Reklama

Wyjechałam, bo nie widziałam innego wyjścia. W kraju praca była albo za grosze, albo żadna. A tam, za granicą, miały czekać łatwe pieniądze – wystarczyło opiekować się starszą panią, gotować, pomóc jej wstać, podać leki. Brzmiało jak coś, co dam radę zrobić. Sama, bez znajomych, bez wsparcia, ale z nadzieją, że odłożę choć trochę na lepsze życie. Z początku byłam pełna zapału i dobrej woli. Myślałam, że ludzie starsi są wdzięczni, że rozumieją, jak wiele im dajemy. Bardzo się pomyliłam. Nie sądziłam, że ktoś może aż tak mnie zignorować i zranić.

Całkiem nowa rzeczywistość

Dotarłam późnym wieczorem. Byłam zmęczona po podróży, śmierdziałam spoconym stresem i tanim jedzeniem z autobusu, ale kiedy otworzyła drzwi, nawet nie spojrzała mi w oczy. Staruszka miała na imię Helene, mówiła tylko po niemiecku. Jej córka, Ute, stała za nią i uśmiechała się nienaturalnie szeroko.

– Pokój na górze, łazienka dzielona. O szóstej śniadanie. Mama je punktualnie – powiedziała Ute, zanim wręczyła mi kartkę z rozpiską dnia i zniknęła jak cień.

Mój pokój był mały, z jednym oknem wychodzącym na ścianę garażu. Łóżko skrzypiało przy każdym ruchu, a pościel pachniała kurzem. Usiadłam i spojrzałam na kartkę – wszystko zaplanowane co do minuty: toaleta, posiłki, spacery, drzemki. Miałam być niewidzialna, a jednocześnie obecna cały czas.

Następnego dnia Helene spojrzała na mnie jak na niechciane pudełko z piwnicy. Kiedy podałam jej filiżankę, zrzuciła ją z tacy.

– Za gorąca! – wrzasnęła, a ja odruchowo schyliłam się, by posprzątać.

Nie przeprosiła. Nie zapytała, czy się poparzyłam. Tylko patrzyła, jak zbieram odłamki z podłogi. Byłam tam dzień. Już wtedy poczułam, że przestałam być człowiekiem.

Ręce do wszystkiego

Z czasem okazało się, że moja praca nie kończy się na opiece. Helene nie ruszała się bez pomocy, ale miała siłę, by wskazywać palcem wszystko, co było nie tak. Kurz pod kanapą? – „Brudno!” Ręcznik złożony w zły sposób? – „Nie tak!” Jej głos wwiercał mi się w kręgosłup.

Sprzątałam cały dom, gotowałam obiady, których nawet nie próbowałam, robiłam pranie, prasowałam jej bieliznę. Gdy nie nadążałam, stukała laską o podłogę. Czasem budziła mnie w środku nocy, twierdząc, że coś ją boli, po czym kazała masować sobie stopy przez godzinę, patrząc w sufit, jakby mnie tam nie było.

Nie miałam dnia wolnego. Ute pojawiała się tylko w weekendy – rzucała kopertę z pieniędzmi na stół, czasem coś powiedziała przez zęby. Pamiętam jedno zdanie szczególnie dobrze:

– Jesteś tu dla niej, nie dla siebie.

Przyjęłam to jak instrukcję obsługi. Nie protestowałam, nie pytałam, nie mówiłam nikomu, co się dzieje. Wmawiałam sobie, że to praca. Że minie. Że warto się poświęcić dla pieniędzy. Zaczęłam znikać sama dla siebie – w lustrze patrzyła na mnie kobieta bez imienia.

Coś więcej niż samotność

Któregoś dnia, po dwóch miesiącach, zadzwoniła do mnie siostra. Mówiła, że mama zapytała, kiedy wrócę. Miałam ochotę odpowiedzieć: „Nie wiem, czy w ogóle wrócę”, ale przełknęłam ślinę i rzuciłam coś ogólnikowego. Nie chciałam martwić nikogo w domu.

Tego dnia Helene miała zły nastrój. Odrzucała wszystko, co jej podałam. Krzyczała, że zupa smakuje jak woda z rynsztoka. Gdy próbowałam zaproponować coś innego, uderzyła mnie w ramię łyżką. Stałam tam, zupą na fartuchu, i poczułam coś dziwnego. Nie gniew. Nawet nie smutek. Pustkę. Zupełną obojętność.

Wieczorem siedziałam przy stole w kuchni, dłubiąc widelcem w zimnym makaronie. Do pokoju weszła Ute. Bez słowa położyła przede mną kopertę. Zajrzałam – więcej niż zwykle. Spojrzała na mnie ostro.

Mama cię potrzebuje. Ma gorsze dni. Musisz być twardsza – rzuciła i wyszła.

Twardsza. Czyli co – bardziej niewidzialna? Bardziej odporna na to, że ktoś traktuje mnie jak mebel? W tamtym momencie zrozumiałam, że nikt nie zamierza mi pomóc. Nie byłam tam człowiekiem. Byłam usługą. Cichą, wydajną, tanią. Moja samotność przestała być tylko uczuciem. Stała się rzeczywistością.

Cena milczenia

Zaczęłam się przyzwyczajać. Nie do warunków – do upokorzeń. Kiedy Helene spluwała jedzenie na talerz, patrzyłam na to bez słowa. Kiedy kazała mi zmywać podłogę na kolanach, nie pytałam dlaczego. Gdy wyzywała mnie od głupich, leniwych dziewuch, tłumaczyłam sobie, że to starość. Że nie wie, co mówi.

Pewnego popołudnia odwiedziła ją znajoma. Starsza Niemka, schludna, z perfumami pachnącymi starą lawendą. Siedziały razem w salonie, a ja podawałam ciasto. Kiedy wyszłam na chwilę, usłyszałam przez uchylone drzwi, jak Helene mówi:

– Jest tania. Robi wszystko. I nigdy się nie skarży.

Zastygłam. Nie wiedziałam, co bardziej bolało – to, że mówiła o mnie jak o sprzęcie kuchennym, czy to, że miała rację. Nie skarżyłam się. Milczałam. Dla spokoju. Dla pieniędzy. Dla świętego świętego spokoju, który przecież nigdy nie nadchodził. Wieczorem, zamiast się położyć, siedziałam na parapecie i patrzyłam w ciemność. Trzymałam w ręku kopertę – znów pełną. Czy naprawdę za plik euro godziłam się, żeby ktoś deptał mi godność? W głowie huczało jedno pytanie: ile jeszcze jestem w stanie znieść?

Pora się pożegnać

Tego ranka wszystko działo się wolniej niż zwykle. Helene była niespokojna, nie chciała jeść, nie chciała mówić. Posadziłam ją w fotelu i podałam herbatę z cytryną – jej ulubioną. Trzęsącą się ręką odstawiła filiżankę, spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem.

– Zostaniesz, prawda?

Nie odpowiedziałam. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Z jednej strony współczułam jej – była samotna, stara, obca dla wszystkich poza mną. Z drugiej – właśnie ona codziennie mnie kruszyła, od środka. Chciała, żebym była. Ale nie jako człowiek. Jako funkcja. Zadzwoniła Ute, zapowiedziała się na wieczór. Kiedy przyjechała, od razu poczułam napięcie. Weszła do kuchni, zamknęła drzwi i rzuciła:

– Mama cię polubiła. To znaczy, że dobrze pracujesz. Przedłużymy ci kontrakt.

Zamilkłam. Przedłużymy. Jakby chodziło o wynajem pokoju. Albo wynajem mnie.

– Nie zostanę – powiedziałam w końcu. – Wracam.

Spojrzała na mnie jak na niesforne dziecko.

– Przemyśl to. Pieniądze są dobre. A w Polsce… sama wiesz.

Wiedziałam. Ale po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że mogę podjąć decyzję. Nie musiałam dłużej znosić wszystkiego. Nie za żadne pieniądze.

Tej granicy nie przekroczę

Spakowałam się w nocy. Mała walizka, dokumenty, trochę gotówki. Helene spała, oddychała płytko, ale spokojnie. Stałam chwilę w drzwiach jej pokoju. Nie czułam nienawiści. Czułam ulgę. I żal – że tak mogło wyglądać czyjeś życie. I moje też.

Na dworcu wsiadłam do autobusu. Nie oglądałam się za siebie. Siedząc przy oknie, patrzyłam, jak budzi się dzień. Czułam, że znów mam ciało, myśli, głos. Przypomniałam sobie, jak się śmiałam z siostrą, jak piekłam chleb z mamą, jak śpiewałam pod prysznicem. Wszystko to znikło na kilka miesięcy, ale wracało.

Wróciłam bez planu. Bez wielkich oszczędności. Za to z pewnością, że nigdy więcej nie pozwolę nikomu siebie tak potraktować. Nie chodziło o jedną staruszkę. Ani o jej córkę. Chodziło o mnie – i o to, że przez chwilę uwierzyłam, że moja wartość da się przeliczyć na euro.

Długo dochodziłam do siebie. Czasem wciąż śniło mi się, że stuka laską w podłogę, a ja biegnę, nie wiedząc, czego chce. Ale budziłam się i wiedziałam, że to tylko sen. Że jestem u siebie. I że nie muszę już niczego znosić.

Sabina, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama