Reklama

Kiedy poznałam Marka, weszłam do innego świata. Jego rodzice to zamożni prawnicy. Od początku czułam się przy nich jak uboga krewna, ten gorszy sort, który dobrze się wżenił. Dlatego moje wesele nie mogło być po prostu ładne. Musiało być spektakularne.

Chciałam się pokazać

Musiało udowodnić całemu światu, że pasuję do tej elity.

– Czy te serwetki naprawdę muszą być w odcieniu mglistego poranka? Zwykłe białe są o połowę tańsze – pytał Jacek, patrząc na rosnący kosztorys.

– Ty nic nie rozumiesz! – krzyczałam, wpadając w histerię. – Twoja matka zauważy różnicę. Wszyscy zauważą. To musi być idealne.

Mama siedziała wtedy w kącie, cerując jakieś stare spodnie. Uśmiechała się tylko smutno i potakiwała.

– Zrobimy tak, jak chcesz, córeczko. Żebyś była szczęśliwa – powtarzała jak mantrę.

Trzy miesiące przed ślubem stało się coś, co mogło zrujnować wszystko. Właściciel sali weselnej, pięknego dworku pod Warszawą, zadzwonił z informacją o rewaloryzacji kosztów. Inflacja, ceny prądu, krótko mówiąc: albo dopłacamy trzydzieści tysięcy złotych w ciągu tygodnia, albo tracimy rezerwację i zaliczkę. Jacek zbladł. Byliśmy już pod kreską. Jego rodzice obiecali pokryć alkohol i orkiestrę, ale resztę chcieliśmy sfinansować sami, żeby pokazać naszą niezależność.

Musieliśmy dopłacić

Nie mieliśmy tych pieniędzy. Ja byłam załamana. Wtedy mama usiadła obok mnie i pogłaskała mnie po głowie, tak jak wtedy, gdy byłam mała i zdarłam kolano.

– Nie płacz, Roksanko. Wszystko się ułoży.

– Nic się nie ułoży! Nie mamy kasy! To koniec! – wrzeszczałam, nie doceniając jej spokoju.

Dwa dni później mama przyszła do nas z grubą kopertą.

– Proszę. To powinno wystarczyć – powiedziała, kładąc pieniądze na stole.

Ziemia przestała się kręcić. Spojrzałam na nią zszokowana.

– Mamo… skąd ty to masz?

– Miałam oszczędności – odparła szybko, unikając mojego wzroku. – Lokata mi się skończyła. Odkładałam latami na czarną godzinę, ale twoje szczęście jest ważniejsze.

Rzuciłam się jej na szyję. Nie dopytywałam. Byłam tak zapatrzona w wizję uratowanego wesela, tak egoistycznie szczęśliwa, że nie zauważyłam drżenia jej rąk. Wzięłam te pieniądze jak należny mi haracz od losu.

Uratowała nas

Miesiąc przed ślubem zaczął się temat kreacji dla rodziców. Teściowa oczywiście zamówiła sobie suknię u projektanta. A mama?

– Mamo, musimy iść na zakupy – zarządziłam pewnego popołudnia. – Musisz wyglądać reprezentacyjnie. Teściowa będzie błyszczeć, nie możesz przy niej wyglądać jak szara mysz.

Mama spuściła wzrok.

– Roksanko, nie mam teraz czasu. Tyle pracy… A poza tym mam w szafie tę granatową garsonkę. Jest dobra.

– Garsonkę sprzed dziesięciu lat?! Mamo, błagam cię. To jest wesele twojej jedynej córki. Dam ci pieniądze, kupimy coś ładnego.

– Nie! – Jej głos był niespodziewanie ostry. – Nie potrzebuję twoich pieniędzy. Sama sobie poradzę. Mam już coś na oku. Będzie dobrze, zobaczysz.

Uwierzyłam jej. Uznałam, że mama po prostu się wstydzi brać ode mnie pieniądze. „Pewnie kupiła coś w sekrecie i chce mi zrobić niespodziankę” – pomyślałam.

Stresowałam się

Sobota. Dzień ślubu. Pogoda była idealna, niebo błękitne, zero wiatru. Wszystko szło jak w zegarku. Kiedy wcisnęłam się w moją białą, koronkową suknię, patrząc w lustro, czułam się wszechmogąca. Teściowa wyglądała jak milion dolarów – dosłownie i w przenośni. Zmierzyła mnie wzrokiem, poprawiła mi niewidoczny pyłek na ramieniu i powiedziała:

– Ładnie, choć ten dekolt… no cóż, nowoczesny. A gdzie twoja matka?

Faktycznie. Mamy nie było przy mnie podczas ubierania. Powiedziała, że dojedzie prosto do kościoła, bo musi jeszcze coś załatwić.

– Dzwoniłam do niej, nie odbiera – szepnęłam do Jacka, czując, jak w żołądku rośnie mi kula stresu.

– Spokojnie, na pewno zaraz będzie. Może korki – pocieszał mnie, choć sam wyglądał na zdenerwowanego.

Organista zaczął grać. Musieliśmy zaczynać. Szłam powoli, czując na sobie zachwycone spojrzenia. Ale w głowie miałam tylko jedno pytanie: „Gdzie ona jest?”. Kiedy ksiądz rozpoczął mszę, usłyszałam z tyłu kościoła trzask ciężkich, drewnianych drzwi. Potem szuranie. Odwróciłam głowę, podobnie jak połowa gości.

Nie mogłam uwierzyć

W nawie głównej stała moja mama. Ale to nie była mama, jaką chciałam pokazać światu. Miała na sobie stary, bury płaszcz. Na nogach miała swoje stare, znoszone czółenka. Włosy, zazwyczaj schludnie upięte, teraz były w nieładzie, jakby czesała je w biegu, a na twarzy nie miała grama makijażu. Była blada, spocona i zdyszana.

W kościele zapadła grobowa cisza. Widziałam, jak teściowa nachyla się do swojego męża i szepcze coś, zasłaniając usta dłonią w diamentach. Widziałam kuzynki Jacka, te warszawskie modnisie, jak wymieniają porozumiewawcze, kpiące spojrzenia.

Mama spuściła głowę i szybko, niemal biegiem, przemykała boczną nawą, próbując schować się za filarem. Nie usiadła w pierwszej ławce, zarezerwowanej dla rodziców. Usiadła z tyłu, w cieniu. W tym momencie zamiast współczucia, poczułam falę złości. „Jak mogła mi to zrobić?” – myślałam, zaciskając dłonie na bukiecie. „Zrobiła z siebie pośmiewisko. Zrobiła pośmiewisko ze mnie. W najważniejszym dniu mojego życia wygląda jak bezdomna”.

Byłam wściekła

Całą mszę siedziałam sztywna jak kołek. Przysięgę składałam mechanicznie. Kiedy wychodziliśmy z kościoła, unikałam wzroku ludzi, bojąc się, że zobaczę w ich oczach litość zmieszaną z pogardą. Wesele ruszyło. Sala była piękna, dokładnie taka, jak chciałam. Ale atmosfera była gęsta. Mama siedziała przy stole, nie zdejmując płaszcza. Jadła mało, patrzyła w talerz. Teściowa ostentacyjnie ją ignorowała, brylując w towarzystwie.

Po pierwszym toaście i rosole nie wytrzymałam. Kiedy zobaczyłam, że mama wstaje i idzie w stronę łazienek, ruszyłam za nią.

– Roksanko… pięknie wyglądasz – zaczęła, próbując się uśmiechnąć.

– Nie waż się mówić, jak wyglądam. Czy ty oszalałaś?! Spójrz na siebie!

Podeszłam bliżej, a moja złość wylewała się ze mnie potokiem jadu.

– Wszyscy się z ciebie śmieją, mamo! Teściowa, jej rodzina, moi znajomi z pracy! Wyglądasz, jakbyś przyszła tu prosto z żebrania pod kościołem! Dlaczego nie zdjęłaś tego płaszcza? Co ty masz pod spodem?! Jakiś dres?!

Nie wytrzymałam

Mama skuliła się, jakby dostała w twarz. Szarpnęłam za jej płaszcz. Mama próbowała się bronić, przytrzymywała poły materiału drżącymi dłońmi, ale byłam silniejsza. Pod płaszczem mama miała na sobie sukienkę. Ale nie była to nowa kreacja. To była bawełniana sukienka w wyblakłe kwiatki. Była sprana, rozciągnięta i kompletnie nieadekwatna do sytuacji. Ale to nie sukienka wstrząsnęła mną najbardziej.

Zauważyłam, że na szyi nie ma swojego złotego łańcuszka z medalikiem, który dostała od babci i którego nigdy nie zdejmowała. Na palcu brakowało obrączki po tacie. Spojrzałam na nią, a ona stała tam, w tej szmacianej sukience, obnażona, bezbronna.

– Mamo… – mój głos załamał się. – Gdzie jest twoja biżuteria? Gdzie jest ta garsonka, o której mówiłaś?

Mama oparła się o umywalkę, jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

– Nie było żadnej garsonki – powiedziała cicho, głosem wypranym z emocji. – I nie było żadnej lokaty.

– Co? – poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

– Te pieniądze na salę… Nie miałam żadnych oszczędności. Wszystko wydajemy na bieżąco, wiesz o tym. Ale nie mogłam pozwolić, żebyś płakała. Nie mogłam pozwolić, żeby teściowa patrzyła na ciebie z góry.

Zrobiła to dla mnie

– Więc skąd wzięłaś pieniądze? – zapytałam, choć w głębi duszy już znałam odpowiedź, która mnie przerażała.

– Wzięłam pożyczkę. Chwilówkę, bo w banku mi nie dali zdolności. Ale odsetki były ogromne. Żeby spłacić pierwszą ratę i nie stracić mieszkania, sprzedałam wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Złoto po babci, obrączkę taty… Nawet telewizor.

Zatkało mnie. Stałam jak wryta, a ona kontynuowała, patrząc w podłogę. Podniosła na mnie wzrok. Jej oczy były pełne bólu, ale i jakiejś dziwnej, niezachwianej miłości.

– Nie miałam za co kupić biletu na autobus, córeczko. Szłam na piechotę pięć kilometrów z dworca, dlatego się spóźniłam. Płaszcz założyłam, bo ta sukienka… wstydziłam się jej. Wiem, że przynoszę ci wstyd. Przepraszam. Zaraz sobie pójdę, tylko chciałam cię zobaczyć. Wyglądasz przepięknie.

To był moment, w którym cała moja misternie budowana konstrukcja idealnego życia runęła z hukiem. Stałam w sukni za tysiące złotych, opłaconej z krwawicy mojej matki. Każdy kwiatek na tej sali, każdy łyk szampana, którym raczyła się teściowa, był kupiony za obrączkę mojego zmarłego ojca. Za godność mojej matki. Za jej poczucie bezpieczeństwa.

Zrozumiałam swój błąd

Zaczęłam płakać, rozmazując drogi makijaż.

– Mamo… – padłam przed nią na kolana na brudną podłogę łazienki. – Przepraszam. Boże, tak bardzo cię przepraszam.

Objęłam jej nogi w tych zniszczonych rajstopach. Ona też płakała, gładząc mnie po głowie.

– Wstań, Roksanko, pobrudzisz suknię – mówiła, wciąż martwiąc się o mnie.

– Mam gdzieś tę suknię! – krzyknęłam, wstając. – Mam gdzieś teściową, gości i to całe wesele!

Spojrzałam w lustro. Wyglądałam fatalnie. I bardzo dobrze. Zdjęłam welon. Odpięłam drogą kolię, którą pożyczyłam od stylistki.

– Nie pójdziesz nigdzie – powiedziałam stanowczo, chwytając mamę za rękę. – Wracamy na salę.

– Nie, kochanie, nie mogę… Wszyscy patrzą…

– Niech patrzą. Niech patrzą i się uczą.

Wyszłyśmy z łazienki. Trzymałam mamę kurczowo za rękę. Nie pozwoliłam jej założyć z powrotem tego płaszcza. Szłyśmy przez salę – ja, rozmazana panna młoda, i ona, w swojej domowej sukience. Orkiestra przestała grać. Rozmowy ucichły. Barbara zamarła z widelcem w połowie drogi do ust.

Chciałam to naprawić

Podeszłam do stolika orkiestry i wyrwałam wokaliście mikrofon. Ręce mi się trzęsły, ale głos miałam dziwnie pewny.

– Proszę o chwilę uwagi! – Mój głos odbił się echem po sali.

Jacek podbiegł do mnie zdezorientowany.

– Roksana, co ty robisz? Wszystko w porządku?

– Nigdy nie było lepiej – odpowiedziałam mu, patrząc głęboko w oczy.

Odwróciłam się do gości.

– Widzę wasze spojrzenia – zaczęłam. – Widzę, jak szepczecie. Widzę, jak moja teściowa przewraca oczami na widok mojej mamy. Zastanawiacie się, dlaczego matka panny młodej wygląda tak, a nie inaczej, prawda?

Na sali zapanowała cisza tak absolutna, że słychać było brzęczenie muchy.

– Śmiejecie się z jej sukienki. Śmiejecie się z jej butów. Uważacie, że to brak klasy. Otóż powiem wam, czym jest klasa.

Spojrzałam na mamę, która stała obok, trzęsąc się jak osika.

– Wszystko, co tu widzicie, te kwiaty, to jedzenie, ta sala… To wszystko jest tutaj, bo ta kobieta oddała ostatnie grosze, żeby spełnić moje próżne marzenie. Sprzedała pamiątki rodzinne. Sprzedała obrączkę po mężu. Nie kupiła sobie butów, nie poszła do fryzjera, szła tu pięć kilometrów piechotą, żeby zaoszczędzić na bilet, byle tylko dopłacić do kwiatów!

Była bohaterką

Z sali dobiegł głośny szloch. To moja ciotka. Ale ja mówiłam dalej, patrząc prosto w oczy teściowej.

– Jeszcze godzinę temu wstydziłam się własnej matki. Ale moja matka jest najpiękniejszą, najszlachetniejszą osobą na tej sali. I jeśli ktokolwiek z was ma czelność jeszcze raz krzywo na nią spojrzeć, może natychmiast wyjść. Drzwi są tam.

Rzuciłam mikrofon. Odwróciłam się do mamy i przytuliłam ją na oczach wszystkich. Reakcja była mieszana. Część rodziny Jacka siedziała zszokowana, nie wiedząc, jak zareagować. Ale wtedy stało się coś, czego się nie spodziewałam. Jacek podszedł do nas. Miał łzy w oczach. Zdjął swoją marynarkę od garnituru za kilka tysięcy i zarzucił ją na ramiona mojej mamy.

– Pani Tereso – powiedział, całując ją w rękę. – Dziękuję. I przepraszam, że nie zauważyliśmy. Jest Pani niesamowitą kobietą.

Potem wstali moi znajomi. Zaczęli bić brawo. Nieśmiało, potem coraz głośniej. Teściowa siedziała czerwona jak burak, patrząc w stół. Reszta wesela była… inna. Zmyłam resztę makijażu, założyłam trampki, które miałam na zmianę. Mama, otulona marynarką Jacka, siedziała na honorowym miejscu. Ludzie podchodzili do niej, rozmawiali, ktoś przyniósł jej tort. Przestała być ubogą krewną, stała się bohaterką wieczoru.

Jestem jej wdzięczna

Dziś, pół roku po ślubie, wciąż spłacamy długi. Nie te bankowe – te spłacił Jacek, sprzedając swój motocykl. Spłacamy dług wdzięczności wobec mamy. Odkupiliśmy obrączkę taty, cudem była jeszcze w lombardzie. Mama mieszka teraz bliżej nas, pomagamy jej finansowo, ale najważniejsze jest co innego.

Zrozumiałam, że idealne życie to wydmuszka. Prawdziwa miłość nie wygląda jak kadr z filmu romantycznego – czasami wygląda jak stara kobieta w płaszczu z bazaru, która idzie pieszo poboczem drogi, ściskając w ręku kopertę z ostatnimi pieniędzmi dla swojego dziecka.

Nigdy więcej nie ocenię nikogo po wyglądzie. I nigdy, przenigdy nie zapomnę widoku mojej mamy w drzwiach kościoła. To był najbrzydszy i zarazem najpiękniejszy widok w moim życiu. Bo dopiero wtedy zobaczyłam, jak wygląda prawdziwa miłość.

Roksana, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama