Reklama

Mam na imię Marta. Mam trzydzieści kilka lat i każdego roku – odkąd pamiętam – razem z Krzyśkiem, moim partnerem, pakowaliśmy narty, termosy z herbatą i czapki z pomponami, by wyruszyć w Tatry z tą samą paczką znajomych. To był nasz rytuał. Nasza mała noworoczna ucieczka od wszystkiego. Te wyjazdy cementowały nasz związek – przynajmniej kiedyś tak mi się wydawało.

Zimą nasza grupa była jak dobrze naoliwiona maszyna: rano wspólny stok, potem ognisko albo grzaniec w schronisku, wieczorem karty, wygłupy, długie rozmowy w piżamach przy kominku. Krzysiek zawsze błyszczał – zabawny, towarzyski, dusza towarzystwa. Ja byłam tą, która parzyła herbatę i pamiętała, kto jaką lubi. I to mi wystarczało. Ale w tym roku coś jest inaczej.

Siedzę w kącie kanapy w wynajętym pensjonacie, a wokół mnie toczy się to samo życie, co zawsze – śmiechy, anegdotki, dźwięk rozgrywanej partyjki w karty. Tyle że ja czuję się... niewidzialna. A Krzysiek? Krzysiek zniknął gdzieś po obiedzie i wrócił dopiero na kolację. Z Izą.

Iza... Zawsze była w naszej paczce, choć trochę na uboczu – atrakcyjna, wygadana. Ale w tym roku jest... wszędzie. A Krzysiek – nagle jakby przy niej promienieje. Śmieją się razem do rozpuku, znikają na długie zjazdy tylko we dwoje. Jasne, tłumaczę sobie, że może po prostu dobrze się im gada, może lepiej jeżdżą tym samym tempem. Przecież nie muszę wszędzie być z nim, prawda?

A jednak gdzieś w środku... czuję niepokój. Jakby moje ciało już wiedziało, że coś się zmienia, choć ja jeszcze próbuję wmawiać sobie, że nie. W nocy, gdy leżę obok Krzyśka, który śpi twardo po całym dniu na stoku, nie mogę zasnąć. „Czy to możliwe, że coś się zmieniło?” – pytam w myślach, wpatrzona w sufit. – „Czy ja się zmieniłam?”. Nie chcę znać odpowiedzi. Jeszcze nie teraz.

Zaczęłam coś podejrzewać

Siedzieliśmy z Krzyśkiem w naszym pokoju. Było po kolacji, cicho, pachniało drewnem i wilgotnymi ubraniami suszącymi się przy kaloryferze. On coś grzebał w telefonie, ja siedziałam przy oknie i udawałam, że czytam. Cały czas słyszałam jego śmiech z jadalni. Z jej śmiechem. Tak bardzo, że zadrżało mi w brzuchu, gdy usłyszałam ten ton jeszcze pod drzwiami, gdy wracali. Zachichotali oboje, potem drzwi jej pokoju zamknęły się szybciej, niż się spodziewałam. W końcu nie wytrzymałam.

– Dużo dziś z nią rozmawiałeś – powiedziałam, nie odrywając wzroku od książki.

– Z kim? – odpowiedział od razu, jakby nie miał pojęcia, o co chodzi.

– Z Izą.

– Przecież jesteśmy tu wszyscy razem. Po prostu dobrze się gadało. O co ci chodzi?

Wzruszyłam ramionami, choć nic we mnie nie było lekkie. Próbowałam się uśmiechnąć, jakby to była zwykła uwaga, nic istotnego. Nie chciałam robić scen. Nie byłam jedną z tych kobiet, które wszczynają awantury o spojrzenie. Wmawiałam sobie, że jeszcze nie czas. Że nie ma sensu.

– Nic, po prostu… zauważyłam to – powiedziałam spokojnie, zbyt spokojnie, żeby to było szczere.

– Serio, Marta, nie zaczynaj. To są wakacje, wszyscy tu gadają z każdym.

Milczałam. Patrzyłam na niego i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio rozmawialiśmy tak po prostu, bez nerwów, bez zniecierpliwienia w jego głosie. Kiedy ostatni raz się mnie zapytał, czy dobrze się bawię, czy nie marznę na stoku, czy może chcę wieczorem zagrać w planszówki. Nie pamiętałam.

– Nie robię afery – powiedziałam cicho. – Tylko mówię, co widzę.

– To przestań tak patrzeć. Bo zaczynasz być… – urwał.

Podniosłam głowę.

– Jaka?

– Zazdrosna. I to bez sensu.

Skinęłam głową. Tak, to było bez sensu. Bo może rzeczywiście nie było czego zazdrościć. Może wszystko sobie wymyśliłam. Tylko dlaczego czułam się, jakby ktoś mnie powoli wyłączał ze wspólnego życia? Nie odpowiedziałam już nic. Poszłam do łazienki i patrzyłam na siebie w lustrze. Ta sama twarz, tylko oczy jakby inne. Czułam w sobie rozdygotanie, które nie chciało ustąpić. A przecież miałam być rozsądna. Nie histeryzować, nie osądzać, nie przypuszczać.

Widziałam, co się dzieje

Z rana Krzysiek nawet na mnie nie czekał. Wyszedł szybciej niż zwykle, zanim zdążyłam sięgnąć po skarpety. Zostawił tylko kartkę z informacją, że idzie z Izą na czarny szlak, bo mają ochotę „pocisnąć szybciej”. To jedno zdanie wystarczyło, żeby mi popsuć cały dzień. „Idzie z Izą”, czyli ja nie jestem częścią planu. Nawet mnie nie zapytał.

Zeszłam na śniadanie sama. Przy stole Kamil opowiadał dowcipy, ktoś grzebał w płatkach. Siedziałam obok Kaśki i udawałam, że się śmieję, chociaż żołądek miałam ściśnięty. Wyszłam później. Na stoku było tłoczno, ale i tak ich wypatrzyłam niemal od razu. Zjeżdżali obok siebie, synchronicznie, jakby ćwiczyli. Iza rzuciła coś przez ramię, Krzysiek się zaśmiał. Oboje wyglądali na tak swobodnych, tak dopasowanych.

Stałam w kolejce do wyciągu i udawałam, że nie patrzę. Ale widziałam wszystko. Jak podjechał do niej i poprawił jej czapkę. Jak po zjeździe przybiła mu piątkę, a potem dotknęła jego ramienia. Zrobiło mi się niedobrze. Po południu spotkaliśmy się wszyscy w schronisku. Usiedliśmy w kącie, wzięłam grzańca, ale nie mogłam przełknąć nawet łyka. Krzysiek wszedł chwilę po mnie. Usiadł przy stole, zdjął rękawiczki i wtedy się odezwałam:

– Nie chcę znowu słyszeć, że coś sobie wymyślam.

Popatrzył na mnie z niechęcią.

– Bo wymyślasz. Serio, przestań, robisz się toksyczna.

Zabolało. Spojrzałam na niego, jakby dopiero teraz stał się dla mnie kimś obcym. Siedział tam, zmęczony i zirytowany, jakbym to ja psuła mu dzień. Jakby moje pytania były ciężarem, którego nie chce nieść.

Widziałam, jak na nią patrzysz – powiedziałam cicho.

– Na kogo niby? Marta, jesteśmy na wakacjach, przestań się doszukiwać.

Wiedziałam, że niczego się nie dowiem. Nie od niego. Znałam jego ton, ten chłód, który zawsze pojawiał się, kiedy coś ukrywał. Nie byłam pewna, czy to już zdrada. Ale znałam jego gesty, spojrzenia, ten sposób, w jaki się uśmiechał, kiedy próbował się komuś przypodobać.

Wyszłam ze schroniska, zostawiłam go z resztą. Wracałam przez las sama, śnieg skrzypiał pod nogami. W pewnym momencie zobaczyłam ślady – dwie pary, równoległe, prowadziły do bocznej ścieżki. Też skręciłam, ale po chwili zawróciłam. Nie chciałam wiedzieć więcej. Jeszcze nie. Szłam z głową spuszczoną, z myślą: może naprawdę zaczynam wariować?

Wszystko zobaczyłam

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Może to przez to napięcie, które nosiłam w sobie od kilku dni, może przez zimno – okno w naszym pokoju nie domykało się do końca i co noc zostawiało na szybie szron. Krzyśka już nie było, pewnie znowu wyruszył wcześnie na stok. Wyszłam z łóżka po cichu. Chciałam się napić wody, może zaparzyć herbatę w kuchni na dole. W korytarzu panowała szarówka, pierwsze światło przeciskało się przez firany. Mijałam pokoje, w większości drzwi były przymknięte. Wtedy usłyszałam głosy.

Zatrzymałam się. To nie było głośne mówienie, raczej coś stłumionego. Zdania urywane, krótkie. Ktoś się śmiał, ktoś szeptał. Podeszłam bliżej. Drzwi były uchylone, lekko, jakby przymknięte w pośpiechu. Spojrzałam i zobaczyłam dwie pary stóp na dywanie, bose. Jej lakier był czerwony. Jego stopa oparta była o jej. Ich sylwetki zlały się w jedno, przytuleni, nieruchomi. Nie słyszałam słów, ale nie musiałam. Wszystko, czego się bałam, zobaczyłam w tej jednej chwili.

Odsunęłam się gwałtownie, jakby ktoś mnie popchnął. Zabrakło mi tchu. Cofając się, zahaczyłam o plecak leżący pod ścianą i niemal upadłam, ale złapałam się framugi. Potem już tylko szłam. Na palcach, jak złodziej. Tyle że to mnie okradziono. Wróciłam do pokoju i nie czułam nic. Ani złości, ani rozpaczy. Tylko coś, co przypominało ciszę. Dźwięk, który zapada w człowieku dopiero po tym, jak wszystko inne zamilknie.

Usiadłam na łóżku. Potem powoli zaczęłam się pakować. Składanie rzeczy było jak oddychanie – automatyczne, spokojne, bez emocji. Zamek walizki zaskoczył z suchym kliknięciem. Spojrzałam jeszcze raz na jego kurtkę, przewieszoną przez krzesło. W głowie miałam jedno pytanie: co mi zostało?

Nie zasługuje na moje łzy

Nie zostawiłam żadnej wiadomości. Nie napisałam mu kartki, nie wysłałam smsa, nie zostawiłam nawet otwartej szuflady, żeby coś sobie dopowiedział. Złożyłam pościel, wzięłam swoją walizkę i wyszłam, zanim ktokolwiek zdążył wstać.

Na dole panowała głucha cisza. Tylko lodówka buczała gdzieś w kuchni. Minęłam salon, gdzie wciąż leżały butelki, porzucone kubki, koc rzucony niedbale na podłogę. Założyłam cicho buty, zapięłam kurtkę. Zanim wyszłam, jeszcze raz spojrzałam na schody. Nikt się nie poruszył. Nikt mnie nie zatrzymał.

Na zewnątrz było jeszcze ciemno. Śnieg sypał drobno, gęsto, jakby chciał zasypać ślady. Szłam przez podwórko, potem przez mostek, a w końcu dotarłam na drogę prowadzącą do przystanku. W uszach miałam tylko swój oddech i skrzypienie śniegu pod butami. Nie miałam siły płakać.

Wyciągnęłam telefon. Miałam w głowie, że powinnam zadzwonić. Powiedzieć coś, dać znać, cokolwiek, ale nie zrobiłam tego. Patrzyłam tylko na jego imię wyświetlone na ekranie. I nic nie czułam. Żadnej potrzeby, żadnego przymusu. Nie będzie żadnej konfrontacji. Nie dam mu tej satysfakcji. Nie będę prosić o wyjaśnienia, nie będę krzyczeć, nie będę błagać o odpowiedź. Jeśli mógł mnie tak zdradzić, tak spokojnie, tak bezmyślnie, to nie zasługuje nawet na moje łzy.

Schowałam telefon z powrotem do kieszeni i ruszyłam dalej. Nie znałam rozkładu jazdy, nie wiedziałam, czy zdążę na pierwszy autobus. Ale to nie miało znaczenia. Wszystko, co było ważne, zostało tam, na podłodze pensjonatu, w cieniu dwóch splecionych ciał. Ja już nie byłam częścią tej sceny. I nie zamierzałam więcej być.

Wróciły do mnie wspomnienia

Siedziałam w przedziale przy oknie. Pociąg ruszył z głuchym zgrzytem, a śnieg za szybą rozmazywał się w biały film bez konturów. Włożyłam słuchawki, ale nie włączyłam muzyki. Chciałam tylko, żeby nikt się nie przysiadł, nikt nie zagadał.

Myśli same zaczęły wypływać, jedna po drugiej. Obrazy sprzed lat. Pierwszy wyjazd z Krzyśkiem – zupełnie nieplanowany, do pensjonatu z odpadającym tynkiem i starym kominkiem. Spaliśmy wtedy w śpiworach, piliśmy herbatę z jednego kubka i śmialiśmy się z wszystkiego. On cały czas opowiadał dowcipy, ja chowałam nos w jego szalik, żeby nie marznąć.

Pamiętam nasze wspólne śniadania – robione na zmianę, jajka z ketchupem, bo tylko to umiał. Pamiętam, jak robiliśmy sobie głupie zdjęcia w kaskach, jak pisał mi na zaparowanej szybie „kocham cię”, jak potrafił pół godziny czekać w kolejce tylko po to, żeby przynieść mi najlepsze racuchy w schronisku.

A potem... zaczęło się oddalanie. Małe, ledwie zauważalne. Coraz mniej śniadań razem, coraz mniej głupich zdjęć. Coraz więcej milczenia w drodze na stok. Coraz więcej wieczorów, kiedy on zostawał z grupą, a ja szłam wcześniej do łóżka. Tłumaczyłam sobie to zmęczeniem, rutyną, ale prawda była prostsza. Związek się wypalił. A ja tego nie zauważyłam. Albo nie chciałam zauważyć.

Siedziałam teraz sama, w pociągu, i nie bolała mnie już sama zdrada. Bolało mnie to, że wszystko, co tworzyliśmy, skończyło się wcześniej, a ja wciąż wierzyłam w tę iluzję. Że on już dawno zniknął z tej relacji, a ja zostałam na straży, trzymając puste ramy.

Myślałam o Izie – nie z nienawiścią, nie z zazdrością, ale z rozczarowaniem. Do niej, do niego. Do siebie. Uwierzyłam, że wystarczy być wierną, lojalną. A to nie wystarczyło. Zaczęło padać mocniej, krople spływały po szybie. Gdy pociąg zbliżał się do miasta, wiedziałam już, że nie wrócę do tego, co było. Nawet gdyby zadzwonił, nawet gdyby zaprzeczył. Nawet gdyby klękał i przepraszał.

Czasem związki umierają w ciszy. I tylko jedna osoba jeszcze się łudzi, że żyją.

Marta, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama