Reklama

Mam na imię Kasia. Mam trzydzieści pięć lat i jeszcze niedawno miałam też męża, dom, pracę i jakąś namiastkę stabilności. Miałam wszystko – prócz miłości. Teraz nie mam nic. A raczej... zostałam sama ze swoją naiwnością, złamanym sercem i wstydem, który dławi mnie, gdy zamykam oczy.

Wiem, że to brzmi melodramatycznie, ale kiedy wracasz z walizką z obcego kraju, a człowiek, dla którego zostawiłaś wszystko, okazuje się iluzją, nie ma w tobie już miejsca na racjonalność. Zostaje tylko pytanie: jak do tego dopuściłam?

Nie jestem głupia. Mam wykształcenie, pracuję w urzędzie, całkiem ogarnięta kobieta. Ale przez ostatnie lata miałam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce. Mój mąż, Marek, był coraz bardziej zamknięty w sobie. Nasze rozmowy ograniczały się do pytań typu: „Co na obiad?”, „Będziesz dziś późno?”. Przez dwanaście lat byliśmy razem, ale coraz częściej czułam się tak, jakbyśmy byli tylko współlokatorami.

Pamiętam naszą ostatnią rozmowę w kuchni. Stałam przy zlewie, nalewałam wodę do czajnika. Marek nawet nie oderwał wzroku od ekranu laptopa.

Znowu lecisz gdzieś sama? – spytał bez cienia zainteresowania.

– Przynajmniej tam czuję, że żyję – odpowiedziałam.

Nie podniósł nawet wzroku. To wtedy zapadła decyzja. Wakacje spędzę sama w Egipcie. Byle uciec od tego marazmu. Byle przez tydzień poczuć się jak ktoś, kto jeszcze kogoś obchodzi. I wtedy właśnie pojawił się on. Hassan. A ja? Ja byłam spragniona ciepła. Nie tylko tego słonecznego, ale przede wszystkim tego ludzkiego. Szukałam uwagi, spojrzeń, uśmiechu. Szukałam czegoś, co miało sens.

I wtedy wydawało mi się, że znalazłam. Że mnie wybrał. Że w końcu jestem czyjaś. Nie wiedziałam jeszcze, że Hassan nigdy tak naprawdę nie istniał.

Poczułam się jak kobieta

Było duszno i parno, kiedy wysiadłam z autobusu pod hotelem. Pot lał mi się po plecach, włosy miałam przyklejone do szyi, a walizka ciążyła jakby była wypełniona kamieniami, a nie sukienkami na wakacje. Mimo zmęczenia poczułam ulgę, że wreszcie jestem gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna i nikt niczego ode mnie nie chce.

Hotel był przyzwoity, z białymi ścianami, palemką przy basenie i recepcjonistką, która mówiła łamaną polszczyzną. Pokój miał balkon z widokiem na dziedziniec. Przebrałam się, zmyłam z twarzy zmęczenie i zeszłam na kolację. Potem już tylko sen. Głęboki, długi. Pierwszy raz od dawna obudziłam się bez napięcia w żołądku.

Następnego dnia rano zorganizowano wycieczkę do oazy. Na liście uczestników było może dziesięć osób. Podeszłam do miejsca zbiórki, trzymając w rękach butelkę z wodą, i wtedy go zobaczyłam. Stał trochę z boku, w beżowej koszuli i ciemnych spodniach, z identyfikatorem przewodnika. Uśmiechnął się do wszystkich, ale kiedy spojrzał na mnie, uśmiech na chwilę się zatrzymał, jakby mnie rozpoznał. Poczułam, że robi mi się gorąco, i wcale nie z powodu temperatury.

Na początku mówił tylko do grupy – gdzie jedziemy, co zobaczymy, że będzie ciepło, żeby uważać na słońce. Ale z czasem zaczął rzucać drobne uwagi tylko do mnie. A to, że mam piękny kolor włosów, a to, że dobrze mi w tej sukience, a to, że jeśli chcę, może po wszystkim pokazać mi coś, czego turyści zwykle nie widzą. Z początku nie wiedziałam, jak się zachować. To było miłe, ale też trochę onieśmielające. Od lat nikt mnie tak nie traktował. W Polsce byłam przezroczysta.

Wieczorem, już po powrocie do hotelu, usłyszałam ciche pukanie do drzwi mojego pokoju. Byłam zaskoczona, ale nie bałam się. To był on, Hassan. Stał z rękami w kieszeniach, zapytał, czy nie pójdę z nim na spacer po plaży. Nie miałam siły się zastanawiać, zgodziłam się. Słońce już zaszło, było przyjemnie chłodno, morze cicho szumiało. Szliśmy obok siebie, nie spiesząc się. W pewnym momencie stanęliśmy.

– Ludzie w Europie nie wiedzą, jak to jest marzyć – powiedział cicho, patrząc gdzieś w dal.

– A ja marzę, żeby ktoś w końcu zapytał mnie, czego pragnę – odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie z uwagą. Długo nic nie mówił. I właśnie to milczenie było bardziej znaczące niż wszystkie słowa, które słyszałam przez ostatnie miesiące od Marka. Słuchał mnie tak, jak Marek nigdy nie potrafił. Jakby dostrzegał mnie naprawdę.

Tęskniłam za nim

Po powrocie do Polski czułam się obco w swoim własnym mieszkaniu. Marek jak zwykle nie zauważył mojej nieobecności. W kuchni stał talerz po śniadaniu, zlewozmywak pełen naczyń. Gdy weszłam, spojrzał tylko przelotnie.

– Jak było?

– Ciepło – odpowiedziałam, zdejmując buty.

I tyle. Rozmowa zakończona. Nawet nie spytał, z kim byłam, co widziałam, co czułam. Wróciłam z sercem wypełnionym po brzegi, a on nawet się mną nie zainteresował.

Hassan wciąż do mnie pisał. Najpierw ostrożnie, raz dziennie. Potem częściej. Rano budziłam się i czytałam jego wiadomości, wieczorem zasypiałam z telefonem w dłoni. Przysyłał zdjęcia plaży, krótkie nagrania, opowiadał o swoim dniu.

Z dnia na dzień tęskniłam coraz bardziej. Za jego głosem, za tym spojrzeniem, za poczuciem, że dla kogoś jestem ważna. W pracy przestałam się skupiać, w domu przemykałam jak cień. Marek tego nie komentował. Jakby wolał nie wiedzieć.

Któregoś wieczoru Hassan napisał, że chciałby mnie odwiedzić. Napisał, że tęskni. Że życie w Europie wygląda inaczej, że marzy o zmianie. Zadzwoniłam do Sylwii. Potrzebowałam jej głosu rozsądku.

– Kasia, on cię nie kocha. On mówi to, co ty chcesz usłyszeć – powiedziała bez owijania w bawełnę.

– Nie mów tak. On mnie rozumie.

Zamknęłam oczy. Wiedziałam, że mówi to z troski. Ale ja nie chciałam troski. Chciałam uczucia, emocji. Chciałam znowu czuć, że żyję. I wtedy przyszła myśl, która nie dawała mi spokoju. A może ja powinnam polecieć do niego?

Czekałam na niego

Kupiłam bilet kilka dni po tym, jak Hassan znowu zniknął. Milczał przez trzy doby. Telefon leżał obok mnie jak wyrzut sumienia. Co chwilę sprawdzałam ekran, chociaż wiedziałam, że nic się nie pojawiło. To milczenie bolało bardziej niż jakiekolwiek złe słowo. Kiedy w końcu napisał, poczułam ulgę, która była niemal fizyczna. Jakby ktoś rozwiązał mi ciasny węzeł na klatce piersiowej. Tłumaczył się krótko. Problemy z telefonem, zasięg, chaos. Pisał, że czeka. Że wszystko jest gotowe. Że teraz już naprawdę będziemy razem.

Uwierzyłam, bo chciałam mu zaufać. Bo każda inna myśl oznaczałaby, że wszystko, co zrobiłam do tej pory, nie miało sensu. Spakowałam walizkę w ciszy. Tę samą, z którą wróciłam z wakacji. Tym razem nie było w tym ekscytacji. Raczej skupienie. Jak przed egzaminem albo operacją. Wkładałam rzeczy zwyczajne, neutralne. Takie, które nie zdradzają marzeń. Takie, które nadają się do życia, a nie do bajkowej opowieści.

Nie powiedziałam nic Markowi. Zostawiłam kartkę na stole w kuchni. Kilka zdań, bez dramatów. Że odchodzę. Że nie potrafię już udawać, ale życzę mu spokoju. Kartka leżała obok kubka po kawie. Wyglądała tam obco, jakby nie pasowała do tej kuchni i do tego życia.

Na lotnisku czułam dziwne drżenie w dłoniach. Patrzyłam na tablice odlotów i przylotów, jakby miały mi powiedzieć coś więcej niż tylko rozkład godzin. Cały świat skurczył się do jednego momentu. Do chwili, w której zobaczę go w hali przylotów.

Wylądowałam późnym popołudniem. Wyszłam z samolotu i uderzyło mnie ciepłe, ciężkie powietrze. Tłum ludzi, hałas, obce języki. Wyszłam z hali przylotów i rozejrzałam się uważnie. Były tabliczki z imionami, uśmiechy, okrzyki radości. Jego nie było. Pomyślałam, że może się spóźnia. Że utknął w korku. Że zaraz wyłoni się zza filaru.

Czekałam pół godziny, godzinę, a potem kolejne. Z każdą minutą napięcie rosło, a serce biło coraz szybciej. Pisałam do niego krótkie wiadomości. Bez wyrzutów, bez paniki. Jeszcze nie. Nie odpowiadał. W końcu podeszłam do punktu informacji turystycznej. Zapytałam o niego niepewnym głosem, jakby to było coś wstydliwego. Odpowiedź była prosta. Nie. Nikt taki tu nie pracuje.

Usiadłam na ławce z walizką obok. Ludzie przechodzili, śmiali się, odchodzili w swoje strony. A ja siedziałam i czekałam dalej, choć już zaczynałam rozumieć, że nie ma na co.

Było mi wstyd

Wyszłam z lotniska jak we śnie. Miasto pulsowało światłami i dźwiękami, a ja miałam wrażenie, że ktoś wyciął mnie z innej rzeczywistości i wstawił tutaj bez ostrzeżenia. Złapałam taksówkę. Podałam adres hotelu, który znalazłam w ostatniej chwili. Pokój był mały, chłodny, obcy. Jedno łóżko, jedno światło, zapach detergentu. Usiadłam na brzegu łóżka i patrzyłam w telefon.

Napisałam do niego spokojnie. „Jestem na miejscu. Czekam na ciebie”. Minęło kilka minut, potem kolejne. Wciąż cisza. Napisałam jeszcze raz, potem zadzwoniłam. Raz, drugi, dziesiąty. Odpowiadał mi tylko automat. Brak połączenia, zupełnie jakby numer przestał istnieć. Jakby nigdy nie istniał.

Wstałam i zaczęłam chodzić po pokoju. Kilka kroków w jedną stronę, kilka w drugą. Ręce miałam zimne, broda zaczęła mi drżeć. W gardle utknęła mi gula tak duża, że nie mogłam przełknąć śliny. Usiadłam i zaczęłam szukać jakichkolwiek informacji. Jego imienia, miasta, miejsc, o których mówił. Przewijałam strony, klikałam w przypadkowe linki. Nic. Ani jednego śladu.

Najpierw przyszło zaprzeczenie. To pomyłka, pewnie coś się stało. Zaraz się odezwie. Potem strach. A jeśli źle zrozumiałam? Jeśli przyjechałam w złym momencie? Sprawdziłam wiadomości. Wszystko było jasne. Ta sama data, ten sam dzień. A potem przyszedł płacz. Nie cichy, nie taki kontrolowany. Taki, który rozrywa od środka. Zgięłam się w pół i płakałam w poduszkę, żeby nikt nie słyszał. Opłakiwałam siebie sprzed lat. Za kobietę, która uwierzyła, że ktoś może ją wybrać.

Po płaczu przyszła pustka. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam obcą twarz. Oczy czerwone, twarz opuchnięta. A potem przyszła wściekłość. Chodziłam po pokoju i szeptałam słowa, których nie miałam komu powiedzieć. Jak mogłeś. Jak mogłeś mówić o przyszłości. Jak mogłeś znikać.

Otworzyłam walizkę i zobaczyłam swoje rzeczy, ułożone starannie, jakby to naprawdę miało być nowe życie. I wtedy coś we mnie pękło. Bo zrozumiałam, że nie mam dokąd wrócić. Usiadłam na podłodze i mówiłam do siebie w myślach, jak do kogoś, kogo trzeba ratować. A jeśli on nigdy nie był tym, za kogo się podawał?

Wtedy pojawił się wstyd. Ciężki, lepki. Wstyd, że uwierzyłam. Że w tym wieku pomyliłam słowa z prawdą. Leżałam na łóżku do rana. Telefon milczał.

Zostałam sama

Wróciłam do Polski po dwóch dniach. Jakby ktoś mnie wypchnął z tamtego kraju bez prawa do pożegnania. Na lotnisku było zimno, choć to był ten sam miesiąc. Ale powietrze było już inne, a w sercu zalegał inny ciężar. Nie miałam dokąd iść. Do Marka nie chciałam. Wynajęłam mały pokój u starszej kobiety. Było ciasno i cicho, chociaż bezpiecznie, ale i tak bolało.

W pracy wszystko wyglądało tak samo, a jednocześnie zupełnie inaczej. Ludzie patrzyli na mnie uważniej. Albo to ja tak to odbierałam. Nikt nic nie mówił, ale czułam, że coś wisi w powietrzu. Przychodziłam, robiłam swoje, wychodziłam. Jak automat. Sylwia zadzwoniła po kilku dniach. Długo nie odbierałam. Bałam się jej głosu. Bałam się tego, co usłyszę.

– Nie przyjechał, w ogóle go nie było – powiedziałam w końcu.

Zamilkła, ale przyjechała wieczorem. Usiadła obok mnie na łóżku i nie zadawała pytań. A ja i tak powiedziałam jej wszystko, bo to we mnie rosło i ciążyło jak kamień. Najgorsze było to, że wróciłam nie tylko bez niego. Wróciłam bez siebie. Bo ja naprawdę wierzyłam w te słowa. Zbudowałam na nich całą odwagę, która popchnęła mnie do decyzji o odejściu.

I teraz zostałam sama z ciszą. Z wstydem. I z pytaniem, jak odbudować siebie od zera.

Katarzyna, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama