Reklama

Myślałam, że znalazłam w tym szklanym biurowcu bratnią duszę, kogoś, kto poda mi rękę, gdy będę tonąć w morzu terminów i korporacyjnych oczekiwań. Jej uśmiech był jak bezpieczna przystań, a każde słowo otuchy działało na mnie niczym balsam na zszargane nerwy. Byłam naiwna, wierząc, że w świecie, gdzie liczy się tylko wynik, jest miejsce na bezinteresowną przyjaźń. Kiedy zorientowałam się, że moje najskrytsze lęki i prywatne dramaty stały się tematem numer jeden przy ekspresie do kawy, było już za późno na ratunek. Wiedziałam, że stoi za tym osoba, którą nazywałam przyjaciółką.

Byłam jej wdzięczna

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Deszcz bębnił o wielkie szyby na siedemnastym piętrze biurowca w centrum Warszawy, a ja stałam na środku open space’u, ściskając w spoconych dłoniach pudełko z moimi rzeczami. Awans do centrali był spełnieniem moich marzeń, ale jednocześnie źródłem paraliżującego strachu. Czułam na sobie wzrok kilkudziesięciu osób, które znad monitorów oceniały każdy mój ruch. Byłam tą nową, tą z prowincjonalnego oddziału, która nagle miała zarządzać kluczowymi projektami marketingowymi. Czułam się jak oszustka, która za chwilę zostanie zdemaskowana. Wtedy pojawiła się ona. Sylwia. Wyłoniła się zza rzędu biurek niczym dobra wróżka w nienagannie skrojonej garsonce. Miała ten rodzaj pewności siebie, który zawsze podziwiałam, a którego mi brakowało.

– Cześć! Ty musisz być Agata, prawda? – zapytała ciepłym, melodyjnym głosem, wyciągając do mnie rękę z idealnym manicurem. – Słyszałam o twoich sukcesach w dziale regionalnym. Gratulacje. Chodź, pokażę ci, gdzie mamy najlepszą kawę, bo ta z automatu na korytarzu smakuje jak woda po płukaniu mopa.

Zaśmiałam się, czując, jak ogromny ciężar spada mi z serca. Sylwia oprowadziła mnie po biurze, przedstawiła najważniejszym osobom, szepcząc przy tym zabawne uwagi na temat dziwactw szefa czy specyficznych nawyków księgowej. Dzięki niej ten pierwszy, przerażający dzień stał się znośny. Przez pierwsze tygodnie Sylwia była moim cieniem i przewodnikiem. Uczyła mnie niepisanych zasad panujących w firmie, ostrzegała, kiedy lepiej nie wchodzić do gabinetu dyrektora i jak radzić sobie z kapryśnym systemem raportowania. Byłam jej wdzięczna. W świecie korporacyjnych intryg, gdzie każdy grał na siebie, ona wydawała się wyspą normalności.

Jesteśmy w tym razem

Nasza relacja szybko wykroczyła poza ramy czysto zawodowe. Zaczęłyśmy spędzać razem przerwy na lunch, wychodziłyśmy na spacery wokół biurowca, żeby złapać oddech. Sylwia była mistrzynią budowania atmosfery intymności. Sama pierwsza zaczęła mi się zwierzać. Opowiadała o trudnej relacji z matką, o problemach z samopoczuciem, o tym, jak bardzo czuje się niedoceniana przez męża.

To sprawiło, że poczułam się zobowiązana do rewanżu. Skoro ona otwierała przede mną swoje serce, ja nie mogłam pozostawać zamkniętą twierdzą. Zaczęło się niewinnie. Narzekałam na korki, na zmęczenie, na drobne sprzeczki z moim narzeczonym, Pawłem. Sylwia słuchała z takim zaangażowaniem, jakby moje problemy były najważniejszą rzeczą na świecie. Kiwała głową, patrzyła mi głęboko w oczy, a jej twarz wyrażała autentyczne współczucie.

– Biedactwo – mówiła często, kładąc dłoń na moim ramieniu. – Nie zasługujesz na to. Jesteś taka silna, podziwiam cię, że dajesz radę to wszystko ciągnąć.

Pewnego popołudnia, kiedy zostałyśmy w biurze po godzinach, by dopiąć prezentację dla klienta, pękła we mnie tama. Ostatnie miesiące były dla mnie koszmarem. Paweł stracił pracę, a nasze oszczędności topniały w zastraszającym tempie. Mieliśmy zaplanowany ślub, wpłacone zaliczki, a teraz wszystko wisiało na włosku. Kłóciliśmy się niemal codziennie, a ja czułam, że oddalamy się od siebie w momencie, gdy powinniśmy być najbliżej.

Opowiedziałam jej o wszystkim. O tym, że muszę brać nadgodziny, żeby spłacić ratę kredytu, o tym, że Paweł popadł w apatię i całymi dniami siedzi przed telewizorem, i o tym, że czasami mam ochotę rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady. Płakałam, a Sylwia podawała mi chusteczki, zapewniając, że wszystko się ułoży, że jestem wspaniałą kobietą i Paweł w końcu się ogarnie.

– Możesz na mnie liczyć, Agatko – powiedziała, ściskając moją dłoń. – Twoje sekrety są u mnie bezpieczne jak w sejfie. Jesteśmy w tym razem.

Wierzyłam jej. Boże, jak bardzo jej wierzyłam. Czułam ulgę, że w końcu wyrzuciłam to z siebie, że nie jestem z tym sama.

Przecież była moją przyjaciółką

Atmosfera w biurze zaczęła się zmieniać bardzo subtelnie. Na początku były to drobiazgi, które łatwo było zignorować lub zrzucić na karb mojej przewrażliwionej wyobraźni. Kiedy wchodziłam do kuchni, rozmowy nagle cichły. Ludzie wymieniali porozumiewawcze spojrzenia, a potem szybko wracali do swoich zajęć. Czułam na sobie wzrok koleżanek z działu HR, taki dziwny, badawczy, podszyty litością wymieszaną z kpiną. Zaczęły się też dziwne uwagi. Podczas spotkania zespołu, kiedy omawialiśmy budżet nowej kampanii, Krzysztof, jeden z analityków, rzucił niby żartem:

– No tak, Agata na pewno świetnie zrozumie grupę docelową, która musi zaciskać pasa. Wszyscy wiemy, jak ciężko jest teraz wiązać koniec z końcem, prawda?

Zamarłam. Skąd mógł wiedzieć o moich problemach finansowych? Spojrzałam na Sylwię, ale ona była zajęta robieniem notatek i nawet nie podniosła wzroku. Pomyślałam, że to przypadek. Może Krzysztof po prostu generalizował. Kilka dni później wpadłam na korytarzu na asystentkę prezesa, młodą i zazwyczaj bardzo gadatliwą dziewczynę.

– Cześć, Kasiu – uśmiechnęłam się do niej.

– Cześć, Agata – odpowiedziała jakoś chłodno, a potem dodała ciszej: – Słuchaj, mam nadzieję, że z twoim narzeczonym już lepiej. Moja ciocia też przez to przechodziła. Trzymaj się.

Zanim zdążyłam zapytać, o co chodzi, Kasia zniknęła w windzie. Stałam na środku korytarza jak wryta. Nigdy nie mówiłam nikomu w pracy o stanie Pawła. Mówiłam o jego trudniejszym czasie tylko w rozmowie z Sylwią. Nigdy nie roztrząsałam tego publicznie. Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach. Czy to możliwe? Nie, to nie mogła być Sylwia. Przecież była moją przyjaciółką. Może ktoś podsłuchał naszą rozmowę wtedy, wieczorem? Przecież ściany w biurze są cienkie. Próbowałam to sobie racjonalizować. Wmawiałam sobie, że popadam w paranoję ze stresu. Sylwia nadal była dla mnie miła, wciąż pytała o Pawła, wciąż oferowała kawę i dobre słowo. Ale ziarno niepewności zostało zasiane i zaczynało kiełkować.

Ona jest strasznie naiwna

Prawda uderzyła we mnie z siłą rozpędzonego pociągu w najmniej oczekiwanym momencie. Przygotowywaliśmy dużą imprezę firmową z okazji dziesięciolecia oddziału. Miałam być odpowiedzialna za logistykę i kontakt z podwykonawcami. Było dużo pracy, biegałam z piętra na piętro, załatwiając tysiąc spraw naraz. Potrzebowałam chwili spokoju, więc schowałam się w małym pomieszczeniu archiwum na końcu korytarza, żeby zadzwonić do Pawła.

Chciałam tylko sprawdzić, czy wyszedł na umówioną rozmowę kwalifikacyjną. Drzwi do archiwum były lekko uchylone, bo zamek od dawna szwankował. Wtedy usłyszałam głos Sylwii. Dobiegał z sąsiedniego pokoju socjalnego, który dzielił z archiwum tylko cienką ściankę gipsowo-kartonową. Wyraźnie słyszałam każde słowo.

– ...mówię wam, to jest jakiś dramat – opowiadała Sylwia, a w jej głosie nie było cienia współczucia, tylko ta specyficzna ekscytacja, jaką ludzie mają, gdy dzielą się sensacją. – Ten jej facet to kompletny nieudacznik. Siedzi w domu w gaciach i ogląda seriale, a ona haruje jak wół, żeby spłacić jego długi.

– Serio? – usłyszałam głos Moniki z działu sprzedaży. – A wygląda na taką poukładaną. Zawsze w tych swoich drogich żakietach.

– Pozory, kochana, pozory – zaśmiała się Sylwia.

Ten śmiech, który kiedyś wydawał mi się taki ciepły, teraz brzmiał jak zgrzytanie metalu o szkło. – Ona jest na skraju załamania. Ostatnio ryczała mi w ramię, że chyba odwoła ślub, bo nie mają nawet na zaliczkę dla sali. Wyobrażacie to sobie? Taki wstyd. W sumie to mi jej szkoda, ale z drugiej strony, jak się bierze takiego faceta, to trzeba ponosić konsekwencje. Ona jest strasznie naiwna, myśli, że on się zmieni. A ja wam mówię, że to się skończy rozwodem, zanim się w ogóle zacznie.

Czułam, jak się we mnie wszystko gotuje. Serce waliło mi tak mocno, że bałam się, iż usłyszą jego bicie przez ścianę. Stałam tam, w ciemnym archiwum, wśród zakurzonych segregatorów. Każde moje zwierzenie, każda łza, każda chwila słabości – wszystko to zostało przerobione na tanie paliwo do biurowych plotek. Moje życie prywatne było teraz publiczną rozrywką dla znudzonych korposzczurów. Najgorsze było to, w jaki sposób o mnie mówiła. Z taką wyższością, z taką pogardą. Jakbym była jakimś godnym politowania przypadkiem społecznym, a nie równorzędną koleżanką z pracy. "Przyjaciółka". To słowo nie chciało mi przejść przez garło.

Chciałam tam wparować. Chciałam na nią nakrzyczeć, uderzyć ją, zrobić awanturę. Ale nogi miałam jak z waty. Poza tym, co by to dało? Zrobiłabym z siebie awanturnicę, potwierdzając tylko ich tezy o moim rzekomym zmiennym charakterze. Wycofałam się po cichu. Wyszłam z archiwum, przemknęłam korytarzem do łazienki i zamknęłam się w kabinie. Dopiero tam pozwoliłam sobie na kilka minut płaczu. Ale to nie był płacz z żalu. To był płacz z wściekłości. Obiecałam sobie wtedy, że to ostatni raz, kiedy Sylwia widzi moje słabości. Ostatni raz, kiedy ktokolwiek w tej firmie dowiaduje się o mnie czegoś więcej, niż to, jaki mam numer służbowy.

Ludzie gadają różne rzeczy

Wróciłam do biurka z poprawionym makijażem i kamienną twarzą. Kiedy Sylwia podeszła do mnie pół godziny później z kubkiem kawy i tym swoim fałszywym uśmiechem, miałam ochotę wytrącić jej ten kubek z ręki.

– Wszystko w porządku, Agatko? Wyglądasz na bladą – zapytała z udawaną troską.

Spojrzałam jej prosto w oczy. Długo, badawczo, bez cienia uśmiechu. Zobaczyłam, jak na ułamek sekundy traci rezon.

– Dziękuję, Sylwio. Wszystko doskonale – odpowiedziałam chłodnym, profesjonalnym tonem. – Mam po prostu mnóstwo pracy. Muszę skończyć ten raport, więc wybacz, ale nie mam czasu na pogaduszki.

Odwróciłam się do monitora, ignorując jej obecność. Sylwia stała tam jeszcze przez chwilę, wyraźnie zbita z tropu, po czym odeszła bez słowa. To był początek mojej nowej strategii. Zrozumiałam, że w tym środowisku informacja to waluta, a ja rozdawałam ją za darmo. Koniec z tym. Odcięłam Sylwię od wszelkich wiadomości. Kiedy pytała o Pawła, odpowiadałam zdawkowo: "Wszystko dobrze". Kiedy próbowała wyciągnąć mnie na lunch, zawsze miałam "ważne spotkanie" lub "pilny telefon". Zauważyła zmianę. Próbowała różnych taktyk – od obrażania się, przez wzbudzanie poczucia winy, aż po agresywną "troskę".

– Coś się stało między nami? – zapytała kiedyś wprost, blokując mi drogę do windy. – Czuję, że mnie unikasz. Martwię się o ciebie, naprawdę. Ludzie gadają różne rzeczy, wiesz? Chciałabym ci pomóc te plotki uciszyć.

To było mistrzostwo manipulacji. Ona, źródło plotek, oferowała pomoc w ich uciszaniu.

– Nie ma żadnych plotek, którymi warto by się przejmować, Sylwio – odpowiedziałam spokojnie, patrząc na nią z góry, choć byłyśmy tego samego wzrostu. – A nasza relacja jest czysto zawodowa i chciałabym, żeby taka pozostała. To pomaga w efektywności.

Jej twarz stężała. Zrozumiała, że wiem. Nie musiałam mówić tego wprost. Wystarczyło to jedno spojrzenie, w którym zawarłam całą moją wiedzę o jej dwulicowości.

Czułam się wyobcowana

Przez kolejne miesiące życie w biurze było dla mnie szkołą przetrwania. Plotki nie ustały od razu, wręcz przeciwnie – kiedy przestałam dostarczać nowego materiału, Sylwia i jej kółko wzajemnej adoracji zaczęły wymyślać nowe niestworzone historie na mój temat. Bolało. Oczywiście, że bolało. Widziałam te szepty, te uśmieszki. Czułam się wyobcowana. Ale zamiast się załamać, przekułam tę złość w pracę. Stałam się maszyną. Każdy projekt dopinałam na ostatni guzik. Każda prezentacja była perfekcyjna. Moje wyniki poszybowały w górę. Wiedziałam, że jedynym sposobem na obronę jest bycie nietykalną merytorycznie. Nie mogli zarzucić mi braku profesjonalizmu.

W międzyczasie Paweł znalazł pracę. Nie była to praca marzeń, ale pozwoliła nam stanąć na nogi. Powoli, cegła po cegle, odbudowywaliśmy nasze życie i zaufanie. Nikomu w pracy o tym nie powiedziałam. Dla nich Paweł wciąż był bezrobotnym nieudacznikiem z opowieści Sylwii. Niech tak myślą. Moje szczęście nie potrzebowało ich akceptacji. Przełom nastąpił podczas kwartalnego podsumowania. Prezes centrali przyjechał osobiście, by wręczyć nagrodę za najlepszą kampanię roku. Wiedziałam, że mój projekt ma szansę, ale Sylwia też startowała ze swoim zespołem. Była pewna swego. Chodziła po biurze dumna jak paw, sugerując wszystkim, że nagroda jest już praktycznie jej.

Kiedy prezes wyczytał moje nazwisko, na sali zapadła cisza. Wstałam, poprawiłam żakiet i ruszyłam na scenę. Odbierając statuetkę, spojrzałam na widownię. Zobaczyłam twarz Sylwii. Była purpurowa ze złości, jej usta zaciśnięte w wąską kreskę. Jej fałszywa maska uprzejmości pękła całkowicie. W swoim przemówieniu podziękowałam zespołowi. Na koniec dodałam:

– Dziękuję również tym, którzy wątpili. Wasz brak wiary był dla mnie największą motywacją do udowodnienia, że profesjonalizm i ciężka praca zawsze obronią się same, niezależnie od szeptów w kuluarach.

Nie spojrzałam na nią, ale wszyscy wiedzieli, do kogo kieruję te słowa. Po sali przeszedł szmer. Niektórzy spuścili głowy. Zrozumieli.

Zaufanie to najdroższa waluta

Minęły dwa lata od tamtych wydarzeń. Wciąż pracuję w tej samej firmie, ba, awansowałam na stanowisko dyrektorskie. Sylwia odeszła pół roku temu. Oficjalnie – poszukać nowych wyzwań. Nieoficjalnie – atmosfera wokół niej zgęstniała, gdy wyszło na jaw, że wynosiła poufne dane do konkurencji, próbując podbudować swoją pozycję. Karma, jak to mówią, wraca. Dziś patrzę na nowych pracowników, którzy przychodzą do firmy, pełni nadziei i otwartości. Czasem widzę, jak szukają przyjaciela, kogoś, komu mogą zaufać. Kiedy widzę, że zbytnio się otwierają, zapraszam ich na kawę. Nie po to, by wyciągać od nich sekrety, ale by dać im jedną, najważniejszą radę.

Mówię im: "Bądźcie mili, bądźcie pomocni, budujcie relacje. Ale pamiętajcie – koledzy z pracy to nie rodzina. Wasze życie prywatne to wasza twierdza. Nie opuszczajcie mostu zwodzonego dla każdego, kto się do was uśmiechnie". Czy stałam się cyniczna? Być może. Czy straciłam wiarę w ludzi? Nie, ale nauczyłam się ostrożności. Mam przyjaciół, wspaniałych i oddanych, ale są oni poza murami tego biurowca. Tutaj jestem profesjonalistką. Tutaj jestem szefową. I nikt, absolutnie nikt, nie wie, co robię po godzinie siedemnastej.

Tamta zdrada zostawiła bliznę, ale ta blizna jest jak tarcza. Przypomina mi, że zaufanie to najdroższa waluta, jaką dysponujemy, i nie wolno jej rozmieniać na drobne przy biurowym ekspresie do kawy. Teraz wiem, że moja siła nie zależy od tego, co o mnie mówią, ale od tego, kim naprawdę jestem, gdy gasną światła w open space.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama