Reklama

Nie planowałem żadnego wielkiego przewrotu w swoim życiu. Miałem ustabilizowane małżeństwo, własne mieszkanie i porządną pracę. Tyle że gdzieś po drodze zgasło we mnie coś ważnego. Z Moniką, moją żoną, żyliśmy obok siebie, dzieląc zakupy, kredyt i milczenie. Coraz częściej łapałem się na myśli, że jestem w tym związku jak mebel: potrzebny, ale niezauważalny. A wtedy w moje życie weszła Beata. Nie po to, by je przewrócić do góry nogami, ale by po prostu być. Okazała się cierpliwa, gotowa przytulić, gdy Monika tylko wzdychała. I tak stała się moim planem awaryjnym.

Śmiała się z moich sucharów

— Wrócisz późno? — zapytała Monika, nie odrywając wzroku od ekranu laptopa.

— Może. Marek chce pogadać po pracy — skłamałem bez większego wysiłku.

— Aha — odpowiedziała sucho i zniknęła w łazience.

Tak wyglądały nasze rozmowy od miesięcy. Krótkie, rzeczowe, bez treści i emocji. Jakbyśmy byli parą księgowych rozliczających się z grafiku domowego. Kiedyś było inaczej. Monika potrafiła rzucić wszystko, żeby usiąść ze mną na balkonie, wypić lampkę wina i pogadać o głupotach. Teraz była wiecznie zmęczona i wiecznie zajęta.

Wtedy pojawiła się Beata, pracująca w innym dziale. Poznaliśmy się na firmowej wigilii. Pamiętam, że od razu pomyślałem: „Za mądra na romans, za ładna na przyjaciółkę”. Śmiała się z moich sucharów, a ja czułem się przy niej jak wersja siebie z czasów, kiedy jeszcze mi się chciało. Zaczęliśmy spotykać się na kawę, potem na dłuższe spacery. Nie było w tym nic zdrożnego. No, przynajmniej na początku.

Z Beaty emanował spokój, którego mi brakowało. Monika nie zauważała, że coraz częściej wracam późno. Nie pytała, nie dociekała, jakby z ulgą przyjmowała moją nieobecność. Kiedyś Beata zapytała:

— Gdybyś mógł zacząć wszystko od nowa, co byś zmienił?

Nie odpowiedziałem. Bo prawda była taka, że niczego nie chciałem zmieniać. Chciałem tylko mieć jakąś opcję awaryjną. Kogoś, kto poda mi rękę, gdy ten dom z kart, zwany małżeństwem, w końcu się zawali.

Dałem jej złudzenie

Z Beatą nie było żadnego wielkiego „bum”. Wszystko przyszło cicho, powoli, jakbyśmy oboje bali się zburzyć ten bezpieczny mur, który nas oddzielał. Spotykaliśmy się regularnie, niby przypadkiem, ale oboje wiedzieliśmy, że te przypadki planujemy z wyprzedzeniem. W końcu, któregoś czwartku, Beata zaprosiła mnie do siebie. Zrobiła makaron z bazyliowym pesto, włączyła jakąś francuską muzykę i nalała wina. Siedzieliśmy na jej rozkładanej kanapie.

— Nie musisz nic mówić — rzuciła cicho, gdy zawahałem się przy pocałunku. — Naprawdę nie oczekuję deklaracji.

Nie oczekiwała, ale i tak dałem jej złudzenie, że jestem w rozkroku, rozdarty między lojalnością a namiętnością. A prawda była prozaiczna: Monika mnie nie obchodziła już tak jak kiedyś, ale wspólne kredyty i znajomi z pracy tworzyli pozory stabilności. Beata była dla mnie azylem. Miejscem, gdzie nikt nie miał do mnie pretensji, gdzie nie trzeba było się tłumaczyć z milczenia.
Zaczęliśmy sypiać ze sobą. Po wszystkim zostawałem jeszcze chwilę, udając, że zależy mi na rozmowie.

Patrzyłem, jak układa się pod kocem, jak zasypia z tym lekkim uśmiechem, który interpretowała jako szczęście. Dla mnie to była tylko ulga, że znowu mam gdzie pójść, gdy w domu stanie się duszno. A przecież jeszcze wtedy Beata wierzyła, że może być kimś więcej niż tylko bezpiecznym zapleczem.

Tylko dobrze się maskowałem

Z Moniką żyliśmy jak para dobrze zgranych współlokatorów. Wiedziała, że nie wracam na kolację. Zaczęła nawet zostawiać mi obiad w lodówce, jakby uznała, że nie warto pytać. Jej chłód mnie nie bolał — przeciwnie, ułatwiał mi życie. Miałem swoją przestrzeń, swobodę, brak konfliktów. A przecież właśnie tego szukałem.

Beata była przeciwieństwem Moniki. Emocjonalna, wrażliwa, ciepła. Zadawała pytania, chciała wiedzieć, co czuję. Przy niej byłem inny — niby uważny, troskliwy. Trochę grałem, trochę naprawdę się starałem. To był teatr, ale odgrywany z przekonaniem. Gdy podchodziła do mnie w kuchni, kładła głowę na moim ramieniu i szeptała:

— Lubię, jak tu jesteś…

Uśmiechałem się i kiwałem głową, a myślałem wtedy tylko jedno: „Dobrze, że jesteś, kiedy Monika mnie nie chce”. Kiedyś Beata zaproponowała wspólny wyjazd na weekend. Już rezerwowała domek w górach, gdy musiałem ją powstrzymać.

— To nie ten moment — powiedziałem, patrząc jej prosto w oczy. — Muszę najpierw wszystko poukładać.

— Czyli co? Nadal liczysz, że twoje małżeństwo się naprawi?

Nie odpowiedziałem, bo przecież nie chciałem niczego naprawiać. Chciałem tylko nie być sam, gdy wszystko się rozpadnie. Beata była dla mnie polisą na przyszłość, jak konto oszczędnościowe, z którego korzystasz dopiero wtedy, gdy naprawdę nie masz już nic.

W domu Monika jak zwykle siedziała przy komputerze. Gdy zamknęła klapę laptopa i spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem, zapytała:

— Jesteś szczęśliwy?

Nie odpowiedziałem, bo przecież nie byłem, tylko dobrze się maskowałem.

Nie była głupia

Pewnego wieczoru Monika wstała od stołu, wzięła szklankę wody i powiedziała bez żadnej emocji:

— Kiedyś mnie zdradzisz. Albo już to robisz.

Nie zaprzeczyłem. Zastygłem z widelcem w ręku, jakby ta chwila wymagała absolutnej ciszy. Potem wzruszyłem ramionami.

Co to za teksty? Skąd w ogóle takie pomysły?

— Po prostu to wiem — powiedziała, siadając naprzeciwko mnie. — Nie patrzysz na mnie już tak samo. Jesteś tu tylko ciałem. Znikasz, zanim się obudzę. Wracasz, jak już śpię.

To był pierwszy raz od dawna, kiedy naprawdę rozmawialiśmy. I pierwszy raz, gdy nie wiedziałem, jaką wersję siebie wybrać: skruszonego męża czy cynicznego kochanka.

— Może to tylko zmęczenie materiału — rzuciłem w żartach.

Monika nie zareagowała. Wstała, zabrała talerze i poszła do kuchni. Była chłodna, ale nie była głupia. Czułem, że zbliżamy się do granicy, po której nie będzie już powrotu. A ja nie byłem gotowy z niej zrezygnować… z żadnej z nich. Beata zaczęła naciskać coraz mocniej.

— Albo jestem w twoim życiu naprawdę, albo nie licz na to, że będę tu, kiedy znowu się posypiesz – powiedziała pewnego dnia, zakładając płaszcz.

— Mówisz tak, bo myślisz, że i tak zostaniesz — rzuciłem ostro, bo się przestraszyłem.

Przeszyła mnie wtedy spojrzeniem, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. I przez chwilę zrozumiałem, że właśnie tracę jedyną osobę, która jeszcze mnie chciała. Tyle że ja nadal nie wiedziałem, co wybrać.

Nie wpuściła mnie

Beata przestała się odzywać. Nie pisała, nie dzwoniła. Minął tydzień, potem drugi. Pojawiła się w pracy, ale mijaliśmy się jak obcy. Zero spojrzeń, zero słów. Na początku uznałem, że to kara — że w końcu się „obraziła”, a ja muszę swoje odczekać. Problem w tym, że ona nie wyglądała na obrażoną. Wyglądała na wolną.

Zacząłem czuć coś, czego się nie spodziewałem — lęk. Nie przed tym, że zostanę sam, tylko że naprawdę nie miałem już dokąd uciec. Monika żyła swoim rytmem, prawie mnie nie zauważała. Beata zniknęła z mojego życia szybciej, niż się w nim pojawiła. Nagle mój plan awaryjny, ta bezpieczna poduszka, którą rozkładałem pod sobą, zaczął się pruć na moich oczach. Któregoś dnia wieczorem pojechałem do Beaty. Stałem pod jej blokiem jak dzieciak bez klucza. W końcu zadzwoniłem domofonem.

— Słucham?

— To ja — powiedziałem cicho. — Potrzebuję porozmawiać.

— Za późno — odparła.

Nie wpuściła mnie. Wracałem wtedy przez miasto jak pijany. Ludzie przechodzili obok, a ja czułem, że to moje życie się kończy. Bo pierwszy w życiu nie miałem planu B. Zostałem dokładnie tam, gdzie zacząłem: w domu, w którym nikt na mnie nie czekał. Monika spała. Przykryta po uszy, jakby chciała się schować przed wszystkim. Nawet przed sobą. Usiadłem w kuchni i patrzyłem na lodówkę. Znowu zostawiła mi obiad. Tym razem już go nie tknąłem.

Samotność dopadła mnie szybko

Kilka tygodni później Beata zniknęła z pracy. Przeniosła się do innego miasta, jak dowiedziałem się od koleżanki z HR-u. Podobno miała tam kogoś. Uśmiechnąłem się krzywo, jakbym sam miał do siebie żal, że wcześniej nie pomyślałem o tym, że ona może mieć swoje plany. Że nie będzie czekać w nieskończoność, aż w końcu łaskawie uznam ją za kogoś więcej niż wygodne zabezpieczenie na przyszłość.

Z Moniką nie rozmawialiśmy od dawna. Byliśmy razem fizycznie, ale zupełnie osobno emocjonalnie. Czasem, gdy patrzyłem na nią wieczorem, zastanawiałem się, czy też ma już swój plan awaryjny. Może i ona z kimś rozmawia, może dla kogoś się uśmiecha tak, jak nie uśmiechała się do mnie od lat? I może też czeka na moment, kiedy to wszystko się rozpadnie, ale tym razem to ona odejdzie pierwsza?

Zrozumiałem, że przez całe dorosłe życie nie umiałem się zatrzymać i zapytać samego siebie: czego ja właściwie chcę? Kochać? Być kochanym? A może tylko nie być samotnym? Tyle że samotność dopadła mnie szybciej, niż sądziłem, mimo że byłem przecież z kimś. Albo raczej: przy kimś. Usiadłem pewnego wieczoru w ciemnym pokoju i po raz pierwszy poczułem, że już nigdzie nie pędzę, bo nie mam dokąd.

Rafał, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama