„Wyjazd do Zakopanego miał być ucieczką od problemów. Wpadłam prosto w ramiona instruktora snowboardu”
„Zaśmiałam się przez łzy. Bo miała rację. Czułam się jak zjawa. Jakby moje życie się skończyło, a ja jeszcze przez jakiś czas musiałam dograć sceny finałowe. Wysiadłam w Zakopanem z jedną torbą. Bez planu, bez pomysłu, tylko z mglistym marzeniem, żeby coś poczuć. Cokolwiek”.

Warszawa. Znowu poniedziałek i znowu to samo: Marek chrapie obok jak co noc, a ja leżę, patrzę w sufit i zastanawiam się, co by się stało, gdybym po prostu... zniknęła. Wyjechała. Wyłączyła telefon. Zniknęła na chwilę z tego życia, które od lat nie jest moje. Zaparzyłam kawę. Kubek z napisem „Najlepsza mama na świecie” parzył mnie w dłonie. Dostałam go od Oli. Ma sześć lat i jest moim wszystkim. A jednak nawet przy niej jestem ostatnio nieobecna. Wypalona.
Marek? Mąż z siedmioletnim stażem. Od dawna bliżej mu do współlokatora. Sypiamy razem, ale jesteśmy osobno. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się przytulił. Kiedy spojrzał na mnie tak naprawdę. Wszystko w naszym małżeństwie jest „na potem”. Na weekend. Na wakacje. Na nigdy. W pracy nie lepiej: od lat te same raporty, te same twarze. Nikt nie zauważyłby, gdybym nagle przestała przychodzić.
Więc kupiłam bilet. Zakopane. Sama. Na cztery dni. Bez Marka, bez Oli, bez słów: „mamo”, „żono”, „zrób”, „musisz”. Tylko ja, góry i cisza. Nie po to, żeby coś zmienić. Po to, żeby na chwilę przestać istnieć.
Zaśmiałam się przez łzy
— Serio? Sama? — zapytała Kinga, gdy tylko powiedziałam jej o wyjeździe.
— Serio. Potrzebuję odpocząć. Od wszystkiego.
— Od Marka? – W słuchawce zapanowała chwila ciszy. — Od Oli?
Zawahałam się.
— Od siebie — odpowiedziałam.
Marek zareagował typowo: wzruszeniem ramion.
— Tylko uprzedź moją mamę, że to ona zawiezie Olę na basen. Mam w pracy młyn.
Nie zapytał, dlaczego. Nie zapytał, czy wszystko w porządku. Może nie chciał wiedzieć. A może po prostu przestało go to obchodzić. Zadzwoniłam do Kingi jeszcze raz, już z pociągu. W tle szumiał górski wiatr, a ja siedziałam przy oknie z kubkiem herbaty z automatu.
— A co ty tam będziesz robić? — zapytała. — Sama w górach? Przecież ty nienawidzisz zimy.
— Spacerować. Czytać. Spać. Albo marznąć i myśleć nad życiem.
— Albo… zapisz się na lekcje snowboardu — zaśmiała się. — Serio, Natalia. Spróbuj czegoś nowego. Potrząśnij tą swoją skorupą. Najwyżej złamiesz nogę i wrócisz wcześniej. Ale przynajmniej poczujesz, że żyjesz.
Zaśmiałam się przez łzy. Bo miała rację. Czułam się jak zjawa. Jakby moje życie się skończyło, a ja jeszcze przez jakiś czas musiałam dograć sceny finałowe. Wysiadłam w Zakopanem z jedną torbą. Bez planu, bez pomysłu, tylko z mglistym marzeniem, żeby coś poczuć. Cokolwiek. Jeszcze tego samego wieczoru, siedząc przy kominku w pensjonacie, wpisałam w Google: „lekcje snowboardu Zakopane”. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale to był początek czegoś, czego nie planowałam.
Pierwsze minuty to był dramat
Stok wyglądał jak z folderu reklamowego: biały, równy, otoczony ośnieżonymi drzewami. I ja na jego tle — w pożyczonym kombinezonie, który bardziej przypominał puchową zbroję niż sportowy strój. Czułam się jak nadmuchana wersja samej siebie.
— Natalia? — Męski głos wyrwał mnie z zamyślenia. Odwróciłam się i… zamarłam.
Instruktor miał może trzydzieści lat. Ciemna kurtka, opalona twarz, szelmowski uśmiech i pewność siebie, której nie dało się nie zauważyć. Wyciągnął do mnie rękę.
— Tomek. Twój nauczyciel mrożących wrażeń.
Zaśmiałam się, chociaż próbowałam wyglądać na opanowaną.
— Ja jestem raczej materiałem na kronikę wypadków, nie sportowca.
— Tym lepiej. Będzie o czym opowiadać wnukom — mrugnął i ruszyliśmy.
Pierwsze minuty to był dramat. Co chwila lądowałam w śniegu, klnąc pod nosem. Tomek śmiał się ze mną, ale nie złośliwie. Pomagał mi wstawać, podpowiadał, jak balansować, i… mówił do mnie „Nati”, jakbyśmy znali się od lat. Po godzinie już nie czułam wstydu. Ani chłodu. Śmiałam się tak, jak dawno się nie śmiałam. Po zajęciach zaproponował grzane wino w schronisku.
— Na rozgrzewkę. I dla odwagi, bo jutro spróbujemy skrętu — powiedział.
Wino parowało w dłoniach, gdy siedzieliśmy przy drewnianym stole. Tomek mówił o górach, o tym, że latem prowadzi spływy kajakowe. Był tak daleko od wszystkiego, co znałam. Nie miał planów na pięć lat. Nie miał maila z pracy co dziesięć minut. Był… wolny.
— A ty? — zapytał. — Co cię tu przywiało?
Zawahałam się.
— Przyjaciółka ma problemy w związku. Powiedziała, że musi się przewietrzyć. To jej pomysł. Ja tylko... pojechałam w ślad za nią.
— Mądra ta twoja przyjaciółka.
Znowu się uśmiechnęłam. I znowu poczułam coś, czego nie czułam od lat.
Spojrzałam na niego
Zasnęłam z bólem mięśni, ale z głową lżejszą niż od miesięcy. Było coś oczyszczającego w tym śniegu, upadkach, w śmiechu Tomka, który brzmiał wciąż w mojej głowie. Koło dwudziestej drugiej ktoś zapukał do drzwi pensjonatu. Gospodyni zawołała mnie z dołu:
— Pani Natalio! Ktoś do pani!
Zeszłam w kapciach i bluzie. Przed wejściem stał Tomek, otulony szalikiem, z zadziornym uśmiechem.
— Wiem, że to może dziwne… ale nie mogłem zasnąć. Chciałem cię zobaczyć. Tylko tyle.
Serce zrobiło mi trzy salta. Mogłam powiedzieć: „Dziękuję, ale nie”. Mogłam. Ale nie zrobiłam tego.
— Daj mi pięć minut.
Założyłam czapkę i wyszliśmy. Śnieg prószył lekko, cicho. Szliśmy obok siebie bez słów. Potem on złapał mnie za rękę, a ja się nie cofnęłam.
— Wiem, że to głupie, Natalia — powiedział, zatrzymując się. — Ale czuję, że coś tu iskrzy. I nawet jeśli to ma potrwać tylko chwilę… nie chcę tego przegapić.
Spojrzałam na niego. I po raz pierwszy od lat ktoś patrzył na mnie tak, jakbym naprawdę istniała.
— Nie wiem, czego chcę. Ale wiem, że chcę być teraz tutaj.
Pocałunek był ciepły. Prawdziwy. Po prostu się wydarzył. Noc spędziliśmy razem. Bez wielkich słów. Był śmiech, ciepło skóry, jego oddech na moim karku. I cichy szept, kiedy zasypiałam:
— Dobrze, że cię znalazłem.
Nie czułam się już martwa. I to było najbardziej przerażające.
Zdradziłam go wcześniej
Obudziłam się pierwsza. Leżał obok, z potarganymi włosami, oddychał spokojnie. Przez chwilę mogłam udawać, że nie mam męża, dziecka, życia w Warszawie, które mnie czeka z otwartą lodówką i rachunkami na blacie. Ale telefon leżał obok. 5 nieodebranych od Kingi. Wiadomość od Marka: „Ola pyta, kiedy wrócisz”. Zasunęłam się pod kołdrę i zamknęłam oczy.
— Hej — usłyszałam cichy głos Tomka. — Uciekasz?
— Myślę — odpowiedziałam.
— O czym?
— O tym, że to nie powinno się wydarzyć.
Uśmiechnął się lekko, bez złości.
— Ale się wydarzyło.
Milczeliśmy. Potem usiadł i podał mi bluzę.
— Spotkajmy się dziś wieczorem. Tylko się przejdziemy. Pogadamy. Nie chcę cię tracić, ale nie będę naciskał. Okej?
Pokiwałam głową, a potem wróciłam do pensjonatu i zamknęłam się w pokoju. Zadzwoniłam do Kingi.
— Zrobiłaś to? — zapytała bez ceregieli.
— Tak — powiedziałam. — I nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać.
— A chcesz odejść od Marka?
— Nie wiem nawet, czy jeszcze z nim jestem. Czy tylko mieszkamy razem.
Po rozmowie leżałam długo bez ruchu. Myślałam o tym, że nie zdradziłam Marka ciałem. Zdradziłam go wcześniej — w sercu, kiedy przestałam czekać, aż mnie zauważy. Wieczorem spotkałam się z Tomkiem. Szliśmy w milczeniu.
— Nie będę cię zatrzymywał — powiedział. — Ale daj znać, że byłaś. I że coś czułaś.
— Czułam — szepnęłam. — I chyba pierwszy raz od dawna... czułam, że jestem jeszcze kimś więcej niż matką i żoną.
Bałam się, co będzie dalej
Wróciłam do Warszawy w niedzielę wieczorem. Marek odebrał mnie z dworca. Nie zapytał, jak było. Nie spojrzał nawet dłużej. Ola spała już w foteliku. W domu panowała cisza. Z kuchni pachniało bigosem. Postawiłam torbę i zdjęłam buty.
— Dobrze się bawiłaś? — zapytał, nie patrząc.
— Zimno było. I... trochę dziwnie.
Usiadłam przy stole. On nalał sobie herbaty. W końcu nie wytrzymałam.
— Marek… chciałeś kiedyś wiedzieć, czy jeszcze coś do siebie czujemy.
— No.
— A ty? Czujesz coś jeszcze?
Zastanowił się długo. Za długo.
— Nie wiem. Chyba przyzwyczajenie. Spokój.
— Ja nie chcę już żyć w spokoju, który mnie dusi.
Spojrzał na mnie, ale bez emocji.
— Znalazłaś sobie kogoś?
Zapadła cisza.
— To nie ma znaczenia — mruknęłam. — Już dawno cię straciłam.
Westchnął, odchylił się na krześle.
— I co teraz?
— Chyba chcę odejść. Nie dzisiaj. Ale... zacząć.
— Dla faceta z gór?
— Dla siebie.
Nie powiedział nic więcej. Tylko wstał, zabrał herbatę i zamknął się w sypialni. W pokoju Oli zapaliłam lampkę nocną. Usiadłam obok jej łóżka i głaskałam ją po włosach. Spała spokojnie, z ulubionym misiem pod policzkiem. Bałam się, co będzie dalej. Ale bardziej bałam się, że nic się nie zmieni. Tego bałam się przez całe życie.
Natalia, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Z 3 kobietami doczekałem się 4 dzieci. Przez młodzieńcze wygłupy dziś połowę wypłaty wydaję na alimenty”
- „Na walentynki zaplanowałam kolację przy świecach. Po tym, co zafundował mi mąż, poczułam, że tracę grunt pod nogami”
- „Mąż planował wyjazd z kolegami na Mazury, chociaż ledwo wiążemy koniec z końcem. To była przykrywka”

