Reklama

Zgodziłam się na ten wyjazd głównie dlatego, że chciałam spędzić trochę czasu z mężem. Ostatnio mijaliśmy się częściej, niż rozmawialiśmy, a pomysł wspólnego wypadu w góry brzmiał jak coś, co może nas do siebie zbliżyć. Nie miałam jednak pojęcia, że dołączą do nas jego znajomi z pracy. Kiedy wspominał o nich, myślałam, że to luźne grono ludzi z poczuciem humoru i dystansem do siebie. Tymczasem już pierwszego dnia poczułam, że trafiłam do jakiegoś zimnego obozu milczenia i skrępowania. Wśród tych ludzi nawet echo nie chciało się odzywać.

W drodze do narciarskiego piekła

Jechaliśmy busem wypożyczonym przez Janka – kolegę mojego męża, który prowadził jak emeryt z lękiem wysokości. Dwanaście osób, w tym ja, stłoczonych na zbyt ciasnych fotelach. Śnieg za oknem był jedynym, co przypominało, że to miały być ferie zimowe, a nie rekolekcje w milczeniu. Nikt nie rozmawiał. Jedynym dźwiękiem była cicho plumkająca playlista relaksacyjna, puszczona z telefonu Uli. Siedziałam między mężem a jego koleżanką z pracy, która pachniała jak mieszanka proszku do prania i aspiryny. Nie odezwała się do mnie ani razu. Po prostu siedziała i zerkała mi przez ramię, jakbym miała jej coś ukraść.

– Trochę sztywno tu, co? – szepnęłam do męża, próbując żartem rozluźnić atmosferę.

– Oni po prostu są tacy... spokojni – odpowiedział z wymuszoną miną.

Spokojni to było mało powiedziane. To było jak wyjazd integracyjny dla osób, które nie potrafią integrować się nawet same ze sobą. Na pierwszy postój czekałam jak na wybawienie, licząc, że może kawa lub świeże powietrze rozwiążą im języki. Zamiast tego wszyscy stali w milczeniu przy busie, jakby ktoś zmarł, a my czekaliśmy na kondukt.

Herbata, cisza i wyścig po pasztet

Pierwszy wieczór w pensjonacie był jak oglądanie schnącej farby. Każdy zajął się sobą – to znaczy, udawał, że czyta książkę albo bezmyślnie przeglądał telefon. Ula zaproponowała herbatę, ale zrobiła ją tylko dla siebie. Z kuchni przyniosła dzbanek i filiżankę z własnym imieniem. Wymienili z Jankiem uśmiechy, jakby to był jakiś wewnętrzny żart. Zaczęłam podejrzewać, że jestem tu gościem nie tylko w sensie turystycznym.

Wspólna kolacja miała być punktem programu. Zupa z torebki, kromki chleba i pasztet, który zniknął szybciej, niż ktokolwiek zdążył zapytać, czy ktoś chce więcej. Siedzieliśmy przy długim stole, w milczeniu zajadając się jedzeniem tak pozbawionym emocji, jak rozmowy, które przy nim nie padały. W pewnym momencie ktoś puścił w tle prognozę pogody. To była jedyna osoba, która przemówiła – pogodynka z telewizora.

– Jutro ma być słonecznie – rzucił ktoś z końca stołu. I to było wszystko.

Spojrzałam na męża. Uśmiechnął się do mnie przepraszająco. Rozumiałam, że to jego świat, jego znajomi, ale czułam się jak ktoś, kto przez pomyłkę trafił na zebranie wspólnoty milczenia. W duchu obiecałam sobie, że jutro znajdę choć jedną osobę, z którą da się pogadać.

Nie rozumiałam ich wcale

Na stok pojechaliśmy o ósmej rano. Wcześnie, zdecydowanie zbyt wcześnie, jak na ludzi, którzy wieczorem nawet nie otworzyli wina. Jechaliśmy w absolutnej ciszy, jakbyśmy jechali na pogrzeb, nie na zimową frajdę. Zjazd z parkingu pod stokiem przypominał scenę z filmu o robotach – wszyscy w tych samych kurtkach, z tym samym grymasem koncentracji, bez słowa. Wzięłam głęboki oddech i przypięłam narty, starając się wmówić sobie, że śnieg i ruch dobrze mi zrobią.

Na stoku każdy jeździł sam. Dosłownie. Nie było żadnego “chodźmy razem”, żadnego “poczekaj na mnie”. Ula zniknęła od razu. Mąż ruszył w swoją stronę, machając do mnie, jakbyśmy się mieli spotkać dopiero na kolacji. Zjeżdżałam powoli, bardziej obserwując ludzi niż trasę. Wszyscy tacy skupieni, spięci, nikt się nie śmiał, nikt nie krzyknął z radości. Na wyciągu siedziałam obok chłopaka, który nie odezwał się ani słowem. Gdy zapytałam, czy często tu przyjeżdżają, kiwnął głową i spojrzał w inną stronę.

Zatęskniłam za tymi wszystkimi głośnymi, nieznośnymi wyjazdami z moimi przyjaciółkami, gdzie nie dało się zamknąć buzi na pięć minut. Tu milczenie było jak druga warstwa ubrań – szczelne i niewygodne.

Lawina emocji

Czwartego dnia miałam dość. Obudziłam się z bólem głowy i poczuciem, że jeśli jeszcze raz zjem śniadanie w ciszy z ludźmi, którzy boją się spojrzeć sobie w oczy, to po prostu ucieknę do najbliższego schroniska i nie wrócę. Pensjonat był piękny, widoki zachwycające, a ja miałam wrażenie, że spędzam czas w towarzystwie wygaszonych hologramów. Po śniadaniu postanowiłam pójść sama na spacer, z dala od stoku i tych wszystkich woskowanych kurtkach.

Szłam przez las, nie mówiąc nic – tym razem z wyboru. Gdzieś w połowie drogi zaczęłam płakać, sama nie wiedząc do końca czemu. Może z frustracji, może z samotności, może z żalu, że mąż – choć kochany – tak dobrze czuł się w tym niemych kręgach, a ja w tym wszystkim byłam jak jakiś obcy organizm. Przysiadłam na ławce i wyciągnęłam telefon, ale nawet nie miałam do kogo zadzwonić. Nie chciałam jęczeć przyjaciółce przez słuchawkę. Nie chciałam, żeby usłyszała, jak słaba się czuję.

Po powrocie do pensjonatu nikt nie zauważył, że mnie nie było przez trzy godziny. Nikt nie zapytał, czy wszystko w porządku. Mąż tylko rzucił:

Długo cię nie było.

– Musiałam trochę odpocząć – odpowiedziałam krótko, siadając przy oknie.

Ten wieczór mnie zmienił

To był ostatni wieczór przed wyjazdem. Gospodarz pensjonatu zaproponował wspólne ognisko, z kiełbaskami i grzanym winem. Myślałam, że wreszcie coś się ruszy – ogień, alkohol, noc, może choć trochę rozluźnią te betonowe twarze. Usiadłam przy ogniu, opatulona kocem, obok męża. Z początku znów było cicho. Tylko trzaskające drewno i skrzypienie śniegu pod butami gospodarza.

Potem nagle Jacek, jeden z kolegów męża, zaczął mówić. O swojej rozwiedzionej siostrze, która nie radzi sobie z samotnością. O tym, jak to on musi ją wspierać, choć sam nie wie, jak ułożyć sobie życie. Nagle ta milcząca góra ludzkiego lodu zaczęła się kruszyć. Ktoś inny powiedział coś o wypaleniu zawodowym. Ktoś jeszcze o tym, że nie ma dzieci i boi się próbować dalej.

Siedziałam, słuchając tego wszystkiego z niedowierzaniem. Ci ludzie, którzy przez cały wyjazd nie potrafili nawet zapytać, czy mam ochotę na herbatę, nagle mówili tak szczerze, że miałam ciarki. Mój mąż ścisnął mnie za rękę i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, jakby chciał powiedzieć: Widzisz? Tacy właśnie są. Potrzebują czasu.

Wiedziałam już jedno

W drodze powrotnej patrzyłam przez okno, obserwując znikające za szybą świerki i wioski przysypane śniegiem. Nikt nie mówił zbyt wiele, ale cisza była inna niż wcześniej. Lżejsza. Niekłopotliwa. Może dlatego, że coś się jednak wydarzyło przy tym ognisku. Jakby wszyscy pozwolili sobie na moment słabości i dzięki temu zyskali prawo do bycia prawdziwymi. Wciąż nie czułam się z nimi blisko, ale już nie miałam w sobie tej agresywnej samotności, która wcześniej wypełniała mi wnętrze.

W domu rozpakowałam walizkę i usiadłam na łóżku. Mąż przyniósł herbatę, usiadł obok i powiedział cicho:

– Wiem, że to nie było łatwe. Dzięki, że byłaś.

Przytuliłam się do niego. Nic nie odpowiedziałam. Wiedziałam już jedno – nigdy więcej nie pojadę z nim na taki wyjazd tylko dlatego, że wypada. Jeśli znów zdecyduję się jechać, to tylko wtedy, kiedy naprawdę tego będę chciała. I kiedy uznam, że warto. Nawet jeśli ktoś potrzebuje więcej czasu, by się otworzyć – ja też mam prawo do ludzi, przy których nie muszę znosić jaj z nudów.

Sylwia, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama