„Wymarzone ferie zimowe w Alpach miałam spędzić bez męża. Szybko znalazłam dla niego zastępstwo i nie tęskniłam”
„Przez następne pół godziny nie rozmawialiśmy o niczym konkretnym. A jednak pierwszy raz od dawna nie czułam się samotna. Patrzył mi w oczy, słuchał mnie uważnie. Kiedy wyszłam ze schroniska, śnieg znowu zaczął padać. A ja... uśmiechnęłam się do siebie”.

- Redakcja
Przez lata marzyłam o wspólnym wyjeździe w Alpy. O białych szczytach, skrzypiącym śniegu pod deskami, wieczorach z gorącą czekoladą w schronisku. Miałam wszystko zaplanowane – bilety, rezerwacje, nawet nowe rękawice. To miał być nasz czas.
Mój mąż wiedział, jak bardzo mi na tym zależy. Mówił, że pojedziemy, obiecywał, że to będzie prezent na nasze dziesięciolecie. A potem, w ostatniej chwili, po prostu powiedział, że nie jedzie. Bez wyjaśnień. Stojąc ze spakowaną walizką w holu, poczułam się jak idiotka. Pojechałam sama. A tam… zrobiłam coś, czego nie da się już cofnąć.
Nie mogłam w to uwierzyć
– Wiesz co, nie dam rady – powiedział spokojnie, nie odrywając wzroku od ekranu komputera.
Stałam przy drzwiach z biletem w dłoni i zapakowaną walizką. Myślałam, że żartuje.
– Co ty mówisz? Samolot mamy za dwie godziny. Taksówka już jedzie – przypomniałam, próbując się nie denerwować.
– Muszę zostać. W pracy mamy urwanie głowy, nie wyrabiam się. Poza tym… i tak nie jestem w nastroju.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Jeszcze wczoraj zachwalał hotel z widokiem na Mont Blanc. Przeglądaliśmy razem trasę zjazdową. Przysięgał, że nie ma nic ważniejszego niż ten wyjazd. A teraz mówi mi, że nie jest w nastroju?
– Mógłbyś chociaż udawać, że ci przykro – wycedziłam przez zęby. – Wiesz, ile znaczyła dla mnie ta podróż?
– Nie dramatyzuj, pojedziemy kiedy indziej – odparł i znów wbił wzrok w ekran.
Nie odpowiedziałam. Nie chciałam robić z siebie błazna, więc po prostu wyszłam. Wsiadłam do taksówki sama. W środku walizka, narty, zawiedzione nadzieje. I jeszcze coś: dziwne przeczucie, że ten wyjazd nie skończy się tak, jak myślałam.
Poczułam się mniej samotna
Siedziałam sama przy stoliku w drewnianym schronisku. Przede mną parował kubek gorącej czekolady, której nawet nie miałam ochoty pić. Zamiast radości czułam tylko rozczarowanie. Turyści śmiali się dookoła, dzieci turlały się w śniegu, a ja czułam się jak niechciany gość na cudzym weselu.
– Wolne? – zapytał ktoś, wskazując krzesło naprzeciwko.
Skinęłam głową. Mężczyzna był mniej więcej w moim wieku, miał lekko potargane włosy i jeszcze zaparowane okulary narciarskie. Pachniał kawą i wydawał się dziwnie znajomy, chociaż widziałam go pierwszy raz w życiu. Może po prostu wzbudzał zaufanie.
– Sam? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
– Na szczęście. Uciekłem od ludzi. Cisza mi lepiej robi niż gadanie – uśmiechnął się. – A ty?
Zawahałam się, ale potem usłyszałam własny głos:
– Miałam być tu z mężem. Zrezygnował w ostatniej chwili. Bez słowa wyjaśnienia.
Przytaknął, jakby to rozumiał. Przez następne pół godziny nie rozmawialiśmy o niczym konkretnym. A jednak pierwszy raz od dawna nie czułam się samotna. Patrzył mi w oczy, słuchał uważnie. Kiedy wyszłam ze schroniska, śnieg znowu zaczął padać. A ja... uśmiechnęłam się do siebie.
Tego się nie spodziewałam
Wracałam ze stoku późnym popołudniem. Byłam zmęczona, ale inaczej niż zwykle – przyjemnie, lekko. Z tym nieznajomym, którego imienia nawet nie znałam, spędziłam większość dnia. Jeździliśmy razem, gadaliśmy w kolejce, śmialiśmy się, kiedy oboje zaliczyliśmy glebę na tej samej muldzie.
Kiedy weszłam do pokoju w pensjonacie, pierwsze co zobaczyłam, to torba. Nie moja. Spojrzałam na łóżko, leżała tam kurtka mojego męża. Przez chwilę pomyślałam, że to pomyłka. Że ktoś się wprowadził przypadkiem do mojego pokoju. Ale nie. To była jego kurtka. I jego głos, gdy wyszedł z łazienki w samym ręczniku.
– Cześć.
– Co ty tu robisz? – zapytałam bez cienia powitania w głosie.
– Nie mogłem tak cię puścić samej. Długo o tym myślałem. Przepraszam, że zrezygnowałem. Zawaliłem.
Patrzyłam na niego i czułam dziwny chłód. Już mnie nie złościł. Nie tęskniłam za nim. Chciałam, żeby wyszedł.
– Za późno – powiedziałam tylko i odwróciłam się do okna.
Milczał. A ja wiedziałam, że nie przyjechał tu dla mnie. Przyjechał, żeby uciszyć własne wyrzuty sumienia.
Obydwoje tylko udawaliśmy
Został. Wrócił jak bohater, którego nikt nie potrzebował. Udawał, że wszystko między nami wciąż jest na swoim miejscu. Zgodziłam się na wspólną kolację, choć każde zdanie wypowiedziane przy stole brzmiało jak wyuczony dialog z kiepskiego filmu.
– Ładnie tu, prawda? – zapytał, jakby nic się nie stało.
– Tak, pięknie – odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku znad talerza.
Udawałam, że jestem wdzięczna, że się pojawił. On udawał, że to coś zmienia. Nie dotykał mnie, nie próbował rozmawiać naprawdę. Wieczorem położyliśmy się obok siebie na szerokim łóżku, każdy po swojej stronie. Zasnęłam w ubraniu, z twarzą zwróconą do ściany.
Nazajutrz zniknął rano, zostawiając liścik – Jadę na narty, wrócę po południu. Nawet nie zapytał, czy chcę jechać z nim. Wyszłam więc sama. Znów spotkałam Nieznajomego. Wystarczyło jedno jego spojrzenie i jedno moje kiwnięcie głową, by zrozumiał.
Nie zapytał o męża, nie musiał. Milczenie między nami było prostsze niż setki rozmów, które nic nie zmieniały. Wieczorem, kiedy wróciłam, mój mąż już był w pokoju. Pił herbatę i przeglądał zdjęcia na telefonie. Spojrzał na mnie, ale nic nie powiedział. Tak wyglądała nasza miłość. Jak coś, co udaje, że jeszcze istnieje.
Coś między nami umarło
Trzeciego dnia nie poszłam na stok. Zostałam w pokoju, leżałam pod kocem z książką, której nie czytałam. Mój mąż wrócił przed południem, zmęczony, zadowolony. Chciał opowiedzieć mi, jak świetnie mu poszło na czarnej trasie. Nie słuchałam.
– Zaczniemy od nowa? – zapytał po chwili ciszy.
Spojrzałam na niego. Ten sam człowiek, który jeszcze niedawno był mi tak bliski, teraz wydawał się obcy. Patrzyłam na niego jak na kogoś, kogo znałam kiedyś, bardzo dawno temu. Ale już nie pamiętałam, za co go wtedy kochałam.
– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Myślisz, że jeszcze jest coś, co można uratować?
– Zawsze można. Jeśli się chce.
– A ty chcesz?
Nie odpowiedział od razu. Popatrzył w okno, jakby tam szukał odpowiedzi.
– Nie wiem – przyznał w końcu. – Może chcę tylko nie czuć się winny.
Ta cisza, która potem zapadła, była aż ogłuszająca. Wiedziałam już, że nie będzie krzyków. Nie będzie dramatycznych scen, rzucania słów, które zostają na zawsze. Ta historia umrze cicho. Jak wszystko, co było między nami.
Znów poczułam się kobietą
Nie mówiłam mu, że tej nocy nie spałam w pokoju. Że wyszłam późno, gdy już zasnął, i wróciłam nad ranem z lodowatymi dłońmi i rozgrzaną twarzą. Nie musiał wiedzieć. Już nie byliśmy sobie nic winni.
W drodze na lotnisko milczeliśmy. Siedział obok mnie, dłubiąc w telefonie, jakby szukał tam ucieczki od niewygodnej obecności. Ja patrzyłam przez szybę na znikające góry. Nie płakałam, nie miałam już w sobie żalu. Wyczerpałam łzy już wiele miesięcy wcześniej.
Po przylocie do Warszawy po prostu się odwrócił. Nie zapytał, czy wracamy razem. Nie próbował wziąć mojej walizki, nie pocałował na pożegnanie. Odszedł w swoją stronę, nie zostawiając nawet jednego słowa.
A ja? Zamówiłam taksówkę i pojechałam do siebie. Do siebie – nie do nas. Do mieszkania po mamie. Do nowej ciszy, bez wspólnych śniadań i przemilczanych wieczorów. Nie zdradziłam go przez Alpy i przez to, że zrezygnował ze współnego wyjazdu. Zdradziłam go, bo pierwszy raz od dawna poczułam, że ktoś się mną interesuje. Naprawdę interesuje. Poczułam się znów kobietą.
Na lotnisku nie spojrzałam za nim. Tak odchodzi się od kogoś, kto już dawno odszedł pierwszy.
Kinga, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wiedziałam, że córka nie powinna iść na studniówkę z tym chłopakiem. Wszystko to, co się stało, to moja wina”
- „Nie było nas stać na studniówkę, ale córka i tak poszła. Załamałam się, gdy wyznała, skąd wzięła na to pieniądze”
- „W Dniu Dziadka zamiast z laurką przyszłam z kwiatami na pogrzeb. Już nad trumną zaczęła się awantura o ziemię”

