„Zimą wyjechałam do Egiptu ratować małżeństwo, ale tam poznałam Omara. Szybko zapragnęłam rozwodu”
„Muzyka grała głośniej niż zwykle, basen był podświetlony na niebiesko, a goście plątali się między stołami. Zanim się zorientowałam, tańczyłam. Na boso, z drinkiem w ręce. Poczułam się lekko, jakbym zdjęła z siebie ciężar, który nosiłam od miesięcy. Omar krążył między nami, rozdając uśmiechy, ale przy mnie zatrzymał się na dłużej”.

- Redakcja
Gdy w grudniu wyszłam z pracy i zobaczyłam zamarznięte szyby samochodu, coś we mnie pękło. Nie chodziło tylko o zimno, choć miałam już dość czapek, skrobaczek i przemoczonych butów. Chodziło o to, że wracałam do domu, który dawno przestał być domem. Mieszkanie było czyste, podłogi umyte, jedzenie przygotowane – zawsze robiłam wszystko, jak trzeba. Tylko że nie czułam, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. A przynajmniej nie dla mojego męża.
Byliśmy jak współlokatorzy
– Cześć – powiedział Robert, nie odrywając wzroku od telefonu, gdy weszłam do mieszkania.
– Hej – odpowiedziałam, zdejmując płaszcz.
To była nasza codzienność. Krótkie słowa, zero emocji. Od dawna nie dotykaliśmy się inaczej niż przypadkiem. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio spojrzał na mnie tak, jak patrzy się na kobietę. Wieczorami każdy z nas siedział w swoim kącie – on z telefonem, ja z laptopem. Nie było między nami żadnej intymności. Pewnego dnia, przy kolacji, rzuciłam nieśmiało:
– Może gdzieś byśmy wyjechali na chwilę? Gdzieś, gdzie jest słońce.
Nie odpowiedział od razu. Przez chwilę tylko patrzył w ekran.
– Możemy. Egipt? Hurghada? Jest tanio – mruknął i to było wszystko.
Nawet się nie zdziwiłam, że tak łatwo się zgodził. Zwykle przytakiwał, byle tylko nie wymagało to od niego zbyt wiele zaangażowania. W dniu wylotu pakowałam walizkę w ciszy. On w swoim pokoju, ja w naszym. Nie odezwał się nawet, kiedy wyszliśmy z domu i wsiedliśmy do taksówki. W samolocie usiadł przy oknie, wyjął słuchawki i telefon. Ja patrzyłam przez okno na śnieg, który wciąż sypał.
– Chcesz coś do picia? – zapytałam, kiedy przyszła stewardessa.
– Wezmę wodę – odpowiedział bez emocji.
– Jasne – powiedziałam i zamówiłam też dla siebie.
Podałam mu butelkę, nawet na mnie nie spojrzał. Siedzieliśmy obok siebie, ale jakby osobno. Od miesięcy byliśmy jak współlokatorzy. Obcy, a jednak nadal „razem”. W głowie miałam jedno: cokolwiek się wydarzy w tym Egipcie, nie chcę już wracać do tego, co było.
Omar wpadł mi w oko
Hotel w Hurghadzie pachniał wilgotną klimatyzacją i kadzidłami z holu. Zaskoczyła mnie ta mieszanka chłodu i egzotyki. Robert nie powiedział nic, gdy weszliśmy do pokoju. Położył torbę na łóżku, od razu sięgnął po pilota, potem po telefon. Zostałam z walizką, z myślami i z ciszą, do której zaczęłam się już przyzwyczajać.
Następnego dnia zajął leżak wcześniej niż ja. Leżał nieruchomo z puszką w dłoni, głowę miał schowaną w cieniu czapki z daszkiem, oczy wpatrzone w ekran. Minęłam go, nie licząc na żadną reakcję. Miałam na sobie nowe bikini, jeszcze z metką. Kupiłam je specjalnie na ten wyjazd, choć sama nie wiedziałam po co. Nie dla niego przecież.
Zapisałam się na masaż. Później, sama, poszłam do baru przy basenie. Kelner przyniósł mi drinka z kolorową parasolką. Siedziałam tam, próbując nie patrzeć w jego stronę, choć wiedziałam, że Robert nie podniesie głowy. Obok przy głośnikach zaczęli ustawiać się animatorzy. Muzyka grała zbyt głośno, ale przynajmniej zagłuszała moje myśli.
Wśród nich był on – uśmiechnięty, w kolorowej koszuli, pełen życia. Omar. Tańczył, kręcił biodrami w rytm muzyki i zachęcał gości do wspólnej zabawy. Ja obserwowałam go przez okulary przeciwsłoneczne, jakby z dystansu. Nie planowałam niczego. Po prostu patrzyłam.
– Zatańczy pani? – usłyszałam jego łamaną angielszczyznę obok siebie.
– Ja? – spytałam z zaskoczeniem, wskazując na siebie.
– Tak, ma pani piękny uśmiech – powiedział z uśmiechem.
Nie pamiętam, czy się uśmiechałam. Ale poszłam. Dwa, może trzy utwory, a potem usiadłam z powrotem. Czułam na sobie jego spojrzenie. Ciepłe, zaczepne. Nie nachalne. I nagle poczułam, że wcale nie jestem taka niewidzialna, jak mi się wydawało. Wieczorem, kiedy zasiedliśmy z Robertem na kolacji, spróbowałam porozmawiać.
– Fajne to miejsce, nie? – rzuciłam, sięgając po chlebek pita.
– Mhm – odpowiedział, nie podnosząc wzroku znad telefonu.
– Myślałam, że może jutro poszlibyśmy na plażę razem.
– Zobaczymy – powiedział i odłożył widelec. – Zjem w pokoju.
Zostałam przy stoliku sama. Znowu. Obserwowałam innych ludzi – pary, które się śmiały, turyści z dziećmi, głośni ludzie przy barze. I ja. Siedziałam, jadłam dalej, jakby to miało coś zmienić. Potem wróciłam do pokoju. Robert już leżał w łóżku, przykryty kocem, wpatrzony w ekran.
Leżałam obok niego i próbowałam zrozumieć, czy cokolwiek jeszcze czuję. Czy to w ogóle jest jeszcze mój mąż? A może ja też już od dawna nie jestem jego żoną, tylko kobietą, z którą dzieli pokój?
Niczego nie żałowałam
Trzeci dzień pobytu. Słońce paliło skórę od rana, ale ja czułam chłód, którego nie rozgrzewało ani egipskie powietrze, ani te wszystkie kolory wokół. Robert został przy basenie. O tej porze zwykle przeglądał wiadomości i oferty pracy. Mnie już to nie interesowało. Zeszłam na śniadanie sama, wypiłam czarną kawę i długo patrzyłam w morze, jakby mogło mi coś odpowiedzieć.
Wieczorem odbywała się animacja tematyczna. Coś w rodzaju „arabskiej nocy”. Goście mieli się przebrać, potańczyć, zrobić sobie zdjęcia. Z początku planowałam nie iść, ale coś mnie podkusiło. Może to było to nowe pareo, które kupiłam rano na straganie. Może ten błysk w oczach Omara, kiedy mnie tamtego dnia zobaczył przy barze. Może to, że miałam już dość siedzenia w cieniu.
Muzyka grała głośniej niż zwykle, basen był podświetlony na niebiesko, a goście plątali się między stołami. Zanim się zorientowałam, tańczyłam. Na boso, z drinkiem w ręce. Poczułam się lekko, jakbym zdjęła z siebie ciężar, który nosiłam od miesięcy. Omar krążył między nami, rozdając uśmiechy, ale przy mnie zatrzymał się na dłużej.
– Pięknie wyglądasz – powiedział cicho, zbliżając się tak, że poczułam zapach jego skóry. – Jak Kleopatra.
Zaśmiałam się, trochę zawstydzona, ale nie odsunęłam się. Przeciwnie – zrobiłam krok w jego stronę. Jego dłoń dotknęła mojego biodra i już wiedziałam, że to nie będzie tylko taniec. Wiedziałam, co się wydarzy. I nie czułam lęku. Po godzinie opuściliśmy imprezę. Wzięłam torebkę i poszliśmy w stronę części hotelu, gdzie mieściły się pokoje dla obsługi. Serce mi waliło, ale nie zatrzymałam się. Nie pytałam. Nie szukałam usprawiedliwień.
Gdy zamknęły się za nami drzwi, przestałam myśleć. Zgubiłam wszystkie słowa, które miałam w głowie. Wszystkie pytania, wątpliwości. Zostało tylko ciało. I dotyk, którego nie czułam od tak dawna. Jakby przypomniał mi, że wciąż jestem z krwi i kości, że nie jestem tylko dodatkiem do czyjegoś życia.
Później długo leżałam obok niego. On głaskał mnie po ramieniu i mówił coś cicho po arabsku, a ja nie próbowałam nawet rozumieć. Wiedziałam tylko jedno – nie miałam wyrzutów sumienia. Nie myślałam o Robercie. Nie myślałam o Polsce. Czułam tylko jedno: żyję. A potem, w ciemnym pokoju, przy uchylonym oknie, nagle ogarnął mnie dziwny spokój. Taki, którego nie czułam od bardzo dawna. Jakby ta noc była nie końcem, ale początkiem.
Nie było czego ratować
Wróciliśmy do Polski w milczeniu. Na lotnisku Robert podał mi walizkę, jak zawsze, bez słowa. W samolocie siedziałam przy oknie, on obok, ale czułam, jakby dzielił nas mur. Nie spojrzał na mnie ani razu przez całą podróż. Nie próbował niczego wyjaśniać, o nic nie zapytał. Nie musiałam nic mówić – i tak wszystko wiedział.
W domu było zimno. Grzejniki działały, ale powietrze było inne, ciężkie. Rozpakowałam rzeczy, rozłożyłam ubrania do prania. Robert wszedł do kuchni, nalał sobie wody i stanął przy oknie. Patrzyłam na jego plecy i wiedziałam, że to już koniec. Nie będzie krzyków, nie będzie łez. Nie było czego ratować.
Wieczorem usiedliśmy przy stole. Zmęczeni, wyciszeni. Obok leżały jakieś rachunki, powiadomienia z banku, kartki z notatkami. Patrzyłam na nie jak na rzeczy obce. Nie wiedziałam, kiedy to wszystko stało się ważniejsze od nas.
– Wyprowadzam się – powiedziałam cicho, bez napięcia, bez pretensji.
Robert nie uniósł głowy.
– Kiedy? – zapytał.
– W piątek. Wynajęłam kawalerkę, niewielką. Na razie – odpowiedziałam.
Skinął głową.
– Zostaw mi adres, jakby przyszły jeszcze jakieś dokumenty. I daj mi znać, co z internetem. Trzeba będzie przepisać.
I tyle. Żadnych pytań. Żadnych prób zatrzymania. Wiedział, może nawet już wcześniej. Może zgodził się na ten wyjazd, bo miał nadzieję, że to coś rozwiąże. I rozwiązało. Zamknęłam się w pokoju i spakowałam torbę. Ubrania, laptop, kilka książek, perfumy, które kupiłam na lotnisku. To było wszystko, co chciałam zabrać z tego życia. Reszta mogła zostać.
Na koniec stanęliśmy jeszcze razem w korytarzu. On z kubkiem kawy, ja z kluczami w dłoni. Spojrzałam na niego. Nie było w nim gniewu, tylko pustka.
– Trzymaj się – powiedział. I to brzmiało jak pożegnanie po spotkaniu znajomych, nie jak koniec małżeństwa.
Wyszłam, nie oglądając się za siebie.
Nie miałam poczucia winy
Nowa kawalerka była cicha. Zbyt cicha. Stałam w niej przez kilka minut, z torbą przy drzwiach, jakby to wszystko było czyimś żartem. Pokój z rozkładaną kanapą, kuchenny aneks, mała łazienka. Białe ściany, zapach świeżej farby i niedawnego remontu. Mieszkanie było puste, ale przynajmniej moje.
Rozpakowałam się bez pośpiechu. Ubrań było mało, kilka kosmetyków, książki kupione jeszcze na lotnisku. Napełniłam kieliszek i usiadłam na kanapie. Z głośnika telefonu sączyła się jakaś stara piosenka, której nie słyszałam od lat. Patrzyłam na swoje dłonie. Wciąż się lekko trzęsły.
Nie płakałam, bo nie było powodu. Albo nie było już siły. Po prostu siedziałam. Po raz pierwszy od dawna nie musiałam się spieszyć, nie musiałam nic udowadniać. Nikt na mnie nie czekał, nikt mnie nie oceniał.
Wieczorem, nie mogąc zasnąć, sięgnęłam po telefon. Przejrzałam zdjęcia z wyjazdu. Nie zatrzymywałam się na tych wspólnych z Robertem. Przesunęłam dalej. Zdjęcie z Omarem przy basenie. Był tam uśmiech, którego nie pamiętałam na swojej twarzy od lat.
Nie napisałam do niego. Nie miałam zamiaru tego robić. To nie był początek żadnej miłości. Ale to był moment, który obudził we mnie coś więcej niż tylko żal i zmęczenie. Z nim przez chwilę czułam się kobietą. A może raczej: pozwoliłam sobie być.
Nagrałam sobie wiadomość głosową, której nie wysłałam nikomu. Po prostu chciałam usłyszeć własny głos.
– Może nie jestem idealna. Ale wreszcie jestem prawdziwa.
Słuchałam tych słów jeszcze dwa razy. I dopiero wtedy zasnęłam. Po raz pierwszy w nowym miejscu. Sama, bez poczucia winy.
Nie chciałam już tak żyć
Minęło kilka tygodni. Nie było wielkich zmian, ale każdy dzień stawał się odrobinę lżejszy. Zaczęłam układać swoje rzeczy na półkach, powiesiłam zasłony, kupiłam doniczkę z egzotyczną rośliną. Rano piłam kawę przy oknie. Wieczorami zapalałam świeczkę i słuchałam radia. Cisza przestała być taka pusta. Zaczynała być moja.
Robert nie dzwonił, nie pisał. Nie miał powodu. Nie zostawiłam mu nic, co można by było próbować odzyskać. Nawet wspomnień nie było za wiele. Miałam wrażenie, że nasze małżeństwo rozpłynęło się w nicości. Czasem wracałam myślami do Hurghady. Do tamtego wieczoru, do dotyku, do tego, jak bardzo chciałam wtedy żyć. Ale wspomnienie było jak zdjęcie z wakacji – ładne, kolorowe, lekko nierealne. Wiedziałam, że to, co się tam wydarzyło, było potrzebne, ale nie musiało trwać.
Któregoś popołudnia wynosiłam śmieci i spotkałam sąsiada z piętra niżej. Miał może czterdzieści lat, ubrany zwyczajnie, trzymał siatkę z zakupami.
– Dzień dobry – powiedział z lekkim uśmiechem. – Dopiero się pani wprowadziła?
– Tak. Niedawno – odpowiedziałam.
– Kawalerka? Ja też mam jednopokojowe. Wie pani, małe, ale własne. Czasem to najważniejsze.
Uśmiechnęłam się. Tak, dokładnie tak. Wieczorem usiadłam na kanapie z kubkiem herbaty. Patrzyłam na swoje odbicie w szybie. Nie wiedziałam jeszcze, co dalej. Może będę długo sama, może nie. Ale wiedziałam jedno – nie chcę już żyć tak, jak wcześniej. Cicho, na palcach, obok samej siebie.
Tak łatwo można się zgubić w tym, co wydaje się bezpieczne. W stabilności, w rutynie, która nie ma już sensu. I nagle budzisz się w innym kraju, w obcym łóżku, i czujesz, że wreszcie jesteś. Może nie idealna, ale żyjąca naprawdę.
Monika, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W sylwestra przypadkiem zabrałam kurtkę mojej przyjaciółki. W taki sposób dowiedziałam się o podwójnej zdradzie”
- „Tegorocznego sylwestra spędzę w towarzystwie kota. Raczej nie mam co liczyć na żadną szaloną imprezę”
- „Po świętach oddałam prezent od teściowej. To miał być sekret, ale prawda wyszła na jaw i teraz wnuki nie mają babci”

