Reklama

Osiem lat po ślubie staliśmy z Tomaszem w naszym wymarzonym mieszkaniu w starej kamienicy i zamiast radości czułam ciężar w klatce piersiowej. Remont pożerał oszczędności szybciej, niż zakładaliśmy, a każda faktura powodowała cichą wymianę pretensji. Kurz osiadał nie tylko na parapetach, ale i między nami. Kiedy zaproponowałam wynajęcie jednego pokoju, wierzyłam, że ratujemy budżet. Nie przypuszczałam, że zaczynamy ryzykować coś znacznie ważniejszego.

Zrobiło mi się ciepło na sercu

Hubert wprowadził się w październiku. Otworzyłam mu drzwi z kubkiem herbaty w dłoni. Uśmiechnął się nieśmiało, poprawił pasek torby przewieszonej przez ramię.

– Dzień dobry, pani Moniko. Mam nadzieję, że nie robię kłopotu – powiedział, rozglądając się z ciekawością po korytarzu pełnym kartonów.

Proszę mówić mi po imieniu – odpowiedziałam szybciej, niż powinnam. – I spokojnie, my tu jeszcze mieszkamy trochę jak na budowie.

Tomasz stał za mną, oparty o ścianę.

– Najważniejsze, żeby czynsz był na czas i żebyśmy szanowali wspólną przestrzeń – rzucił rzeczowo.

Hubert skinął głową, jakby podpisywał nieistniejący regulamin. A potem spojrzał na odsłoniętą cegłę w salonie.

– To świetny pomysł, żeby ją zostawić. Doda wnętrzu charakteru.

Tomasz wzruszył ramionami.

– To kompromis, bo tynk odpadał – odparł sucho.

Ale mnie zrobiło się ciepło na sercu. Ktoś pierwszy raz od miesięcy powiedział, że coś w tym mieszkaniu jest „świetne”, a nie „kosztowne”.

Czułam się samotna

Pierwsze dni były zwyczajne. Mijaliśmy się w kuchni, wymienialiśmy uprzejmości. Jednak któregoś wieczoru, gdy Tomasz znów wrócił późno, usiadłam przy stole z rachunkami. Hubert wszedł po wodę.

– Ciężki dzień? – zapytał, wskazując na stertę papierów.

Westchnęłam.

– Raczej ciężki rok.

Zatrzymał się, jakby naprawdę czekał na dalszy ciąg. Nie spojrzał na telefon, nie rzucił zdawkowego „będzie dobrze”.

– Czasem mam wrażenie, że to mieszkanie nas przerosło – powiedziałam ciszej. – Rozmawiamy już tylko o płytkach i przelewach.

– A o czym chcielibyście rozmawiać? – zapytał.

To pytanie zaskoczyło mnie bardziej niż powinno. O czym chciałabym rozmawiać z własnym mężem? O tym, że się boję? Że czuję się samotna, choć śpimy w jednym łóżku?

– O czymkolwiek innym – odpowiedziałam po chwili. – O tym, jak minął dzień. O tym, co nas cieszy.

Hubert usiadł naprzeciwko. Opowiadał o studiach, o projektach, o marzeniu, żeby kiedyś odrestaurować kamienicę taką jak nasza. Słuchałam go z uwagą, a potem zaczęłam mówić o tym, jak wyobrażałam sobie ten remont – wspólne wybieranie kolorów, śmiech, planowanie przyszłości.

– Brzmi, jakby to było dla pani ważniejsze niż same ściany – zauważył łagodnie.

– Bo tak jest – przyznałam.

Mąż był zazdrosny

Drzwi wejściowe trzasnęły nagle. Tomasz wszedł do kuchni, zdjął marynarkę.

– Widzę, że towarzystwo dopisuje – powiedział, patrząc na nas uważnie.

– Rozmawialiśmy o architekturze – odparłam zbyt szybko.

Hubert wstał.

– Nie chcę przeszkadzać. Dobranoc.

Kiedy został tylko Tomasz, poczułam, jak powietrze gęstnieje.

– Długo dziś siedzieliście – rzucił, nalewając sobie wody.

To była zwykła rozmowa.

– O dwudziestej trzeciej?

– A co w tym złego?

Spojrzał na mnie chłodno.

– Nic. Po prostu dziwnie to wygląda.

Zabolało mnie to bardziej, niż chciałam przyznać.

– Dziwnie? Tomasz, ktoś pierwszy raz od miesięcy zapytał mnie, jak się czuję.

– Ja też pytam.

Zaśmiałam się krótko.

– Kiedy? Między jednym przelewem a drugim?

Zamilkł. Wiedziałam, że przekroczyłam granicę, ale nie potrafiłam się wycofać. W jego oczach pojawiło się coś, czego dawno nie widziałam – nie gniew, lecz chłód. Od tamtego wieczoru zaczął częściej przyglądać się naszym rozmowom. Ja zaś coraz bardziej czekałam na moment, gdy w kuchni zapali się światło i usłyszę spokojne:

– Dobry wieczór, Monika.

Wstydziłam się tej ulgi, którą przynosiła zwykła obecność obcego człowieka w naszym domu. A jednak z każdym dniem coraz wyraźniej czułam, że to nie Hubert wszedł między nas. On tylko stanął w miejscu, które od dawna było puste.

Dobrze się nam rozmawiało

Zaczęło się od herbaty z imbirem, którą zaproponowałam któregoś chłodnego wieczoru. Tomasz wyszedł wcześnie rano i przysłał wiadomość, że wróci po dwudziestej drugiej. Nie zdziwiło mnie to. Zdziwiło mnie raczej to, że nie poczułam już rozczarowania.

– Też pracujesz dziś nad projektem? – zapytałam Huberta, kiedy usiadł przy stole z laptopem.

– Tak, mam oddać plan adaptacji poddasza. – Uśmiechnął się. – Lubię takie zadania. Trzeba zobaczyć potencjał tam, gdzie inni widzą tylko kurz.

Spojrzał na mnie znacząco, jakby to zdanie dotyczyło czegoś więcej niż szkiców.

– Myślisz, że wszystko da się uratować? – zapytałam nagle.

Zamyślił się.

– Jeśli fundamenty są zdrowe, to tak. Gorzej, gdy pęknięcia idą głęboko.

Nie odpowiedziałam. Wpatrywałam się w parę unoszącą się nad kubkiem i czułam, że mówię za dużo, a jednocześnie pierwszy raz od dawna mówię naprawdę. Z czasem te rozmowy stały się naszą codziennością. Opowiadałam mu o tym, jak kiedyś z Tomaszem potrafiliśmy godzinami planować podróże, jak śmialiśmy się z drobiazgów. Hubert słuchał, nie przerywał, czasem tylko zadawał pytania.

– A powiedziałaś mu, że za tym tęsknisz? – zapytał kiedyś.

– On wie.

– Skąd?

Zamilkłam. Bo przecież nie wiedział. Zakładałam, że powinien się domyślić. Zaczęłam łapać się na tym, że czekam na moment, kiedy Tomasz zamknie za sobą drzwi. Wtedy dom jakby oddychał lżej. Wtedy mogłam mówić bez napięcia.

Powoli przekraczałam granicę

Któregoś popołudnia Tomasz wrócił wcześniej. Siedziałam przy kuchennym stole z kubkiem w dłoni i zobaczyłam, jak stoi w progu kuchni. Hubert siedział naprzeciwko mnie, pochylony, słuchał, gdy opowiadałam o rozmowie z mamą.

– Przeszkadzam? – zapytał Tomasz spokojnie.

– Nie – odpowiedzieliśmy niemal równocześnie.

Hubert wstał.

– Pójdę do siebie.

Gdy drzwi do jego pokoju się zamknęły, Tomasz podszedł do stołu.

– Co się dzieje, Monika?

– Nic.

– Nie mów mi, że nic. Widzę, jak na niego patrzysz.

Serce zaczęło mi bić szybciej.

– Jak patrzę?

– Jakby był jedyną osobą, która cię rozumie.

Zacisnęłam dłonie na blacie.

– Bo mnie słucha.

– Ja też cię słucham.

– Słyszysz, ale nie słuchasz – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zrobiło się cicho. Tomasz patrzył na mnie długo, jakby próbował odnaleźć w mojej twarzy kogoś obcego.

To jest nie w porządku – powiedział w końcu. – To, co między wami jest.

– Niczego między nami nie ma.

– Jest. Emocjonalnie już mnie zdradziłaś.

To słowo zawisło między nami ciężkie i nie do odwołania.

– Zdrada? – powtórzyłam z goryczą. – Rozmowa to zdrada?

– Jeśli opowiadasz mu rzeczy, których nie mówisz mi, to tak.

Chciałam zaprzeczyć, ale wiedziałam, że ma rację. Hubert znał moje lęki, moje rozczarowania, moje drobne nadzieje. Tomasz znał harmonogram spłat. Tamtej nocy leżeliśmy obok siebie w ciszy. Dzieliło nas kilka centymetrów materaca i całe morze niewypowiedzianych słów. A ja pierwszy raz pomyślałam, że to, co robię, nie jest niewinne. Że nawet bez gestów i dotyku przekraczam granicę. Mimo to następnego dnia, gdy Hubert zapukał do kuchni i zapytał:

– Wszystko w porządku?

Odpowiedziałam szeptem:

– Nie. I nie wiem, jak to naprawić.

Kłóciliśmy się coraz częściej

Od tamtej rozmowy w Tomaszu coś pękło. Zaczął wracać wcześniej, niby przypadkiem. Otwierał drzwi do mieszkania bez uprzedzenia, jakby chciał nas na czymś przyłapać. Nie mówił wprost, ale jego spojrzenie wystarczało. Któregoś popołudnia siedzieliśmy z Hubertem przy stole nad jego projektem. Rozłożył rysunki, tłumaczył mi, jak światło może zmienić przestrzeń.

– Zobacz, jeśli tu otworzymy ścianę, wnętrze zacznie oddychać – mówił z entuzjazmem.

– A jeśli ściana jest nośna? – zapytałam pół żartem.

– Wtedy trzeba wzmocnić konstrukcję, nie udawać, że jej nie ma.

Drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie. Tomasz wszedł do kuchni i spojrzał na rozłożone kartki.

– Pracujecie nad naszym mieszkaniem czy nad czymś innym? – zapytał chłodno.

– Nad projektem na studia – odpowiedział Hubert, prostując się.

– Rozumiem. – Tomasz zdjął płaszcz powoli. – A ile jeszcze będą trwały te konsultacje?

– Tomasz, przestań – wtrąciłam.

– Co mam przestać? Pytać? To mój dom.

Hubert zebrał kartki.

– Jeśli to problem, mogę pracować w bibliotece – powiedział cicho.

– To nie o to chodzi – odparłam szybko, czując, jak narasta we mnie złość. – To jest też mój dom.

Tomasz spojrzał na mnie tak, jakby usłyszał coś więcej niż słowa. Wieczorem wybuchła kłótnia. Stałam przy zlewie, on opierał się o framugę drzwi.

– Nie widzisz, co się dzieje? – zapytał.

– Widzę, że jesteś zazdrosny o rozmowy.

– Nie o rozmowy. O to, że przestałem być twoim powiernikiem.

– A kiedy nim byłeś ostatni raz? – rzuciłam.

Zamilkł. W jego oczach pojawił się cień zmęczenia.

– Pracuję dla nas – powiedział. – Na to mieszkanie.

– A ja potrzebuję męża, nie sponsora remontu.

Słowa padły ostro, jakby czekały na uwolnienie od miesięcy. Tomasz odwrócił wzrok.

– Czy ty coś do niego czujesz? – zapytał w końcu.

Serce podeszło mi do gardła.

– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Czuję, że przy nim nie jestem niewidzialna.

To była prawda, której bałam się najbardziej.

Napięcie sięgnęło zenitu

Następnego dnia Hubert zapukał do moich drzwi.

– Monika, to nie wygląda dobrze – powiedział bez wstępów. – Nie chcę być powodem waszych kłótni.

– Nie jesteś powodem – zaprzeczyłam odruchowo.

– Może nie przyczyną, ale katalizatorem na pewno. – Uśmiechnął się smutno. – Mogę się wyprowadzić. Znajdę coś innego.

Te słowa zabolały mnie niespodziewanie mocno.

– Uciekasz?

– Nie. Chcę, żebyś miała szansę uporządkować to, co ważniejsze niż ja.

Dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo się zaangażowałam. Jego obecność stała się dla mnie czymś więcej niż rozmową przy herbacie. Była schronieniem. Tego samego wieczoru napięcie sięgnęło zenitu. Siedzieliśmy z Hubertem w kuchni w ciszy. Nie rozmawialiśmy, tylko byliśmy obok siebie. Moje dłonie leżały na stole, jego tuż obok. Między nami nie było gestów, a jednak powietrze było ciężkie od niewypowiedzianych emocji. Drzwi otworzyły się nagle. Tomasz stanął w progu i spojrzał na nas.

– To już nawet nie staracie się udawać? – powiedział.

– Tomasz… – zaczęłam.

– Powiedz mi tylko jedno – przerwał. – Czy ty już wybrałaś?

Nie potrafiłam odpowiedzieć. A cisza, która zapadła, była głośniejsza niż jakiekolwiek wyznanie. Nie odpowiedziałam na pytanie Tomasza. Wystarczyło, że nie zaprzeczyłam. Hubert wstał pierwszy.

To zaszło za daleko – powiedział spokojnie. – Nie chcę być powodem rozpadu czegokolwiek.

Tomasz spojrzał na niego z mieszaniną gniewu i ulgi.

– Słusznie – rzucił krótko.

– Przestań – syknęłam. – To nie jest tylko jego wina.

Hubert nie czekał na dalszą wymianę zdań. Wyszedł do swojego pokoju. Słyszałam odsuwane szuflady, cichy trzask walizki. Każdy dźwięk był jak odliczanie.

Między nami rosła cisza

Zapukałam do jego drzwi.

– Nie musisz tego robić – powiedziałam, gdy otworzył.

– Muszę. – Spojrzał na mnie poważnie. – Zaczęłaś szukać u mnie odpowiedzi na pytania, które powinnaś zadać jemu. To nie jest fair wobec nikogo.

– A jeśli już za późno? – zapytałam szeptem.

– Jeśli fundamenty są zdrowe, pamiętasz? – odpowiedział łagodnie. – Wtedy można wzmacniać konstrukcję.

Te same słowa, które kiedyś wydały mi się metaforą, teraz brzmiały jak pożegnanie. Tego wieczoru wyniósł walizkę do przedpokoju. Tomasz stał pod ścianą, z rękami skrzyżowanymi na piersi.

– Powodzenia – powiedział chłodno.

Hubert skinął głową.

– Dbajcie o to miejsce. Ma potencjał.

Drzwi zamknęły się cicho. I nagle w mieszkaniu zrobiło się przerażająco pusto. Remont dobiegał końca. Ściany były już gładkie, podłoga równa, lampy zawieszone. Wszystko wyglądało tak, jak planowaliśmy. Tylko między nami rosła cisza, której nie potrafiłam znieść. Próbowałam pierwsza.

– Możemy porozmawiać? – zapytałam kilka dni później.

Tomasz siedział przy stole z laptopem.

– O czym?

– O nas.

Zamknął komputer powoli.

– Myślałem, że już wybrałaś.

Te słowa zabolały mnie bardziej niż wcześniejsze oskarżenia.

– Nie wybrałam nikogo przeciwko tobie – odpowiedziałam. – Wybrałam bycie wysłuchaną. I zrobiłam to w najgorszy możliwy sposób.

Patrzył na mnie długo. Po raz pierwszy od wielu tygodni nie było w jego spojrzeniu chłodu, tylko zmęczenie.

Bałem się – przyznał cicho. – Że przestanę ci wystarczać. Dlatego uciekałem w pracę. Tam przynajmniej wiedziałem, co robić.

– A ja bałam się, że już mnie nie widzisz – powiedziałam. – I zamiast krzyczeć o uwagę, zaczęłam się zwierzać komuś innemu.

Usiedliśmy naprzeciwko siebie, jak obcy ludzie próbujący ustalić warunki rozejmu.

– Nie zdradziłaś mnie fizycznie – powiedział w końcu. – Ale to bolało tak samo.

– Wiem.

To „wiem” było ciężkie, ale prawdziwe.

Przestałam szukać ucieczki

Zaproponowałam, żebyśmy spróbowali od nowa. Nie udając, że nic się nie stało, tylko przyznając, że oboje zawiedliśmy. Tomasz nie odpowiedział od razu.

– Nie potrafię zapomnieć w jeden dzień – powiedział w końcu. – Ale mogę spróbować zrozumieć.

To nie było wyznanie miłości ani wielkie pojednanie. Była to decyzja – mała, ostrożna, ale wspólna. Kilka tygodni później staliśmy w wyremontowanym salonie. Światło wpadało przez czyste okna, odbijało się od jasnych ścian. Tomasz objął mnie niepewnie, jakby sprawdzał, czy wciąż do siebie pasujemy.

– Ładnie wyszło – powiedział.

– Tak – odpowiedziałam. – Tylko musimy teraz zadbać o to, czego nie widać.

Skinął głową. Nie wiem, ile pracy jeszcze przed nami. Wiem tylko, że przestałam szukać ucieczki w cudzej obecności. Zrozumiałam, że emocjonalna zdrada zaczyna się od milczenia, które pielęgnujemy latami. Hubert był lustrem, w którym zobaczyłam własną samotność. Ale to z Tomaszem postanowiłam spróbować ją oswoić.

Drzwi do pustego już pokoju stoją dziś otwarte. Nie jako zaproszenie dla kogoś nowego, lecz jako przypomnienie, że w domu najłatwiej zgubić się wtedy, gdy przestajemy mówić.

Monika, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama