Reklama

Kiedy moja córka powiedziała, że powinnam wyjechać do sanatorium, brzmiało to, jak troska. Dopiero później zrozumiałam, że to była moja szansa. Gdy wróciłam odmieniona, w jej oczach przestałam być matką. Stałam się kobietą, która ośmieliła się zakochać w nieodpowiednim momencie.

Nie rozumiała mnie

Tamten wieczór pamiętam w najmniejszych szczegółach. Tydzień po moim powrocie z sanatorium siedziałyśmy przy kuchennym stole, a para z herbaty unosiła się między nami jak zasłona. Marta trzymała w dłoni mój telefon. Nawet nie zapytała, czy może go wziąć.

– Mamo… co to jest? – zapytała cicho, ale w jej głosie słyszałam napięcie.

Nie musiałam patrzeć na ekran. Wiedziałam, że trafiła na wiadomości od Andrzeja.

– To tylko rozmowy – odpowiedziałam, próbując zachować spokój.

– „Tęsknię za wczorajszym spacerem”? „Nie mogę przestać o tobie myśleć”? – czytała na głos. – Naprawdę chcesz mi powiedzieć, że to tylko rozmowy?

Zamilkłam. Miałam pięćdziesiąt osiem lat, byłam wdową od ośmiu. Przez większość czasu byłam dla niej po prostu mamą: odbierałam wnuczkę z przedszkola, gotowałam rosół na niedzielę, słuchałam jej narzekań na pracę. Aż nagle odważyłam się pomyśleć o sobie.

– Mam prawo do własnego życia – powiedziałam w końcu.

Marta spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła obcą osobę.

– A tata? – zapytała ostro. – Naprawdę tak szybko o nim zapomniałaś?

Te słowa zabolały. Jak można zapomnieć kogoś, z kim przeżyło się trzydzieści lat? Każdy kąt w mieszkaniu wciąż przypominał mi o Pawle.

– Nie zapomniałam – odpowiedziałam spokojniej. – Po prostu nie chcę już być sama.

To jest żałosne – rzuciła, odsuwając telefon. – W twoim wieku takie romanse?

To brzmiało jak oskarżenie

Jakby uczucia miały datę ważności.

– Poznałam kogoś, kto mnie słucha – wyjaśniłam. – Kto pyta, jak się czuję. To coś złego?

– Złego? – zaśmiała się krótko. – Myślisz tylko o sobie. A ja? A wnuczka? Co ludzie powiedzą?

To ostatnie zabolało najmocniej. Nie chodziło jej o mnie. Chodziło o opinię innych. Następnego dnia przyszła z gotową decyzją.

– Znalazłam dla ciebie świetny ośrodek nad morzem. Zmiana otoczenia dobrze ci zrobi – oznajmiła. – Potrzebujesz czasu, żeby przemyśleć swoje zachowanie – odparła chłodno. – Odpoczniesz, ochłoniesz. Może zrozumiesz, że to nie jest odpowiednie.

Patrzyłam na nią i widziałam nie córkę, lecz surowego sędziego. Czy naprawdę zawiodłam jako matka?

– A jeśli nie zrozumiem? – zapytałam cicho.

– To będę musiała przemyśleć, czy chcę, żebyś miała taki wpływ na moje dziecko – odpowiedziała.

To był cios poniżej pasa. Wiedziała, że wnuczka jest dla mnie całym światem. Zgodziłam się dla świętego spokoju. Wyjazd zaplanowano na początek maja. Andrzej dowiedział się ostatni.

Jedziesz, bo ona tak chce? – zapytał z niedowierzaniem, kiedy spacerowaliśmy po parku.

– Chcę, żeby miała czas ochłonąć – skłamałam.

– A ty? – zatrzymał się i spojrzał mi w oczy. – Ty czego chcesz?

Nie potrafiłam odpowiedzieć. Po raz pierwszy od dawna nie byłam pewna, czy mam odwagę zawalczyć o siebie.

Przestałam czuć się winna

Do pensjonatu przyjechałam w chłodny, wietrzny poranek. Morze było stalowe, ciężkie, a fale uderzały o brzeg z uporem, jakby chciały coś udowodnić. Pomyślałam, że pasuje do mojego nastroju. Pokój był niewielki, ale czysty. Na stoliku stał wazon z plastikowymi kwiatami, które wyglądały tak samo sztucznie, jak mój uśmiech, gdy dzwoniłam do Marty.

Dojechałam bez problemu – powiedziałam do słuchawki.

– To dobrze – odpowiedziała krótko. – Odpoczywaj.

Ani jednego pytania o to, jak się czuję. Ani słowa o tym, czy tęskni. Rozmowa zakończyła się szybciej, niż zdążyłam odłożyć walizkę. Pierwsze dni wypełniały spacery po promenadzie i milczenie. W stołówce siedziałam przy stole z dwiema kobietami w moim wieku. Jedna z nich, Irena, miała w oczach błysk, który od razu zwrócił moją uwagę.

– Pierwszy raz sama? – zapytała, mieszając herbatę.

– Tak – przyznałam.

– Ja przyjeżdżam tu co roku. Tu człowiek może wreszcie pomyśleć o sobie.

Uśmiechnęłam się blado.

– Moja córka uważa, że powinnam tu przemyśleć swoje zachowanie.

Irena uniosła brwi.

– A co takiego zrobiłaś?

Zawahałam się, ale w końcu powiedziałam prawdę.

Zakochałam się.

Spodziewałam się potępienia. Zamiast tego Irena roześmiała się cicho.

– I za to zesłali cię nad morze? – pokręciła głową. – Świat stanął na głowie.

– Według niej to nie przystoi – wyjaśniłam. – Jestem babcią. Powinnam skupić się na rodzinie.

– A ty nie jesteś rodziną dla samej siebie? – zapytała poważniej.

To pytanie wracało do mnie przez kolejne dni. Spacerowałam brzegiem morza i rozmyślałam. Czy rzeczywiście byłam egoistką? Czy powinnam była zostać w cieniu wspomnień po mężu, by nie burzyć obrazu, jaki miała o mnie córka? Andrzej dzwonił codziennie.

– Brakuje mi naszych rozmów, wiesz?– mówił. – Powiedz mi, jak się czujesz?

– Dobrze – odpowiadałam, choć to nie była cała prawda.

Pewnego wieczoru usiadłam na ławce przy plaży. Wiatr rozwiewał mi włosy, a w oddali ktoś grał na akordeonie. Zadzwonił telefon. Numer Marty.

– Mamo… – zaczęła i po raz pierwszy usłyszałam w jej głosie wahanie. – Lena pytała dziś o ciebie.

Serce ścisnęło mi się boleśnie.

– Co jej powiedziałaś?

– Że jesteś na wakacjach.

Zapadła cisza.

Czy ty naprawdę myślisz, że zrobiłam coś złego?– odezwałam się w końcu

Westchnęła.

– Po prostu… nie spodziewałam się tego po tobie. Zawsze byłaś taka… stała. Pewna.

– A teraz? – zapytałam.

– Teraz nie wiem, kim jesteś.

Te słowa bolały bardziej niż wcześniejsze oskarżenia. Może rzeczywiście przez lata byłam tylko jedną wersją siebie – tą bezpieczną, przewidywalną.

– Jestem tą samą kobietą – powiedziałam spokojnie. – Tylko przestałam udawać, że nikogo nie potrzebuję.

Po rozmowie długo siedziałam w ciszy. Zrozumiałam, że wyjazd nie zmieni moich uczuć. Nie sprawi, że przestanę tęsknić za Andrzejem ani że przestanę chcieć bliskości. Zmienił jednak coś innego – po raz pierwszy od dawna zaczęłam myśleć o sobie bez poczucia winy. Kilka dni później Marta zadzwoniła ponownie.

– Mamo, możemy porozmawiać? – zapytała.

W jej głosie było coś, czego wcześniej nie słyszałam. Nie surowość. Nie osąd. Raczej niepewność. Czułam, że zbliża się moment, w którym któraś z nas będzie musiała ustąpić. Albo ja zrezygnuję z Andrzeja, by odzyskać spokój w rodzinie, albo postawię granicę, ryzykując utratę córki.

Byłam roztrzęsiona

– Myślałam o tym, co powiedziałaś – zaczęła bez wstępów. – O tym, że przestałaś udawać.

Usiadłam na łóżku i ścisnęłam telefon w dłoni.

– I do czego doszłaś? – zapytałam spokojnie.

– Do tego, że boję się zmian – odpowiedziała po chwili ciszy. – Tata był stałym punktem naszego życia. Ty też. A teraz mam wrażenie, że wszystko się zmienia.

Te słowa były inne niż wcześniejsze oskarżenia. Wreszcie nie chodziło o „co ludzie powiedzą”, tylko o jej lęk.

– Marto, ja nie znikam – powiedziałam łagodnie. – Nie przestaję być twoją mamą ani babcią Leny. Chcę, żeby obok tego było jeszcze coś mojego.

– A jeśli on cię zrani? – zapytała nagle.

– To będzie moje doświadczenie – odpowiedziałam. – Tak jak twoje decyzje są twoje.

W słuchawce zapadła długa cisza.

– Chcę go poznać – powiedziała w końcu. – Jeśli to coś poważnego… chcę zobaczyć, kim jest człowiek, dla którego tak bardzo się zmieniłaś.

Po powrocie z sanatorium umówiłam obiad u siebie. Byłam roztrzęsiona jak przed egzaminem. Andrzej przyszedł wcześniej.

Denerwujesz się? – zapytał, pomagając mi nakrywać do stołu.

– Bardziej niż na naszej pierwszej kawie z tobą – przyznałam.

Gdy Marta weszła z Leną, w powietrzu czuło się napięcie. Wnuczka pierwsza rzuciła mi się na szyję.

Babciu, tęskniłam! – zawołała.

Marta stała w drzwiach, przyglądając się Andrzejowi. Podeszłam do niej.

To jest Andrzej – powiedziałam spokojnie.

– Dzień dobry – odezwał się, wyciągając rękę. – Dużo o pani słyszałem.

Obiad nie był łatwy

Pytania Marty były konkretne, czasem chłodne.

– Od kiedy się znacie?

– Od roku – odpowiedział Andrzej bez wahania.

– I jakie ma pan plany wobec mojej mamy?

Spojrzał na mnie, a potem na nią.

– Takie, jakie ona będzie chciała mieć wobec mnie. Niczego nie narzucam.

To zdanie zmieniło ton spotkania. Marta zamilkła, jakby analizowała każde słowo. Lena opowiadała o przedszkolu, a ja patrzyłam na tę scenę z bijącym sercem. Po obiedzie Marta została chwilę dłużej.

Nie wiem, czy jestem na to gotowa – powiedziała cicho, kiedy Andrzej wyszedł z Leną do parku. – Ale widzę, że jesteś przy nim… spokojniejsza.

– Bo nie udaję – odpowiedziałam.

Spojrzała na mnie inaczej niż tamtego wieczoru przy kuchennym stole.

Przepraszam, że kazałam ci wyjechać – powiedziała w końcu.

Podeszłam do niej i objęłam ją. Tym razem nie było w tym napięcia.

– Nie musisz rozumieć wszystkiego od razu – powiedziałam. – Wystarczy, że spróbujesz zaakceptować.

Nie stałyśmy się nagle idealną rodziną. Marta wciąż potrzebowała czasu. Ja też uczyłam się mówić o swoich potrzebach bez poczucia winy. Jednak z niepalowanego urlopu wróciłam nie jako oskarżona, tylko jako kobieta, która postawiła granicę. Nie zrezygnowałam z Andrzeja. I nie straciłam córki.

Elżbieta, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama