brwi, jakby nie spodziewała się takiej odpowiedzi.

Nie podejmuj decyzji w emocjach – rzuciła.

– To pierwsza decyzja, którą podejmuję świadomie od miesięcy. I dopilnuję tego, żebyście mi zwrócili wszystkie pieniądze, które włożyłem w remont, co do grosza.

Czułem się, jakbym zaczynał od zera

Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy jeszcze tego samego wieczoru. Lidia chodziła po domu jak cień, zbierając ubrania Tymona. Nie protestowała. Nie przekonywała mnie, żebym został. Kiedy zamknąłem drzwi, spojrzałem na elewację, którą sam odnawiałem. Była jasna, schludna, gotowa na nowe życie. Tylko nie ze mną. Wynajęliśmy małe mieszkanie w pobliskim miasteczku. Dwa pokoje, wąski balkon, widok na parking. Kiedy wnosiliśmy kartony, Tymon zapytał:

– Tato, a kiedy wrócimy do domu z ogrodem?

Zatrzymałem się z pudłem w rękach.

– To już nie jest nasz dom, synku – odpowiedziałem spokojnie. – Teraz będziemy tu.

Lidia stała przy oknie. Była cicha jak przez ostatnie dni. Nie kłóciliśmy się. Nie mieliśmy już o co. Zostało zmęczenie i coś w rodzaju wstydu – po obu stronach. Pierwsze tygodnie były najtrudniejsze. Szukałem pracy, wysyłałem CV, odbierałem telefony. Czułem się, jakbym zaczynał od zera. Czasem w nocy budziłem się z myślą o domu na wsi – o ścianach, które sam malowałem, o podłodze, którą układałem do późna. Bolało mnie nie to, że tam nie mieszkam. Bolało mnie, że uwierzyłem bez zabezpieczenia czegokolwiek. Któregoś wieczoru Lidia usiadła naprzeciw mnie przy małym kuchennym stole.

– Przepraszam – powiedziała cicho. – Bałam się im sprzeciwić. Całe życie podejmowali za mnie decyzje. Myślałam, że tak będzie łatwiej.

– Dla kogo? – zapytałem bez gniewu.

– Dla wszystkich. Tylko że wyszło odwrotnie.

Patrzyłem na nią długo. Widziałem w niej nie tylko żonę, która mnie zawiodła, ale też kobietę, która nigdy nie nauczyła się stawiać granic. Zrozumiałem, że jeśli teraz nie zmienimy czegoś naprawdę, zawsze ktoś będzie decydował za nas.

– Jeśli nasz związek ma przetrwać – powiedziałem w końcu – to musimy trzymać się razem.

Skinęła głową. Kilka dni później dostałem pracę w magazynie w miasteczku. Pierwszą wypłatę trzymałem w dłoni dłużej, niż powinienem. To nie były duże pieniądze, ale dawały mi poczucie sprawczości. Z teściami kontakt ograniczyliśmy do minimum. Próbowali przekonywać, że przesadzam, że „rodzina powinna trzymać się razem”. Nie odpowiedziałem. Rodzina to nie ściany ani akt własności. To lojalność. A tej wtedy zabrakło.

Po kilku miesiącach między mną a Lidią zaczęło się powoli odbudowywać coś, co myślałem, że straciłem bezpowrotnie. Nie było łatwo. Rozmawialiśmy długo, czasem do późna. Uczyliśmy się mówić wprost o strachu i ambicjach. Po raz pierwszy miałem wrażenie, że naprawdę jesteśmy po tej samej stronie.

Nie żałuję wyprowadzki. Straciłem pieniądze i miesiące pracy. Zyskałem coś innego – świadomość, że nic, co nie jest zapisane uczciwie i jasno, nie daje prawdziwego poczucia bezpieczeństwa. Największą lekcją nie była ostrożność wobec teściów. Było nią zrozumienie, że dom buduje się najpierw między dwojgiem ludzi. Bez tego nawet najpiękniejsze ściany są tylko cudzą własnością.

Damian, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama