Reklama

Zawsze byłam zdania, że jak się dobrze poszuka, to i za grosze można znaleźć perełki. Mam swoje ulubione miejsca – lumpeksy, do których zaglądam regularnie. Uwielbiam to uczucie, kiedy upoluję coś, co jest nie tylko ładne, ale jeszcze i markowe. Dla siebie szukam rzadziej, głównie dla wnuczki – bo przecież dzieci tak szybko rosną, że szkoda pieniędzy na nowe rzeczy, skoro można mieć śliczne, prawie jak nowe, za ułamek ceny. I właśnie w jednym z takich moich ulubionych miejsc zobaczyłam ją – kurteczkę, która dosłownie krzyczała do mnie z wieszaka. Miękka, różowa, z takim uroczym misiem na kapturze. Widziałam oczami wyobraźni moją wnusię idącą w niej do przedszkola i słyszałam te „ochy” i „achy” innych mam. Jeszcze nie wiedziałam, że ten zachwyt nie wszystkim przypadnie do gustu. Bo jak zwykle – ktoś musiał się odezwać.

Zepsuła mi humor

Wróciłam do domu cała w skowronkach. Ledwo zdążyłam ściągnąć buty, już wołałam syna:

– Mariusz! Zobacz, co mam dla naszej kruszynki!

– Mamo, nie krzycz, młoda zasypia – odezwał się z kuchni, wycierając ręce w ścierkę.

– Musisz to zobaczyć! – nie wytrzymałam i sama wlazłam do kuchni, rozkładając kurteczkę na stole. – No powiedz, że śliczna?

Syn spojrzał, uniósł brwi.

– No, nawet… Ładna. Miękka taka. Ile dałaś?

– Dziesięć złotych! Dziesięć! A wygląda jak nowa!

– No to ekstra… – wymamrotał i w tym momencie do kuchni weszła synowa.

Co to za różowy kicz? – skrzywiła się, patrząc na kurteczkę jak na coś podejrzanego. – Mamo, przecież mała ma już kurtkę.

– Ma, ale jak jedn się zmoczy albo ubrudzi, to będzie miała na zmianę. A poza tym dzieci lubią mieć różne rzeczy – odpowiedziałam spokojnie, choć mi już ciśnienie skoczyło.

– Nie wiem… Takie rzeczy z lumpeksu... Nie wiadomo, kto to nosił – dodała, jakby mówiła o zakażonym bandażu, a nie o ślicznej, wypranej kurteczce.

– Dobrze wypiorę w płynie hipoalergicznym, żebyś się nie czepiała – mruknęłam pod nosem, tak, żeby tylko Mariusz usłyszał.

Syn spojrzał na mnie z miną: „Proszę cię, nie zaczynaj”. No ale jak tu nie zacząć?

Byłam oburzona

– Kochanie – zwróciła się synowa do Mariusza tonem, który w jej ustach zawsze zapowiadał dramat klasy średniej – przecież umówiliśmy się, że dziecku kupujemy tylko nowe rzeczy.

– Nie przypominam sobie żadnej umowy – wtrąciłam się od razu. – A poza tym to nie jest prezent od was, tylko ode mnie. Niespodzianka dla wnusi.

– No właśnie – burknęła. – Niespodzianka. A potem dzieci przychodzą z przedszkola i pytają, czemu ona nie ma takich samych rzeczy jak inne. Nie chcę, żeby się czuła gorsza.

– Gorsza? Bo co, bo nosi ładną kurteczkę z second-handu, zamiast takiej z logo za pięćset złotych? Nie rozśmieszaj mnie. Jak się dziecko czuje kochane, to ma gdzieś, ile kosztowała kurtka.

– To nie jest kwestia ceny, tylko standardu. I estetyki.

– Estetyki?! – parsknęłam. – Dziesięć lat temu sama nosiłaś ciuchy po swojej kuzynce i nikt wtedy nie mówił o „estetyce”. Teraz nagle wielka hrabina się zrobiła.

– Mamo… – wtrącił się Mariusz cicho. – Proszę, dajmy już spokój. Kurteczka jak kurteczka i jak się małej spodoba, to będzie nosić. Jak nie – no to nie.

– Oczywiście, wnusia zadecyduje – pokiwałam głową, patrząc w stronę synowej. – Bo ona to jeszcze dziecko, a nie influencerka.

Synowa westchnęła ciężko.

– Dobrze. Tylko żeby się nie okazało, że inne matki się z niej śmieją.

– To wtedy im powiem, żeby się douczyły, że nie każda perełka musi być z butiku.

Zrobiłam jej przyjemność

Na drugi dzień poszłam do nich w porze, kiedy wnusia zwykle wracała z przedszkola. W torbie miałam wypraną i pachnącą kurteczkę.

– No chodź do babci, skarbie! – zawołałam, gdy tylko drzwi się otworzyły. – Mam dla ciebie coś ślicznego!

Mała podbiegła w podskokach.

– Co to? – zapytała, szarpiąc za reklamówkę.

– Zobacz, jaka piękna kurteczka! Z misiem na kapturze! – rozłożyłam ją przed nią. – Tylko dla ciebie, moja śliczna!

Oczy jej się zaświeciły.

– Babciu! Ona jest różowa! I ma uszka! Mogę ją założyć?

– No pewnie, że możesz! – zaśmiałam się, a serce mi zmiękło, gdy zaczęła się nią owijać. – Jak księżniczka z bajki!

I wtedy, oczywiście, weszła synowa.

– Co to za zamieszanie? – spojrzała najpierw na mnie, potem na dziecko, które już w kurtce biegało po przedpokoju i krzyczało „Jestem misiem!”.

– Przyniosłam jej, no przecież mówiłam. I chyba się podoba, prawda, słoneczko?

– Tak! Mogę w niej jutro iść do przedszkola?

Synowa przez chwilę nic nie powiedziała, tylko patrzyła jak mała kreci się przed lustrem.

– No dobrze – powiedziała w końcu, jakby przełykała żabę.

– Spokojnie, przecież to tylko dziecko, nie modelka na wybiegu – odpowiedziałam z przekąsem.

Pękałam z dumy

Mała poszła do przedszkola w nowej kurteczce. Mariusz przysłał mi fotkę, jak wychodziła z placówki – cała w uśmiechach, zapięta pod samą szyję. Kapturek z misiem na głowie, a w ręce rysunek. Od razu zadzwoniłam.

– No i co, jak było?

– Babciu, pani powiedziała, że jestem najładniejszym misiem na świecie! – zakrzyczała mi do słuchawki.

– A dzieciaki coś mówiły? – zapytałam z ciekawością.

– Że chcą też takie uszy!

Uśmiechnęłam się pod nosem. Czyli jednak nie obciach, jak wieszczyła matka. Wieczorem przyszłam do syna z sernikiem.

– No i co? – rzuciłam do syna. – Mówiłam, że będzie hit?

– No... Tak, miała chyba z dziesięć pytań, skąd ma tę kurtkę – przyznał z uśmiechem.

– A widzisz. Tylko twoja żona nie była zadowolona.

Synowa akurat weszła do kuchni.

– Słyszałam. I nie jestem „twoja żona”, tylko Ewa. A ja po prostu uważam, że dziecko powinno wyglądać porządnie. To nie znaczy, że kurtka jest brzydka.

– Czyli że jednak ładna?

– Ładna, tylko... no... szkoda, że nie nowa.

– Szkoda to trzymać dumę tam, gdzie powinna być wdzięczność – odpowiedziałam spokojnie. – Bo moja emerytura nie jest z gumy, a mała miała dziś dzień jak z reklamy.

Ewa zamilkła. A ja nałożyłam sobie sernik i nalałam herbaty.

Parsknęłam śmiechem

Dwa dni później zadzwoniła do mnie pani z przedszkola. Zamarłam na chwilę – bo niby czemu miałaby dzwonić?

– Dzień dobry, tu wychowawczyni z grupy „Motylki”. Dzwonię, bo chciałam zapytać, skąd ta różowa kurteczka z misiem?

– Coś nie tak? – od razu się spięłam.

– Nie, wręcz przeciwnie! Mamy kilka mam, które pytają, gdzie można taką kupić. Myślałam, że może to jakiś butik online?

Parsknęłam śmiechem.

– Nie, proszę pani, lumpeks na rogu. Wyhaczyłam ją za dychę w środę.

– Naprawdę? To szczęściara z pani!

Rozłączyłam się i jeszcze przez chwilę siedziałam z telefonem w ręku. A potem nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do Mariusza.

– Synu, daj mi Ewę do telefonu.

– Teraz?

– Teraz.

Po chwili usłyszałam jej chłodny głos.

– Słucham?

– Wiesz, dzwoniła pani z przedszkola. Mamy chcą wiedzieć, skąd ta „obciachowa” kurteczka, co ją niby miały dzieci wyśmiać.

– Serio? – mruknęła.

– Serio. Może powinnaś napisać post na grupie dla rodziców: „Jak wystroić dziecko za dychę i wzbudzić zazdrość?” – rzuciłam złośliwie, ale z uśmiechem.

– No dobrze, masz rację. Przepraszam, że się tak czepiałam – powiedziała w końcu cicho. – I dzięki za kurtkę. Mała ją kocha.

– Mówiłam, że babcia wie, co dobre. I jeszcze jedno, Ewuniu… Czasem warto mniej oceniać, a więcej się cieszyć. Dziecko to nie wieszak na twoje ambicje, tylko człowiek, który potrzebuje ciepła. I tego z kurtki, i tego od bliskich.

Po drugiej stronie zaległa cisza. A ja wiedziałam, że tym razem trafiłam tam, gdzie trzeba.

Czułam się doceniona

W sobotę zaprosili mnie na obiad. Kiedy przyszłam, wnusia już czekała w przedpokoju, oczywiście w swojej różowej kurtce.

– Babciu, patrz! – krzyknęła. – Założyłam ją dzisiaj, nawet jak nie było zimno! Bo wszyscy pytają, gdzie taką kupić!

– I co mówisz? – zapytałam, zdejmując płaszcz.

– Że babcia przynosi najlepsze niespodzianki! – odpowiedziała dumnie.

Z kuchni wyjrzała synowa. Już nie z uniesioną brwią, ale z dwoma kubkami herbaty w rękach.

– Usiądź, mamo. Zrobiłam ci herbatę z imbirem i miodem. I… upiekłam ciasto. Z przepisu, który mi kiedyś dałaś.

Czy ty próbujesz mnie przekupić? – zażartowałam, siadając.

– Raczej przeprosić – powiedziała poważnie. – Wiem, że potrafisz się wkurzyć, ale… wiem też, że robisz wszystko z serca. I za to ci dziękuję.

Spojrzałyśmy na siebie i przez chwilę zrobiło się jakoś cicho. Potem wnusia wpadła między nas, wrzeszcząc, że zgubiła kredkę. Zaśmiałyśmy się obie. I tak to się skończyło: jedna babcia, jedna kurteczka, jedno małe pojednanie. Może i kurteczka z drugiej ręki – ale przecież czasem rzeczy z drugiej ręki mają największą wartość.

Jadwiga, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama