Reklama

Wszyscy marzymy o tym jednym momencie: sześć skreślonych liczb, które zmienią wszystko. Ja nie tylko o tym marzyłem — ja to przeżyłem. Kiedy na moim koncie pojawiła się suma z ośmioma zerami, czułem się jak bóg. Rzuciłem papierami u szefa, którego nienawidziłem każdą komórką ciała, i byłem pewien, że od teraz moje życie będzie pasmem niekończącej się euforii. Nie wiedziałem jeszcze, że wolność ma smak, który po pewnym czasie zaczyna przypominać popiół. To nie jest historia o bogactwie. To opowieść o tym, jak straciłem siebie, mając wszystko.

Myślałem, że to błąd systemu

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj, chociaż minęło już ponad czternaście miesięcy. Był listopad — ten najgorszy, polski listopad: szary, mokry i beznadziejny. Budzik w moim telefonie zadzwonił o 6:30. Melodia Radar z iPhone'a, ten cholerny, pulsujący dźwięk, który wywołuje u mnie odruch wymiotny do dziś. Leżałem w łóżku, patrząc na zaciek na suficie, którego nie chciało mi się zamalować od dwóch lat. Obok mnie spała Ania, cicho pochrapując.

Wstałem, czując ten znajomy ciężar w żołądku. To był stres. Skumulowany stres pięciu lat pracy w korporacji logistycznej, gdzie byłem Senior Key Account Managerem. Brzmi dumnie? Ani trochę. Byłem po prostu chłopcem do bicia dla zarządu i niańką dla klientów, którzy dzwonili o 22:00, żeby wrzeszczeć, że ich palety z towarem utknęły gdzieś pod Hamburgiem. Mój szef, Darek, był typem człowieka, który czerpie sadystyczną przyjemność z mikro-zarządzania. Poprzedniego dnia, tuż przed wyjściem, zrzucił mi na biurko raport do poprawy.

— Na wczoraj, Kamil. Na wczoraj — rzucił, żując gumę z otwartymi ustami.

Nienawidziłem go. Nienawidziłem tej wykładziny w biurze, smaku kawy z automatu i fałszywych uśmiechów w windzie. Tamtego poranka, siedząc na sofie, odruchowo włączyłem aplikację bankową, a potem Lotto. Kupiłem zakład online dwa dni wcześniej, na chybił trafił, w akcie desperacji po wyjątkowo podłej rozmowie rocznej. Ekran zaświecił się na zielono. Jeden, dwa, trzy... Musiałem przetrzeć oczy. Myślałem, że to błąd systemu. Że to jakaś wersja demonstracyjna. Ale nie.

Szesnaście milionów złotych. Z groszami. Siedziałem na sofie w wynajmowanym mieszkaniu na warszawskiej Woli i trząsłem się tak bardzo, że telefon wypadł mi z rąk na dywan. Nie krzyczałem. Nie płakałem. Poczułem nagle, jak całe powietrze schodzi ze mnie jak z przebitego balonu. A potem przyszła pierwsza myśl. Nie o podróżach, nie o samochodach. Pomyślałem o Darku.

Zacząłem się śmiać

Nie powiedziałem Ani. Jeszcze nie. Musiałem to zrobić sam. Ubrałem się w ten sam garnitur co zwykle, ale czułem się inaczej. Jakbym miał na sobie zbroję z vibranium. Wszedłem do biurowca, odbiłem kartę, a dźwięk bramki brzmiał dla mnie jak fanfary. Wjechałem na siódme piętro. Była 8:05. Darek stał już przy ekspresie, opowiadając głośno o swoim nowym leasingowanym Audi.

— O, pan Kamil — rzucił z tą swoją wyższością. — Raport gotowy? Bo prezes pytał.

Spojrzałem na niego. Pierwszy raz od pięciu lat spojrzałem na niego nie jak podwładny, ale jak ktoś, kto mógłby kupić całą tę firmę i zamienić ją w parking, gdyby miał taki kaprys.

— Nie, Darek. Raport nie jest gotowy — powiedziałem spokojnie.

Zapadła cisza. Kasia z kadr przestała mieszać herbatę. Darek zmrużył oczy.

— Słucham? Co ty powiedziałeś?

— Powiedziałem, że raportu nie ma i nie będzie. Przynajmniej nie mojego autorstwa.

Podszedłem do swojego biurka. Wyjąłem z szuflady zdjęcie Ani i kubek, który dostałem od niej na walentynki. Tylko to. Resztę zostawiłem.

— Kamil, co ty odwalasz? Chcesz dyscyplinarkę? — Darek poczerwieniał na twarzy.

Odwróciłem się do niego z najszczerszym uśmiechem, na jaki było mnie stać.

— Możesz mi dać dyscyplinarkę, Darek. Możesz mnie nawet pozwać. Ale prawda jest taka, że właśnie przestałem pracować. Definitywnie.

Rzuciłem identyfikator na jego idealnie wypolerowane buty.

— Powodzenia z logistyką pod Hamburgiem — dodałem i wyszedłem.

W windzie zacząłem się śmiać. Śmiałem się tak głośno i histerycznie, że ludzie na parterze patrzyli na mnie jak na wariata. Ale ja byłem wolny. Byłem po prostu wolny.

Każdy dzień był sobotą

Pierwsze trzy miesiące były jak sen. Ania na wieść o wygranej zemdlała — dosłownie osunęła się na podłogę w kuchni. Kiedy ją ocuciłem, płakaliśmy oboje, pijąc tanie wino, bo nie zdążyliśmy jeszcze kupić drogiego. Ustaliliśmy zasady: spłacamy długi rodziców, kupujemy mieszkanie (penthouse, a co!), a resztę inwestujemy. Ale najpierw żyjemy. Rzuciliśmy wszystko. Ania pracowała w szkole językowej, lubiła tę pracę, ale wizja nieograniczonych wakacji była silniejsza. Polecieliśmy na Malediwy, potem do Japonii, a stamtąd do Nowej Zelandii.

Pamiętam moment, gdy leżeliśmy na prywatnej plaży na jakiejś wyspie, której nazwy nawet nie pamiętam. Kelner przyniósł nam drinki w kokosach. Spojrzałem na telefon. Był wtorek, 11:00 rano czasu polskiego. W mojej starej firmie trwał właśnie statusowy call, na którym Darek pewnie darł się o cyfry. A ja patrzyłem na turkusową wodę i czułem absolutne szczęście.

Kupowałem rzeczy, których nie potrzebowałem. Zegarek za 50 tysięcy? Proszę bardzo. Nowy samochód sportowy, mimo że w Warszawie stoi się głównie w korkach? Biorę dwa. Czułem się niezniszczalny. Każdy dzień był sobotą. Nie było poniedziałków, nie było Sunday Scaries. Budziłem się, kiedy chciałem, jadłem, co chciałem. Byłem przekonany, że tak wygląda raj. Że właśnie przeszedłem grę zwaną życiem.

Czułem się urażony

Problemy zaczęły się niewinnie, w okolicach piątego miesiąca. Wróciliśmy do Polski, bo ileż można mieszkać w hotelach. Wprowadziliśmy się do naszego nowego, 140-metrowego apartamentu na Mokotowie. Ania zaczęła przebąkiwać o powrocie do czegoś konstruktywnego.

— Kamil, może otworzę własną szkołę? — zapytała pewnego wieczoru przy kolacji, którą przywiózł catering dietetyczny.

— Po co? — zdziwiłem się, nalewając sobie kolejną lampkę wina. — Mamy kasę. Nie musisz pracować do końca życia.

— Ale ja chcę — powiedziała cicho. — Brakuje mi ludzi. Brakuje mi... celu.

Wzruszyłem ramionami. Dla mnie celem było nadrabianie zaległości na Netflixie i przechodzenie gier na konsoli, na które nigdy nie miałem czasu. Ania zaczęła działać. Wynajęła lokal, zatrudniła lektorów. Wychodziła z domu o 9:00, wracała o 17:00, zmęczona, ale z błyskiem w oku. A ja? Ja zostawałem sam. W wielkim, pustym apartamencie. Początkowo zapraszałem kumpli. Ale oni pracowali. Mogli wpaść w piątek wieczorem, ewentualnie w sobotę. W tygodniu o 13:00 nikt nie miał czasu na piwo czy partyjkę squasha.

— Stary, ja mam kredyt i szefa nad głową, nie mogę się urwać — słyszałem w słuchawce, gdy dzwoniłem do Michała, mojego przyjaciela ze studiów.

Czułem się urażony. Przecież mogłem im postawić wszystko. Ale im nie chodziło o pieniądze. Im chodziło o czas. Zacząłem zauważać dziwne rzeczy u siebie. Przestałem się golić regularnie. Po co, skoro nigdzie nie idę? — myślałem. Prysznic o 14:00 stał się normą. Śniadanie jadłem o 12:00, a obiad o 18:00. Mój cykl dobowy zaczął się przesuwać. Siedziałem do 4 rano, grając w sieci w Call of Duty z nastolatkami z USA, a potem spałem do południa.

Pokłóciliśmy się

Ósmy miesiąc to był początek równi pochyłej. Ania odnosiła sukcesy. Wracała do domu pełna energii, opowiadała o trudnych uczniach, o awarii drukarki, o sukcesach w rekrutacji. Ja nie miałem o czym opowiadać.

— Co robiłeś dzisiaj? — pytała przy kolacji.

— A wiesz, byłem na siłowni. Potem czytałem artykuły o inwestowaniu w złoto. Obejrzałem dwa sezony The Office — kłamałem, bo na siłowni nie byłem od miesiąca, a artykułów nie czytałem, tylko scrollowałem social media.

Czułem zazdrość. Zazdrościłem jej... problemów. Zazdrościłem jej tego, że ktoś czegoś od niej wymagał. Że była komuś potrzebna. Mnie potrzebował tylko mój brat, Piotrek. To osobny, gorzki wątek. Piotrek, który nigdy nie miał smykałki do interesów, nagle uznał mnie za swojego anioła biznesu.

— Słuchaj, Kamil, jest temat. Farma fotowoltaiczna pod Radomiem. Pewniak. Potrzebuję tylko 300 tysięcy na start — mówił, siedząc na mojej włoskiej kanapie i brudząc ją okruchami z chipsów.

Dałem mu te pieniądze. Dla świętego spokoju. I dlatego, że chciałem poczuć się ważny. Jak inwestor. Dwa miesiące później okazało się, że wspólnik Piotrka zniknął z kasą, a farma to ugór bez pozwoleń. Pokłóciliśmy się. Wykrzyczał mi, że zmieniłem się, że pieniądze uderzyły mi do głowy i że jestem sknerą, mimo że właśnie straciłem przez niego równowartość kawalerki. Zostałem sam w wielkim mieszkaniu, z bratem, który nie odbierał telefonu, i żoną, która żyła w innym świecie.

Wszyscy szli do przodu

Punkt kulminacyjny nastąpił w rocznicę mojego odejścia z pracy. Był wtorek. Obudziłem się o 11:30. Ania wyszła dawno temu, zostawiając kartkę: Będę późno, mam radę pedagogiczną. Kocham Cię.

Wstałem. Głowa mnie bolała, chociaż poprzedniego dnia wypiłem tylko pół butelki whisky. Tylko? Kiedyś to było nie do pomyślenia w poniedziałek. Snułem się po mieszkaniu w bokserkach. Za oknem, na 12. piętrze, widziałem panoramę miasta. Biurowce tętniły życiem. Tysiące ludzi siedziało teraz przy biurkach, przeklinało szefów, piło kawę, plotkowało. Byli częścią czegoś. Byli trybikami w maszynie, jasne, ale maszyna działała. Ja byłem trybikiem leżącym na stole obok. Błyszczącym, złotym, ale bezużytecznym.

Usiadłem na podłodze w salonie. Wokół mnie: 75-calowy telewizor, najdroższy sprzęt audio, rzeźba współczesnego artysty, którą kupiłem, bo wypada. I nagle poczułem taką pustkę, że aż zabrakło mi tchu. To nie była nuda. To była rozpacz. Brak struktury mnie zabijał. Nikt nie czekał na mój telefon. Nikt nie sprawdzał mojej obecności. Gdybym upadł teraz na ten dywan i uderzył się w głowę, znaleźliby mnie dopiero wieczorem, kiedy Ania wróciłaby z pracy. Świat beze mnie działał idealnie. Moje pieniądze nie kupiły mi znaczenia. Kupiły mi izolację.

Włączyłem laptopa. Zalogowałem się na LinkedIn. Zacząłem przeglądać profile moich dawnych kolegów. Kaśka awansowała. Marek zmienił firmę. Nawet ten cholerny Darek dostał nagrodę managera roku. Wszyscy szli do przodu. Ja stałem w miejscu. Zrozumiałem wtedy brutalną prawdę: praca, której tak nienawidziłem, dawała mi coś więcej niż pensję. Dawała mi rytm. Dawała mi wroga (Darka), co jednoczyło mnie z innymi. Dawała mi powód, żeby wstać, ubrać się i wyjść do ludzi. Dawała mi satysfakcję z piątku, bo na piątek trzeba sobie zasłużyć. Kiedy każdy dzień jest piątkiem, żaden nim nie jest.

Zatęskniłem za stresem

Ania widziała, co się dzieje.

— Kamil, musisz coś ze sobą zrobić. Marnujesz się — powiedziała pewnego wieczoru, patrząc na mnie z mieszanką litości i obrzydzenia. Miałem tłuste włosy i kilkudniowy zarost.

— Co mam robić? Mam miliony na koncie! Jestem ustawiony! — krzyknąłem, broniąc się atakiem.

— Jesteś wrakiem — odpowiedziała spokojnie. — Pieniądze cię nie zmieniły, Kamil. One tylko obnażyły to, że bez bata nad głową nie potrafisz funkcjonować. Nie masz pasji. Nie masz hobby. Miałeś tylko pracę, a teraz nie masz nic.

Te słowa bolały bardziej niż cios w twarz. Bo były prawdziwe. Wyszedłem z domu. Wsiadłem w swoje Porsche. Jeździłem bez celu po nocnej Warszawie. Zatrzymałem się pod moim starym biurowcem. Patrzyłem w górę, na siódme piętro. Światła były zgaszone, ale wiedziałem, co tam jest. Biurka, papiery, stres. Zatęskniłem za tym. Zatęskniłem za stresem. To brzmi jak szaleństwo, prawda? Ale stres informuje cię, że żyjesz. Że coś ma znaczenie. Że jest stawka. Ja nie miałem stawki. Mogłem rozbić to Porsche i kupić nowe. Mogłem spalić mieszkanie i kupić nowe. Brak konsekwencji to najgorsze więzienie.

Płakałem z bezsilności

Tydzień później spotkałem Marcina, kolegę z działu sprzedaży. Wpadliśmy na siebie w galerii handlowej. Ja szedłem kupić kolejną drogą gadżeciarską zabawkę, on biegł z kawą w papierowym kubku, w rozpiętej koszuli.

— Kamil! Kopę lat! — zawołał. Wyglądał na zmęczonego. Miał cienie pod oczami.

— Cześć, Marcin. Co tam?

— A daj spokój, młyn jak cholera. Zamykamy kwartał. Darek szaleje. Nie śpię od trzech dni. Ale wiesz co? — Uśmiechnął się. — Właśnie domknąłem kontrakt z Francuzami. Pół roku o to walczyłem. Pół roku! Ale podpisałem. Jest taka adrenalina, stary, że aż ręce mi się trzęsą. A co u ciebie? Jak życie rentiera?

Patrzyłem na niego. Był zmęczony, zestresowany, pewnie zarabiał ułamek tego, co ja miałem na koncie oszczędnościowym. Ale miał w oczach ten błysk. Błysk zwycięstwa. Błysk celu.

— Jest... spokojnie — odpowiedziałem. — Nawet za bardzo.

— No, to zazdroszczę. Dobra, lecę, bo mam spotkanie za 15 minut. Trzymaj się!

Pobiegł. Zostałem sam na środku korytarza, wśród tłumu ludzi, którzy dokądś zmierzali. Wróciłem do domu i spojrzałem w lustro. Zobaczyłem smutnego, bogatego faceta, który ma 36 lat i którego największym osiągnięciem ostatniego roku było wbicie platyny w grze na PlayStation. Płakałem. Pierwszy raz od dnia wygranej płakałem z bezsilności.

Poczułem satysfakcję

To nie jest historia z happy endem, w której nagle zakładam fundację charytatywną i znajduję sens życia w pomaganiu sierotom. Jeszcze nie. Jestem w trakcie terapii. To był warunek Ani – albo psycholog, albo ona się wyprowadza. Nie chciała być z duchem. Na sesjach uczę się, że człowiek jest zwierzęciem stadnym i zadaniowym. Że potrzebujemy trudu, żeby docenić odpoczynek. Dwa tygodnie temu zrobiłem coś szalonego. Zatrudniłem się.

Nie, nie w korporacji. Nie wróciłem do Darka. Zatrudniłem się jako wolontariusz w schronisku dla zwierząt. Wstaję o 6:00 rano. Jadę na drugi koniec miasta. Sprzątam boksy. Wyprowadzam psy. Wracam do domu brudny, śmierdzący i zmęczony. Nie dostaję za to ani grosza. Ale wczoraj, kiedy udało mi się przekonać przerażonego kundelka, żeby zjadł mi z ręki, poczułem coś, czego nie czułem na Malediwach ani w salonie Porsche. Poczułem satysfakcję. Poczułem, że jestem przydatny.

Moje konto wciąż pęka w szwach. Ale teraz wiem, że pieniądze to tylko narzędzie. Jeśli nie masz pomysłu, co zbudować, narzędzie rdzewieje, a ty razem z nim. Ostrzegam każdego, kto marzy o wygranej w Totka i rzuceniu pracy z dnia na dzień: uważajcie, o co prosicie. Wolność bez celu to najcięższa praca, jaką kiedykolwiek wykonywałem. I nikt za nią nie płaci, wręcz przeciwnie — ona kosztuje cię duszę.

Kamil, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama