„Wyjechałam na narty do Austrii bez dzieci i męża, żeby odpocząć. Relaks zapewnił mi przystojny Tomas ze stoku”
„Piliśmy herbatkę powoli i rozmawialiśmy. On mówił o tym, jak trafił w góry, jak uczy dzieci jeździć, jak czasem ma dosyć ludzi i zaszywa się na dwa dni w schronisku bez zasięgu. Ja opowiadałam o Polsce, o dzieciach, o tym, że pracuję przy biurku, że rzadko mam wolne. Nie pytał o męża”.

- Redakcja
Nazywam się Anka. Mam trzydzieści dziewięć lat, męża i dwójkę dzieci. Pracuję jako księgowa, jestem dokładna, sumienna i punktualna. Moje życie wygląda tak, jak powinno: mam etat, małżeństwo, rodzinę, dach nad głową i opłacone rachunki. Niczego nie brakuje. Rutyna i... nuda. I właśnie to mnie powoli dobijało.
Dzień za dniem wyglądał identycznie. Budzik, śniadanie, dzieci, szkoła, praca, zakupy, obiad, pranie, mail do szefa, dzieci do łóżka, cisza, sen. Powtórzyć. Każdego ranka czułam, że coraz mniej mnie w tym wszystkim. Jakby ktoś mnie wymazywał gumką, linijka po linijce, aż zostanie tylko cień konturu.
Od lat nie czułam się kobietą. Byłam matką, pracownicą, współlokatorką Michała. Nasze rozmowy ograniczały się do listy zakupów, planu na weekend i pytania, czy odebrałam paczkę. Mój mąż nie zauważał, że przestałam farbować włosy na rudo i że zaczęły mi siwieć skronie. Nie komentował nowych sukienek ani tego, że zeszczuplałam. Intymność przestała istnieć.
Nie myślałam o ucieczce, ale gdy Kasia, koleżanka z liceum, zaproponowała tygodniowy wyjazd w Alpy, zgodziłam się natychmiast. Bez dzieci, bez Michała. Tylko my, śnieg, góry, cisza i śmiech. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio robiłam coś tylko dla siebie.
Nie planowałam niczego. Chciałam się zresetować, odpocząć. Przypomnieć sobie, że jestem człowiekiem, a nie trybikiem w maszynie. Chciałam po prostu wstać rano i nie mieć w planie żadnych obowiązków. Nie musieć nikogo uszczęśliwiać.
Jednak gdzieś z tyłu głowy zapaliła mi się lampka. Ledwo wyczuwalne napięcie, intuicja, która uparcie powtarzała: „Uważaj. To nie będzie tylko wyjazd”. Mimo wszystko zgodziłam się jechać. I nie wiedziałam jeszcze, że ta decyzja zmieni wszystko.
Zaintrygował mnie
Pierwszego dnia czułam się nieswojo. Siedziałam przy kominku w grubym swetrze, z kubkiem gorącej czekolady w dłoni, i patrzyłam, jak Kasia i Sylwia śmieją się z czegoś, co powiedział kelner. Ich twarze były rozluźnione, promienne, jakby naprawdę nic ich nie obchodziło. Próbowałam się uśmiechać. Prawie mi wychodziło.
Z każdym dniem było lepiej. Górskie powietrze, ruch, zmęczenie – wszystko to zdejmowało ze mnie troski, których nawet nie zauważałam. Zaczęłam się śmiać. Głośno, bez kontrolowania tego, jak brzmię. Przestałam się malować. Zaczęłam zjadać kolacje do końca i zamawiać deser bez poczucia winy. Chciałam czuć się lekka. I przez chwilę naprawdę taka byłam.
Na stoku czułam się pewnie. Lubiłam prędkość, rytm, to poczucie, że ciało wie, co robić. Kasia została w schronisku z bólem kolana, Sylwia wzięła lekcję z instruktorem. Pojechałam sama. Zatrzymałam się przy wyciągu, rozgrzana i zadowolona. To tam go pierwszy raz zobaczyłam.
Stał obok, oparty niedbale o metalową barierkę. Uśmiechnął się, kiedy podniosłam gogle. Miał śnieg we włosach i spojrzenie, które zatrzymało się na mnie o sekundę dłużej, niż powinno. Podszedł bez wahania.
– Jeździsz jak ogień – powiedział z akcentem, który trudno było przypisać do jednego kraju. – Może grzaniec wieczorem?
Nie odpowiedziałam od razu. Uśmiechnęłam się, nie zgrywając kokietki, tylko z zakłopotania. W moim świecie nikt mnie nigdzie nie zapraszał. Nikt nie mówił, że jeżdżę jak ogień. Tam, w domu, byłam „mamą Zosi i Tomka” albo „żoną Michała”.
– Może – odpowiedziałam. – Ale jestem tu z koleżankami.
– Przyjdź z nimi. Albo sama. Ty decydujesz – odparł i odjechał.
Stałam przez chwilę w miejscu, jak idiotka. Potem pojechałam dalej, ale w głowie nie miałam już prędkości, tylko to jedno zdanie. „Ty decydujesz”. Dziwne, jak bardzo to słowo może uderzyć, kiedy przez lata nikt go nie wypowiada.
Już podjęłam decyzję
Wieczorem powiedziałam dziewczynom, że boli mnie głowa. One miały planszówki i kolację w pensjonacie, a ja potrzebowałam oddechu. I może też czegoś więcej. Wyszłam z pensjonatu, zanim zdążyłam się rozmyślić. Miałam na sobie zwykły sweter i ciemne dżinsy. Żadnych szpilek, żadnych perfum, żadnych oczekiwań. Próbowałam wmówić sobie, że idę tylko na chwilę. Na kubek grzańca, na rozmowę.
Tomas siedział przy barze z dwiema już zamówionymi szklankami. W jednej z nich parował grzaniec, w drugiej herbata. Uśmiechnął się, podnosząc jedną z brwi.
– Nie wiedziałem, co wolisz.
Usiadłam, wzięłam wino. Piliśmy powoli i rozmawialiśmy. On mówił o tym, jak trafił w góry, jak uczy dzieci jeździć, jak czasem ma dosyć ludzi i zaszywa się na dwa dni w schronisku bez zasięgu. Ja opowiadałam o Polsce, o dzieciach, o tym, że pracuję przy biurku, że rzadko mam wolne. Nie pytał o męża.
Później poszliśmy na spacer. Śnieg skrzypiał pod butami, czułam mróz na policzkach. Nie dotykał mnie, nie próbował. Dopiero przy drzwiach do jego apartamentu zatrzymał się.
– Nie musisz wchodzić.
Stałam tam, patrząc mu w oczy. Nie miałam żadnego planu, żadnego zamiaru. A jednak wiedziałam, że już podjęłam decyzję.
– Ale chcę – powiedziałam cicho.
Dałam się ponieść chwili
W środku było ciepło. Pachniało drewnem i cynamonem. Zdjął mój płaszcz. Podał mi ręcznik, zaproponował prysznic. Nie było pośpiechu, nie było łapczywości. Dotykał mnie spokojnie, bez natarczywości.
Rano obudziłam się pod jego kołdrą, z twarzą wtuloną w jego poduszkę. Przez chwilę leżałam cicho, udając, że śpię. Nie dlatego, że było mi dobrze. Dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Wstałam bez słowa, ubrałam się, szukając swoich skarpetek pod łóżkiem. On siedział już przy stole, z kubkiem kawy.
– Mam męża – powiedziałam, bardziej do siebie niż do niego.
Tomas spojrzał na mnie i wzruszył ramionami.
– To twój problem, nie mój.
Nie był okrutny ani obojętny. Po prostu nie grał w tę grę. Nie udawał, że to było coś więcej, niż było. Wiedział, że byłam tam nie dla niego, tylko dla siebie. Że tak naprawdę nie zależało mi na nim, tylko na tej chwili beztroski, zapomnienia.
Wracałam do pensjonatu w milczeniu, przez opustoszałe ulice. W uszach dźwięczała cisza. W głowie kołatało jedno pytanie: dlaczego nie przestałam wcześniej? Ale zamiast odpowiedzi poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Nie dumę, nie radość, ale coś na kształt ulgi. Jakbym wreszcie odetchnęła pełną piersią.
Pozbyłam się złudzeń
Wracałam jakby na próbę. Z walizką, z opalenizną, z nową kurtką, której i tak nikt nie zauważy. Pociąg sunął przez zasypane pola, a ja patrzyłam przez okno i zastanawiałam się, co powiem, kiedy Michał zapyta, jak było. Jeśli zapyta. W domu było cicho. Dzieci rzuciły mi się na szyję, choć nie trwało to dłużej niż minutę. Michał czekał w kuchni, w dresie, z kubkiem herbaty w dłoni. Uśmiechnął się lekko.
– Dobrze się bawiłaś?
– Pewnie.
– Fajnie, że odpoczęłaś. Dzieci się strasznie stęskniły.
Nie patrzył mi w oczy, nie zbliżył się. Nie zapytał, gdzie byłam, z kim, co robiłam. Wziął moją walizkę i wstawił ją do sypialni, jakby to był tylko mebel, który trzeba odłożyć na miejsce. Usiadłam na brzegu łóżka i dotknęłam pościeli. Pachniała płynem do prania, tym samym co zawsze. Michał odwrócił się i wyszedł, mówiąc jeszcze przez ramię:
– Jak będziesz chciała, to ci zrobię herbatę.
Zostałam sama. W ręku ściskałam paszport, którego zapomniałam włożyć do torby. Kartka z nazwą ośrodka wciąż tkwiła w środku. Przeczytałam ją kilka razy, jakby miało to coś zmienić. Potem schowałam dokument do szuflady, razem z resztą rzeczy, których nie chciałam już oglądać. Nie powiedziałam nic. On też nie pytał. Nie wiedziałam, czy tak było mu wygodniej, czy po prostu go to nie obchodziło.
Patrzyłam na Michała przez stół przy kolacji i czułam, że wróciłam do miejsca, którego już nie umiałam nazwać domem. Nie chodziło tylko o zdradę. Chodziło o wszystko, co stało się wcześniej. O milczenie, które zaczęło się lata temu, zanim jeszcze cokolwiek się rozpadło. Zdradziłam go. Ale przede wszystkim zdradziłam naszą iluzję, że wciąż jesteśmy razem.
Czułam przy nim pustkę
Minęły trzy tygodnie, a ja wracałam do codzienności. W pracy nie opowiadałam o wyjeździe. Kiedy koleżanki pytały, mówiłam ogólnikami. „Pogoda dopisała”, „ładne widoki”, „miło było się wyrwać”. Nic, co mogłoby zawisnąć w powietrzu i zdradzić coś więcej.
W domu było jak wcześniej. Robiłam obiady, odrabiałam z dziećmi lekcje, nastawiałam pralkę. Michał też był taki jak zawsze. Czasem rozmawialiśmy o rachunkach, czasem o tym, czy Zosia nie powinna iść do logopedy. Żadne z nas nie poruszało spraw, które mogłyby dotknąć czegoś głębiej.
Zaczęłam unikać jego dotyku. Gdy siadał obok mnie na kanapie, wstawałam po coś do kuchni. Gdy dotknął mojej dłoni przy śniadaniu, wycofałam się pod pretekstem, że muszę posprzątać. Nie robiłam tego z wyrachowania. Nie umiałam inaczej. Jego obecność parzyła mnie od środka, nie przez to, co zrobiłam, ale przez to, co czułam, gdy mnie nie było. I co teraz czuję przy nim: pustkę.
Któregoś wieczoru zapytał:
– Anka, ty coś ukrywasz?
Zamarłam. Odłożyłam łyżkę, jakby ważyła tonę.
– Nie. Po prostu... chyba jeszcze nie wróciłam do siebie.
Patrzył na mnie chwilę. Widziałam, że szuka odpowiedzi, że chce coś zrozumieć. Ale nie potrafił zapytać inaczej.
– To przez ten wyjazd? Coś się stało?
Pokręciłam głową.
– Nie. To nie to.
Nie skłamałam. To nie był tylko wyjazd. To był powrót do czegoś, co kiedyś znałam, a potem zapomniałam, że w ogóle istnieje. Nie potrafiłam powiedzieć prawdy. Nie potrafiłam jej nawet wypowiedzieć na głos w pustym pokoju. Ale wiedziałam, że już nigdy nie będziemy tacy sami. Może nigdy nie byliśmy.
Nie mogłam o tym zapomnieć
Michał zaproponował, żebyśmy pojechali gdzieś na weekend. Bez dzieci. Miałam odmówić. Już otwierałam usta, żeby powiedzieć, że nie mam siły, że w pracy nawał, że to nie ma sensu. Ale zamiast tego skinęłam głową. Może chciałam się przekonać, czy jeszcze cokolwiek między nami zostało. A może po prostu chciałam dać mu szansę.
Zatrzymaliśmy się w pensjonacie nad jeziorem. Pogoda była ładna, łóżko wygodne, kolacja smaczna. Wszystko było poprawne. I puste. Spacerowaliśmy po lesie, nie trzymając się za ręce. Mówiliśmy o dzieciach, planach na lato, nowym laptopie, który trzeba kupić. Michał próbował, widziałam to. Od czasu do czasu dotykał moich pleców, proponował drinka, opowiadał anegdoty, które kiedyś by mnie rozśmieszyły. Śmiałam się z grzeczności.
W nocy próbował mnie pocałować. Nie odsunęłam się od razu. Zawahałam się. W głowie miałam obraz Tomasa – ale nie z tamtej nocy, tylko z baru, kiedy podawał mi kubek, nie wiedząc jeszcze nic o mnie. Pamiętałam, jak spojrzał na mnie tak, jakby to, że istnieję, było wystarczające. Michał pocałował mnie w szyję. Czekał. Dotknął mnie delikatnie, jakby bał się, że zrobi coś źle. Odwróciłam się wtedy.
– Czemu mnie nie dotykasz? – zapytał cicho.
– Bo nie wiem, czy tego chcę – odpowiedziałam.
Nie było krzyku ani płaczu. Michał tylko leżał obok, wpatrzony w sufit. Nie zadawał pytań, nie musiał. W tym milczeniu było wszystko. Wróciliśmy do domu w ciszy. Dzieci się ucieszyły. Schowałam torbę do szafy i poszłam zrobić pranie. Michał włączył wiadomości. Życie toczyło się dalej.
Zaczęłam mieć sny. Nie o Tomasie jako mężczyźnie, ale o tym, co wtedy czułam. Że ktoś mnie dostrzegł. Że przez chwilę znów byłam kobietą. Zaczęłam się bać, że ta jedna chwila przypomniała mi coś, czego już nigdy nie odzyskam.
Anka, 39 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Babci zrobiłam dla wnuczki sweter z wełny alpaki. Serce pękło mi na pół, gdy zobaczyłam, co z nim zrobiła”
- „Teściowa czekała na kolędę jak na zbawienie. Zdziwiłam się, że do koperty nie wkłada pieniędzy, tylko coś innego”
- „21 stycznia noszę żałobę, bo 10 lat nie widziałam wnuczki. Synowa mnie odcięła, ale miłość babci jest silniejsza”

