Reklama

To miał być wyjazd ostatniej szansy, albo przynajmniej solidna próba reanimacji czegoś, co powoli przygasało pod ciężarem codziennych obowiązków, kredytu i wiecznego pośpiechu. Zakopane miało być naszym azylem. Nie sądziłam jednak, że wchodząc do tej restauracji, cofnę się w czasie o piętnaście lat. Kiedy zobaczyłam Michała, moje serce na chwilę przestało bić, a potem ruszyło z prędkością, której nie czułam od matury. Przez kilka godzin balansowałam na krawędzi, zadając sobie pytanie: czy życie, które wybrałam, jest tym, którego naprawdę pragnęłam?

Wciąż był przystojny

Droga do Zakopanego dłużyła się niemiłosiernie. Marcin prowadził w skupieniu, marszcząc brwi za każdym razem, gdy GPS sugerował zmianę trasy, a ja patrzyłam przez brudną szybę na przesuwające się krajobrazy Małopolski. Śnieg zaczął padać dopiero za Krakowem, otulając świat białą, puchową kołdrą, która teoretycznie powinna wywołać we mnie dziecięcą radość. Zamiast tego czułam ucisk w żołądku.

Jesteśmy razem od siedmiu lat. To dużo i mało. Wystarczająco dużo, by znać na pamięć swoje nawyki, i wystarczająco mało, by wciąż wierzyć, że „jakoś to będzie”. Ostatnie miesiące były jednak trudne. Marcin awansował, co wiązało się z powrotami do domu po dwudziestej, a ja zagrzebałam się w projektach graficznych, które wysysały ze mnie całą kreatywną energię. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki: kto robi zakupy, czy opłaciliśmy czynsz, co kupić jego mamie na urodziny.

— Zimno tu będzie jak cholera — mruknął Marcin, przerywając ciszę. — Sprawdziłaś, czy w tym apartamencie jest ogrzewanie podłogowe?

— Tak, Marcin. Sprawdzałam trzy razy — odpowiedziałam, starając się nie brzmieć na zirytowaną. — Poza tym, jedziemy w góry. Ma być zimno.

Westchnął tylko i włączył radio. Patrzyłam na jego profil. Wciąż był przystojny w ten bezpieczny, solidny sposób. Szerokie ramiona, krótko przystrzyżone włosy, dłonie pewnie trzymające kierownicę. Był moją opoką. Ale czy opoka potrafi jeszcze wywołać dreszcze? Tego nie byłam pewna. Dojechaliśmy na miejsce późnym popołudniem. Willa była przepiękna, cała w drewnie, z widokiem na Giewont, który akurat postanowił schować się za gęstą mgłą.

Rozpakowywanie poszło sprawnie. Marcina od razu pochłonął telefon — jakiś „pożar” w firmie, którego nie dało się zgasić mailem. Zostałam sama w wielkim pokoju, czując narastającą frustrację.

Wyjdziemy coś zjeść? — zapytałam, gdy w końcu odłożył komórkę.

— Jasne. Znalazłem w necie jakąś nową knajpę, podobno rewelacja. „Dziki Trop” czy coś takiego. Ma świetne oceny.

Nie protestowałam. Chciałam po prostu wyjść, poczuć mróz na policzkach i napić się grzanego wina. Nie wiedziałam wtedy, że ten wybór zmieni dynamikę całego naszego wyjazdu.

Serce podeszło mi do gardła

Restauracja znajdowała się nieco na uboczu, z dala od zgiełku Krupówek, co już na wstępie uznałam za duży plus. Budynek wyglądał imponująco — nowoczesna interpretacja stylu zakopiańskiego, dużo szkła, surowego drewna i kamienia. Przed wejściem płonęły wielkie pochodnie, a w powietrzu unosił się zapach palonego drewna i rozmarynu. Weszliśmy do środka. Uderzyło nas przyjemne ciepło i gwar rozmów, który jednak nie był przytłaczający. Kelnerka zaprowadziła nas do stolika przy oknie, z widokiem na ośnieżony las.

— Ładnie tu — przyznał Marcin, rozglądając się z uznaniem. — Widać, że ktoś wpakował w to mnóstwo kasy, ale z gustem.

Zamówiliśmy wino. Przez chwilę było miło. Rozmawialiśmy o planach na jutro, o tym, czy pójdziemy w góry, czy zostaniemy na termach. Marcin się rozluźnił, uśmiechał się częściej. I wtedy to się stało. Kątem oka zauważyłam ruch przy barze. Mężczyzna w ciemnej koszuli instruował barmana, gestykulując żywo. Coś w jego sylwetce wydało mi się znajome. Sposób, w jaki przechylał głowę, jak opierał dłoń na blacie. Serce podeszło mi do gardła.

W tym momencie odwrócił się i spojrzał prosto na nasz stolik. Czas się zatrzymał. To był on. Michał. Moja wielka, licealna miłość. Chłopak, przez którego przepłakałam pół matury i dla którego byłam gotowa rzucić studia, byle tylko z nim być. Ostatecznie to on wyjechał, zostawiając mnie ze złamanym sercem i obietnicami bez pokrycia. Teraz, po piętnastu latach, stał kilka metrów ode mnie. Zmienił się. Zmężniał. Kilkudniowy zarost, modna fryzura, pewność siebie bijąca z każdego ruchu. Nie był już tym zbuntowanym chłopcem w wytartych jeansach. Był mężczyzną, który wiedział, czego chce.

Zobaczył mnie. Jego oczy rozszerzyły się w wyrazie absolutnego zaskoczenia, a po chwili na jego twarzy pojawił się ten sam, łobuzerski uśmiech, który kiedyś śnił mi się po nocach. Ruszył w naszą stronę.

— Kasia? — Jego głos był głębszy, bardziej chropowaty, ale wciąż miał tę magnetyczną barwę. — Nie wierzę własnym oczom.

Zaśmiał się

Poczułam, jak pieką mnie policzki. Marcin spojrzał na mnie pytająco, potem na Michała, a potem wstał, wyciągając rękę w geście powitania.

— Cześć, jestem Marcin. Mąż Kasi –—powiedział stanowczo, choć uprzejmie.

Słowo „mąż” zawisło w powietrzu. Michał uścisnął dłoń Marcina, nie spuszczając ze mnie wzroku.

— Michał. Właściciel tego przybytku — odparł z uśmiechem. — I stary znajomy Kasi ze szkoły. Kopę lat, co?

— Piętnaście — wyszeptałam, czując ścisk w gardle.

— Piętnaście... — powtórzył, jakby smakował to słowo. — Wyglądasz niesamowicie. Czas jest dla ciebie łaskawy.

Sytuacja była niezręczna, ale Michał miał dar rozładowywania napięcia. Zaproponował, że dołączy do nas na chwilę, przyniósł butelkę jakiegoś absurdalnie drogiego wina „na koszt firmy”. Marcin, który zazwyczaj jest nieufny wobec takich gestów, dał się wciągnąć w rozmowę o biznesie, o tym, jak trudno prowadzić gastronomię w dzisiejszych czasach. Okazało się, że Michał odniósł sukces. Po latach tułaczki po Europie wrócił do Polski, zainwestował w Zakopanem i stworzył jedną z najlepszych restauracji w regionie. Opowiadał o tym z pasją, z ogniem w oczach. Był charyzmatyczny. Był fascynujący.

W pewnym momencie telefon Marcina znów zawibrował. Mój mąż spojrzał na ekran i skrzywił się.

— Przepraszam was, muszę to odebrać. To szef z centrali, jeśli nie odbiorę, będę miał piekło w poniedziałek. Wrócę za pięć minut.

Wstał i wyszedł na zewnątrz, gdzie zasięg był lepszy. Zostałam sama z Michałem.

— No proszę — powiedział cicho, przysuwając się nieco bliżej. — Mąż, kariera, Warszawa... Poukładałaś sobie życie, Kasiu.

— Można tak powiedzieć. — Bawiłam się nóżką kieliszka, unikając jego wzroku. — A ty? Nadal wolny strzelec?

Zaśmiał się. Ten dźwięk był jak uderzenie pioruna.

— Ja? Ja jestem żonaty z tą restauracją. Próbowałem stabilizacji, ale... wiesz, jaki jestem. Ciągle mnie gdzieś gna. Nie potrafię usiedzieć w miejscu.

Czułam się adorowana

Marcin nie wracał przez piętnaście minut, które potem przeszło w dwadzieścia. Widziałam go przez szybę, jak spaceruje tam i z powrotem, gestykulując nerwowo. Michał wykorzystał ten czas perfekcyjnie. Zaczął wspominać.

— Pamiętasz naszą ucieczkę na Mazury? Kiedy zepsuł nam się ten stary fiat twojego taty?

— Boże, nie przypominaj mi — zaśmiałam się, czując, jak lody topnieją. — Myślałam, że ojciec mnie zabije.

— Ale noc pod gwiazdami była tego warta — powiedział, patrząc mi głęboko w oczy. — Nigdy nie widziałem piękniejszego nieba. I piękniejszej dziewczyny.

Czułam się, jakby ktoś wstrzyknął mi adrenalinę prosto w serce. Flirtował ze mną. Bezczelnie, otwarcie, a ja... ja na to pozwalałam. Czułam się adorowana, pożądana w sposób, w jaki Marcin już dawno na mnie nie patrzył. Marcin patrzył na mnie z miłością, z troską, ale bez tej dzikiej iskry. Michał sprawił, że poczułam się młodsza. Przypomniał mi o Kasi, która miała marzenia, która chciała malować obrazy, a nie projektować logotypy dla firm ubezpieczeniowych.

— Jesteś szczęśliwa? — zapytał nagle, zmieniając ton na poważny.

To pytanie zawisło nade mną w powietrzu.

Jestem... stabilna — odpowiedziałam wymijająco. — Marcin to dobry człowiek.

— Nie pytałem, czy on jest dobry. Pytałem, czy ty jesteś szczęśliwa. Czy budzisz się rano z ekscytacją, co przyniesie dzień?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Milczenie było wystarczającą odpowiedzią. Michał wyciągnął rękę i delikatnie przykrył moją dłoń swoją. Jego skóra była ciepła, szorstka. Prąd przebiegł mi po kręgosłupie. W mojej głowie pojawiła się szalona myśl: a gdyby tak rzucić to wszystko? Gdyby dać się porwać tej chwili? Widziałam w jego oczach obietnicę przygody. Obietnicę życia pełnego emocji, pasji, braku rutyny. Życia, które kiedyś wydawało mi się jedynym słusznym.

Spojrzałam na niego uważniej

Marcin wciąż rozmawiał przez telefon. Widziałam, jak trze czoło, wyglądał na zmęczonego. Nagle poczułam ukłucie... czego? Litości? Złości? Że zostawił mnie tu samą na pastwę wilka?

— Wiesz — kontynuował Michał, nie zabierając ręki. — Czasami myślę, że popełniłem błąd, wyjeżdżając wtedy. Mogliśmy stworzyć coś niesamowitego. Ty zawsze miałaś ten ogień, Kasiu. Nie daj mu zgasnąć w tej warszawskiej korporacyjnej mgle.

Brzmiało to pięknie. Prawie filmowo. Ale potem dodał:

— Moja ostatnia dziewczyna, Ewelina... kompletna wariatka. Chciała, żebym wracał do domu na obiady, żebym planował wakacje z półrocznym wyprzedzeniem. Rozumiesz to? Ludzie tak żyją? Jak w klatce. Ja potrzebuję przestrzeni. Dziś tu, jutro w Mediolanie. Restauracja to moja pasja, ale jak mi się znudzi, sprzedam to w cholerę i ruszę dalej. Może Azja?

Słuchałam go i nagle coś zgrzytnęło. „Wariatka”, bo chciała wspólnie zjeść obiad? „Klatka”, bo ktoś chciał zaplanować wakacje? Spojrzałam na niego uważniej. Zobaczyłam nie tylko przystojnego mężczyznę, ale też wiecznego chłopca. Piotrusia Pana, który bawi się życiem, ludźmi i biznesami, ale gdy robi się trudno lub zbyt „zwyczajnie”, ucieka. Przypomniałam sobie, dlaczego się rozstaliśmy. To nie tylko dlatego, że on wyjechał. To ja zostałam, bo potrzebowałam poczucia bezpieczeństwa, którego on nigdy nie potrafił mi dać. Zawsze był chaosem. Pięknym, fascynującym, ale niszczącym chaosem.

— Azja? — zapytałam, cofając powoli rękę. — A co z ludźmi, których tu zatrudniasz? Z tym miejscem?

Wzruszył ramionami.

— Poradzą sobie. W życiu trzeba być egoistą, Kasiu. Inaczej inni wejdą ci na głowę. Tak jak ten twój... Marcin, tak? Zostawił cię tu samą na godzinę, bo boi się szefa. Ja bym rzucił słuchawką.

Te słowa zabolały mnie bardziej, niż się spodziewałam. Ale nie zabolały mnie z powodu Marcina. Zabolały mnie, bo obnażyły prawdę o Michale. Dla niego lojalność, odpowiedzialność, kompromis to były oznaki słabości. Marcin nie rozmawiał przez telefon, bo „bał się szefa”. Rozmawiał, bo zależało mu na pracy, która zapewniała nam byt. Bo był odpowiedzialny. Bo wiedział, że od tego projektu zależy premia, za którą chcieliśmy wyremontować kuchnię — moją wymarzoną kuchnię.

Spojrzałam za okno. Marcin właśnie kończył rozmowę. Chował telefon do kieszeni. Zanim wszedł do środka, zatrzymał się na chwilę, wziął głęboki oddech i ulepił śnieżkę, którą rzucił w drzewo. Uśmiechnął się sam do siebie. Ten prosty, chłopięcy gest sprawił, że serce mi zmiękło.

Michał był jak fajerwerki

Kiedy Marcin wrócił do stolika, był cały czerwony z zimna, ale uśmiechał się przepraszająco.

— Najmocniej was przepraszam — powiedział, siadając i chwytając moją dłoń. Jego ręka była lodowata, ale ten chłód był... prawdziwy. — Kryzys zażegnany. Mogę już oficjalnie zacząć urlop. Mam nadzieję, że Michał nie zanudził cię na śmierć?

— Ależ skąd — wtrącił Michał, opierając się wygodnie na krześle. — Wspominaliśmy stare, dobre czasy. Kiedy życie było prostsze.

— Prostsze nie zawsze znaczy lepsze — odparłam, patrząc prosto w oczy Michała. Zobaczyłam w nich zdziwienie.

— Słuszna uwaga — przyznał Marcin, nieświadomy napięcia, które właśnie rozładowałam. — Kochanie, zamówimy deser? Widziałem w karcie szarlotkę na ciepło. Wiem, że uwielbiasz.

Pamiętał. Oczywiście, że pamiętał. Marcin wiedział, że nienawidzę rodzynek w serniku, że kawę piję tylko z mlekiem owsianym i że kiedy jest mi zimno, trzeba mi podać koc, a nie pytać, czy chcę bluzę. Wiedział o mnie wszystko. Znał moje lęki, moje gorsze dni, widział mnie bez makijażu, z grypą żołądkową i w powyciąganym dresie. I wciąż tu był. Michał znał tylko Kasię-nastolatkę i Kasię-wersję-ekskluzywną, siedzącą teraz w restauracji. Nie miał pojęcia o prawdziwym życiu ze mną. I szczerze mówiąc, wątpiłam, czy by je udźwignął.

Michał był jak fajerwerki: ekscytujący, głośny, kolorowy, ale trwający chwilę i zostawiający po sobie tylko dym. Marcin był jak kominek. Czasem trzeba było się namęczyć, żeby go rozpalić, czasem przygasał, ale dawał ciepło, które pozwalało przetrwać najgorszą zimę.

— Chętnie zjem szarlotkę. — Uśmiechnęłam się do męża, ściskając jego lodowatą dłoń.

Odzyskałam pewność

Reszta wieczoru upłynęła w innej atmosferze. Michał wyczuł zmianę frontu. Jego czar przestał działać, a ja przestałam reagować na jego dwuznaczne uwagi. Wkrótce przeprosił nas, tłumacząc się obowiązkami menedżerskimi, i zniknął na zapleczu. Zostaliśmy sami.

— Wszystko w porządku? — zapytał Marcin, gładząc mnie po wierzchu dłoni. — Wydajesz się jakaś... nieobecna. Czy to spotkanie cię zdenerwowało? Wiem, że pierwsza miłość to zawsze emocje.

Spojrzałam na niego z czułością, której nie czułam od miesięcy. Nie był zazdrosny w ten zaborczy, toksyczny sposób. Martwił się o mnie.

— Nie, Marcin. Wręcz przeciwnie — odpowiedziałam szczerze. — To spotkanie uświadomiło mi coś bardzo ważnego.

— Co takiego?

— Że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.

Kiedy wyszliśmy z restauracji, śnieg padał jeszcze mocniej. Marcin objął mnie ramieniem i przytulił do siebie, chroniąc przed wiatrem.

— Wiesz co? — powiedział do ucha. — Olać ten GPS. Jutro wyłączam telefon i idziemy w góry, tam gdzie nie ma zasięgu. Tylko ty i ja.

Oparłam głowę o jego ramię. Emocje związane z Michałem opadły, pozostawiając po sobie spokój. Nie potrzebowałam emocjonalnego rollercoastera ani wiecznej ucieczki. Potrzebowałam kogoś, kto potrzyma mnie za rękę, gdy droga będzie śliska. I miałam tego kogoś tuż obok. Ferie w Zakopanem dopiero się zaczynały, a ja czułam, że już wygrałam coś najcenniejszego. Odzyskałam pewność. Czasami trzeba spotkać ducha przeszłości, by zrozumieć, że nie warto się za nim oglądać.

Kasia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama