„Wyjeżdżając w góry, chciałam tylko odrobiny spokoju. Jedno spotkanie z nieznajomym wywołało prawdziwą lawinę uczuć”
„Spojrzałam na niego. Nie znałam go. Był obcym człowiekiem spotkanym na środku góry. A jednak w jego postawie było coś, co sprawiało, że czułam się bezpiecznie. Może to ten głos, a może fakt, że nie zostawił mnie samej, mimo że inni narciarze mijali mnie bez słowa”.

Miałam być tam tylko przez tydzień, żeby uciec od zgiełku miasta, maili, które nigdy się nie kończą i poczucia, że życie przecieka mi przez palce. To miał być zwykły czwartek, chłodny i słoneczny, jeden z tych dni, kiedy góry wyglądają jak z pocztówki, a człowiek czuje się mały wobec potęgi natury. Nie planowałam żadnych znajomości, a już na pewno nie sądziłam, że na środku stromego stoku, trzęsąc się ze strachu i bezradności, spotkam kogoś, kto sprawi, że zapomnę o całym świecie. Czasami los ma jednak własne plany, a to, co bierzemy za pechowy zbieg okoliczności, okazuje się początkiem czegoś, na co czekaliśmy całe życie.
Nie panuję nad swoim życiem
Stojąc na szczycie tego przerażającego wzniesienia, czułam, jak lodowaty wiatr smaga mnie po policzkach, ale to nie zimno było moim największym problemem, a strach. Paraliżujący, ściskający gardło lęk, który sprawiał, że moje nogi w ciężkich butach narciarskich wydawały się z betonu. W dole widziałam maleńkie postacie narciarzy, którzy z gracją kreślili łuki na śniegu, wyglądając przy tym tak swobodnie, jakby urodzili się z nartami na nogach. Ja natomiast czułam się jak kompletny oszust.
Moja przyjaciółka, Kaśka, namawiała mnie na ten wyjazd od miesięcy. Mówiła, że muszę odpocząć, że praca w korporacji mnie wykończy, że potrzebuję świeżego powietrza i odrobiny szaleństwa. Zgodziłam się, bo w głębi duszy wiedziałam, że ma rację. Ostatnie lata to było pasmo niekończących się projektów, nadgodzin i pustych wieczorów w moim warszawskim mieszkaniu. Kiedy więc dotarłyśmy do Zakopanego, obiecałam sobie, że będę odważna. Że spróbuję wszystkiego. Niestety, moja odwaga skończyła się w momencie, gdy zamiast na oślą łączkę, trafiłam na trasę oznaczoną kolorem czerwonym.
— Dasz radę, Ewa! To tylko wygląda strasznie! — krzyknęła Kaśka, po czym zniknęła za załomem stoku, zostawiając mnie samą z moją paniką.
Próbowałam ruszyć. Naprawdę próbowałam. Przesunęłam nartę o kilka centymetrów, ale grawitacja natychmiast pociągnęła mnie w dół szybciej, niż się spodziewałam. Straciłam równowagę, zachwiałam się i wylądowałam na boku, wbijając się w zaspę. Śnieg wpadł mi za kołnierz, gogle przekrzywiły się na nosie, a jedna narta wypięła się i sunęła powoli w dół, zatrzymując się na szczęście na kępie kosodrzewiny.
Leżałam tak przez chwilę, patrząc w błękitne niebo i zastanawiając się, czy ratownicy górscy ściągają z trasy takie beznadziejne przypadki jak ja, czy po prostu zostawiają je tam do wiosny. Czułam, jak wzbiera we mnie płacz. To nie chodziło tylko o ten narty. To było poczucie całkowitej porażki, które towarzyszyło mi ostatnio zbyt często. Czułam, że nie panuję nad swoim życiem tak samo, jak nie panowałam nad tymi dwiema deskami.
Czułam się bezpiecznie
— Wygląda na to, że grawitacja dzisiaj wygrywa — usłyszałam nad sobą głęboki, spokojny głos.
Otarłam śnieg z twarzy i spojrzałam w górę. Nade mną stał mężczyzna. Miał na sobie granatową kurtkę, a jego twarz była częściowo zasłonięta przez kask i gogle, które właśnie podniósł na czoło. To, co uderzyło mnie najbardziej, to jego oczy. Były brązowe, ciepłe i bił z nich taki spokój, że moja panika na moment zelżała. Nie śmiał się ze mnie. Nie patrzył z politowaniem. Patrzył z autentyczną troską i cieniem rozbawienia, ale takiego życzliwego.
— Chyba przeceniłam swoje możliwości — wydukałam, próbując podnieść się z pozycji, która z pewnością nie dodawała mi godności. — Moja narta uciekła.
Mężczyzna sprawnym ruchem podjechał do kępy kosodrzewiny, podniósł moją zgubę i wrócił do mnie, podchodząc pod górę jodełką z taką łatwością, jakby szedł po chodniku.
— Jestem Jakub — powiedział, wyciągając do mnie rękę w grubiej rękawicy. — Pomogę ci wstać, a potem zastanowimy się, jak bezpiecznie sprowadzić cię na dół. Zgoda?
Chwyciłam jego dłoń. Był silny. Pociągnął mnie w górę jednym zdecydowanym ruchem, a potem pomógł wpiąć but w nartę, cały czas asekurując mnie ramieniem, żebym znowu nie poleciała w dół.
— Nie nadaję się do tego — mruknęłam, czując, jak nogi znowu zaczynają mi drżeć. — Powinnam zdjąć to wszystko i zejść na piechotę.
— To najgorsze, co możesz zrobić. Śnieg jest śliski, buty sztywne, zrobisz sobie krzywdę — odparł spokojnie. — Zrobimy tak: ja będę jechał tyłem przed tobą, a ty będziesz robić pług. Wiesz, co to pług? Czubki nart razem, tyły szeroko. Będę twoim hamulcem. Ufasz mi?
Spojrzałam na niego. Nie znałam go. Był obcym człowiekiem spotkanym na środku góry. A jednak w jego postawie było coś, co sprawiało, że czułam się bezpiecznie. Może to ten głos, a może fakt, że nie zostawił mnie samej, mimo że inni narciarze mijali mnie bez słowa.
— Ufam — powiedziałam cicho.
I tak zaczął się nasz wspólny zjazd. Jakub jechał tyłem, co samo w sobie wydawało mi się wyczynem godnym olimpijczyka, i cały czas do mnie mówił. Instruował mnie, kazał przenieść ciężar ciała, chwalił każdy udany metr. Był cierpliwy. Niezwykle cierpliwy. Kiedy w końcu dotarliśmy do płaskiego odcinka na dole stoku, czułam się, jakbym zdobyła Everest.
To był szczery śmiech
— Żyjesz? — zapytał z uśmiechem, kiedy w końcu mogliśmy się zatrzymać i odpiąć narty.
— Ledwo, ale tak. — Odetchnęłam głęboko, czując jak adrenalina powoli opada, ustępując miejsca zmęczeniu. — Dziękuję ci. Naprawdę. Nie wiem, co bym tam zrobiła bez ciebie. Pewnie siedziałabym do nocy.
— Góry uczą pokory, każdego z nas kiedyś sprowadziły do parteru — odpowiedział, ściągając kask. Miał ciemne, lekko potargane włosy i uśmiech, który sprawiał, że robiło mi się cieplej, mimo mrozu. — W ramach rewanżu za uratowanie życia, pozwolisz zaprosić się na herbatę? Tutaj w schronisku robią świetną, z miodem i cytryną.
Zgodziłam się bez wahania. Kaśka wysłała mi SMS-a, że spotkała znajomych i będzie za godzinę, więc miałam czas. Usiedliśmy przy drewnianym stole w gwarnej sali, otoczeni zapachem mokrej wełny i jedzenia. Kiedy dostaliśmy parujące kubki, rozmowa potoczyła się tak naturalnie, jakbyśmy znali się od lat. Opowiedziałam mu o swojej pracy, o tym, jak bardzo czuję się przytłoczona warszawskim pędem. O tym, że ten wyjazd miał być resetem, a zaczął się od katastrofy. Mówiłam rzeczy, których normalnie nie mówię obcym ludziom. Może to magia gór, a może to on.
Jakub słuchał uważnie. Nie przerywał, nie dawał dobrych rad w stylu moich znajomych. Po prostu był obecny. Dowiedziałam się, że jest architektem z Wrocławia. Że kocha góry, bo tylko tu potrafi naprawdę wyłączyć myślenie. Że też kiedyś gonił za sukcesem, aż do momentu, gdy zdrowie powiedziało mu stop.
— Zrozumiałem wtedy, że nikt nie postawi mi pomnika za to, że siedziałem w biurze do dwudziestej — powiedział, patrząc w fusy na dnie kubka. — Życie jest gdzie indziej, Ewa. Na przykład tutaj, kiedy próbujesz nie zabić się na stoku.
Roześmiałam się. To był szczery śmiech, pierwszy od bardzo dawna.
— Masz rację. Ale wciąż nie umiem jeździć.
— To się da naprawić — odparł, patrząc mi prosto w oczy. — Jestem tu jeszcze przez cztery dni. Mogę cię poduczyć. O ile znowu mi zaufasz.
Mamy podobne poczucie humoru
Następne dni wyglądały zupełnie inaczej niż sobie wyobrażałam. Zamiast szaleć z Kaśką po barach czy sklepach na Krupówkach, spędzałam każdą wolną chwilę z Jakubem. Stał się moim prywatnym instruktorem, ale też kimś znacznie więcej. Spotykaliśmy się rano przy wyciągu. Jego cierpliwość była nieskończona. Tłumaczył mi technikę skrętu, pokazywał, jak układać ciało, jak pracować kolanami. Czasem, żeby skorygować moją postawę, kładł dłonie na moich ramionach lub biodrach. Przez te gruby warstwy narciarskiej odzieży czułam ten dotyk jak prąd elektryczny. To była bliskość, która nie miała podtekstu, a jednak budowała między nami intymność, jakiej nie czułam z nikim od dawna.
Pamiętam jeden moment, trzeciego dnia. Byliśmy na łagodniejszym stoku, słońce chyliło się już ku zachodowi, barwiąc śnieg na różowo i pomarańczowo. Udało mi się zjechać płynnie, bez upadku, aż do samego dołu. Jakub czekał na mnie, uśmiechnięty od ucha do ucha.
— Widziałaś to?! — krzyknął. — Byłaś niesamowita!
Podjechałam do niego i z euforii po prostu rzuciłam mu się na szyję. Objął mnie mocno, unosząc lekko nad ziemię. Przez chwilę trwaliśmy tak w uścisku, słyszałam bicie jego serca przez kurtkę, czułam jego oddech na szyi. Świat dookoła przestał istnieć. Byliśmy tylko my dwoje w tej zimowej krainie czarów. Kiedy mnie postawił, nasze twarze były bardzo blisko. Przez ułamek sekundy myślałam, że mnie pocałuje. Powietrze między nami zgęstniało, pełne niewypowiedzianych pytań.
— Jesteś pojętną uczennicą — powiedział w końcu cicho, a jego głos był nieco chropowaty.
Wieczory spędzaliśmy na długich spacerach. Odkryliśmy, że mamy podobne poczucie humoru, że lubimy te same książki, że oboje marzymy o podróży do Nowej Zelandii. Chodziliśmy po ośnieżonych ścieżkach, z dala od tłumów, często milcząc, ale było to milczenie pełne treści. Czasem trzymaliśmy się za ręce w grubych rękawiczkach. To było takie niewinne, a zarazem tak mocne.
Moja przyjaciółka zaczęła rzucać znaczące spojrzenia.
— Ewa, ty wiesz, że to wygląda jak scenariusz filmu romantycznego? — zapytała pewnego wieczoru, gdy wróciłam do pokoju z rumieńcami na twarzy. — Tylko pamiętaj, że filmy kończą się różnie.
To zdanie zakłuło mnie w serce. Wiedziałam o tym. Wiedziałam, że nasz czas się kończy.
Ścisnął moją dłoń mocniej
Ostatni wieczór naszego wyjazdu był słodko-gorzki. Spotkaliśmy się w małej restauracji na uboczu, z dala od hałaśliwych kapel góralskich. Zamówiliśmy pierogi i herbatę z sokiem malinowym. Rozmowa nie kleiła się tak dobrze jak wcześniej. W powietrzu wisiało to jedno, wielkie pytanie: Co dalej?. Bałam się je zadać. Bałam się, że usłyszę, że to była tylko wakacyjna przygoda. Że on ma swoje życie we Wrocławiu, ja w Warszawie, i że te kilkaset kilometrów to przepaść nie do zasypania. Z drugiej strony, czułam, że to, co się między nami wydarzyło, to nie jest coś, co zdarza się codziennie. To porozumienie dusz, ta chemia, to poczucie bezpieczeństwa...
— Wyjeżdżasz jutro rano? — zapytał Jakub, przerywając ciszę.
— Tak. Pociąg mam o dziesiątej. A ty?
— Ja jadę samochodem, też koło południa.
Zapadła cisza. Patrzyłam na niego i czułam, jak ściska mnie w żołądku. Nie chciałam wracać do swojego starego życia. Przez te kilka dni z nim byłam inną wersją siebie — spokojniejszą, radośniejszą, bardziej pewną siebie. Bałam się, że bez niego ta nowa Ewa zniknie.
— Ewa — zaczął, sięgając po moją dłoń leżącą na stole. Jego palce były ciepłe. — Nie jestem dobry w pożegnaniach. I szczerze mówiąc, nie chcę się żegnać.
Serce zabiło mi mocniej.
— Ja też nie — szepnęłam.
— Wiem, że to szalone. Znamy się kilka dni. Spotkaliśmy się w sytuacji kryzysowej na stoku. Ale czuję, jakbyśmy znali się od lat. Nie chcę, żeby to się skończyło na wymianie numerów i obietnicach bez pokrycia. — Ścisnął moją dłoń mocniej. — Warszawa i Wrocław to nie jest koniec świata — kontynuował. — Ludzie radzą sobie z większymi odległościami. Jeśli ty też czujesz to, co ja... to chciałbym spróbować.
Poczułam ulgę tak wielką, że aż zakręciło mi się w głowie. To nie była iluzja. On czuł to samo.
— Czuję — odpowiedziałam, patrząc mu prosto w oczy. — Bardzo chcę spróbować.
Planujemy już kolejny wyjazd
Wyszliśmy na zewnątrz. Padał gęsty śnieg, wielkie płatki tańczyły w świetle latarni. Jakub objął mnie i przyciągnął do siebie. Tym razem nie było wahania. Pocałował mnie: delikatnie, czule, z obietnicą czegoś więcej niż tylko wspomnienia z gór. Czułam na ustach chłód płatków śniegu i ciepło jego warg. To był moment idealny. Następnego dnia rano odprowadził mnie na dworzec. Staliśmy na peronie, pośród tłumu turystów z walizkami i nartami. Nie było dramatycznych scen, nie było łez. Był spokój. Wiedziałam, że jeszcze się zobaczymy.
— Zadzwonię, jak tylko dojadę — obiecał, całując mnie w czoło.
— Czekam — uśmiechnęłam się.
Wsiadłam do pociągu i zajęłam miejsce przy oknie. Patrzyłam, jak jego sylwetka maleje, w miarę jak pociąg nabierał prędkości. Tatry przesuwały się za oknem, majestatyczne i obojętne, ale dla mnie były teraz symbolem czegoś niezwykłego. Wróciłam do Warszawy, do swojego mieszkania, do pracy. Ale coś się zmieniło. Nie byłam już tą samą przestraszoną dziewczyną, która stała na szczycie stoku. Miałam w sobie nową siłę. I miałam Jakuba.
Minęły dwa miesiące. Każdy weekend spędzamy razem — raz on przyjeżdża do Warszawy, raz ja jadę do Wrocławia. Nie jest to łatwe, logistyka bywa męcząca, a tęsknota w środku tygodnia potrafi dokuczyć. Ale kiedy w piątek wieczorem widzę go na peronie, kiedy znowu mogę spojrzeć w te spokojne oczy, wiem, że warto. Tamten czwartek na stoku miał być katastrofą. Miał być dowodem na moją niezdarność, a stał się najlepszym dniem mojego życia. Czasem trzeba się przewrócić, żeby ktoś mógł pomóc nam wstać — nie tylko ze śniegu, ale i z życiowego marazmu. Planujemy już kolejny wyjazd w góry. Tym razem jednak wiem, że niezależnie od tego, jak trudna będzie trasa, nie będę zjeżdżać sama.
Ewa, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka wcisnęła mi dzieci na ferie, choć nie proponowałam. Obraziła się, gdy wystawiłam rachunek za koszty”
- „W walentynki mąż poszedł na łatwiznę i kupił mi bukiet róż z dyskontu. To wcale nie był dowód miłości”
- „Z okazji walentynek dałam mamie czekoladowe serce. Zamiast podziękować za pamięć, znów mnie wyśmiała”

