„Wydawało mi się, że ten wyjazd w góry to głupota. Okazało się jednak, że był strzałem w dziesiątkę”
„Przyjechaliśmy późnym popołudniem, gdy niebo już zaciągało się szarą mgłą, a zima zaczynała dopinać swój biały płaszcz. Schronisko, choć nieduże, robiło wrażenie — drewniane ściany, dym z komina, zapach zupy i drewna w powietrzu. Mimo wszystko, poczułem, że może nie będzie tak źle”.

Nie planowałem żadnych wyjazdów w góry. Po pierwsze, nie znoszę zimna, po drugie, moja kondycja od lat nie była czymś, czym można by się pochwalić. Po trzecie, nie cierpię wyjazdów w grupie, a właśnie tego dotyczyło zaproszenie od kolegi z pracy. Wyjazd integracyjny, śmiechy, ognisko, wędrówki... Nie, dziękuję. Jednak coś mnie podkusiło, żeby się zgodzić. Może to przez jego minę, gdy wspomniał, że bardzo mu zależy. Albo przez żonę, która rzuciła: „Idź, dobrze ci to zrobi”. Nie wiedziała nawet, jak bardzo miała rację.
Nie czułem się jak wygrany
— Jedziesz, jedziesz, nie marudź — powiedziała Monika, nawet nie podnosząc wzroku znad laptopa.
— Nie widzisz, jak tam teraz zimno? I jeszcze mówią, że ma śnieżyć. Po co mam się włóczyć po jakichś schroniskach?
— Bo ci się przyda trochę tlenu, ruchu i ludzi — oznajmiła takim tonem, jakby to była decyzja państwowa, a nie moje wolne popołudnie.
Zawsze wiedziała, jak mnie podejść. A może ja po prostu coraz mniej miałem w sobie siły, żeby walczyć. Od kilku miesięcy w pracy było napięcie, jakieś dziwne półsłówka między zespołem a kierownictwem, plotki o zwolnieniach. Więc może rzeczywiście, lepiej się pokazać, spędzić czas z ludźmi, których na co dzień widywałem tylko zza monitora.
Kiedy następnego dnia Paweł przyniósł wydrukowaną listę uczestników, podpisałem się bez entuzjazmu.
— Dobrze robisz, serio. — Poklepał mnie po ramieniu. — Trochę się przewietrzymy, wypijemy grzańca i pogadamy po ludzku. A tam jest przepięknie — dodał, jakby chciał mi wmówić, że jestem szczęśliwcem, który wygrał los na loterii.
Nie czułem się jak wygrany. Raczej jak facet, który właśnie zgodził się na coś, czego będzie żałował.
Coś wisiało w powietrzu
Przyjechaliśmy późnym popołudniem, gdy niebo już zaciągało się szarą mgłą, a zima zaczynała dopinać swój biały płaszcz. Schronisko, choć nieduże, robiło wrażenie — drewniane ściany, dym z komina, zapach zupy i drewna w powietrzu. Mimo wszystko, poczułem, że może nie będzie tak źle.
— No, to jest klimat! — krzyknął Paweł, ściągając czapkę i podchodząc do baru. — Kto pierwszy stawia?
Zebrało się nas piętnaście osób. Prawie cały zespół. Nawet Anka z księgowości, która zazwyczaj nie wychodziła poza swój dział, teraz śmiała się przy stole, jakby znała wszystkich od lat. Ja usiadłem z boku. Nie jestem duszą towarzystwa, ale lubię obserwować. Wojtek opowiadał historię o tym, jak zgubił się kiedyś w Bieszczadach. Ewa wybuchała śmiechem tak głośno, że aż niosło się echo. Paweł flirtował z jakąś nową dziewczyną z HR-u, której imienia nie mogłem zapamiętać. Mimo gwaru i śmiechu, coś nie dawało mi spokoju — takie drobne napięcie pod powierzchnią.
Może to przez to, jak Tomek nagle zamilkł, gdy spojrzał na telefon. Albo to, jak Ewa, jeszcze przed chwilą roześmiana, nagle spuściła wzrok, gdy wszyscy zaczęli mówić o planach na rano.
Coś wisiało w powietrzu. I to nie był tylko dym z kominka.
Przeszły mnie ciarki
Wyszliśmy wcześnie. Śnieg sypał drobno, ale równo, jakby góry chciały nas całkiem zasypać i zatrzymać u siebie. Szliśmy gęsiego, w grupkach po dwie, trzy osoby. Ja trzymałem się z tyłu, jak zwykle. Cisza między drzewami miała coś kojącego, ale nie trwało długo.
— Możemy pogadać? — zapytała cicho Ewa, która nagle znalazła się obok mnie.
Skinąłem głową, zaskoczony, że to właśnie do mnie zagadała.
— Ty znasz Pawła lepiej, prawda? — zaczęła, zerkając raz na mnie, raz przed siebie.
— Znam... W pracy się trzymamy razem. Czemu pytasz?
— Bo coś jest nie tak — powiedziała po chwili, jakby musiała zebrać się na odwagę. — Wczoraj, jak siedzieliśmy przy stole, dostał wiadomość. Od razu zrobił się blady, potem poszedł za schronisko i długo nie wracał. A potem już nie był sobą.
Zmarszczyłem brwi.
— Może coś w rodzinie? Albo zdrowie?
— Właśnie nie. Słyszałam przypadkiem, jak mówił przez telefon, że „trzeba się z tym uporać, zanim będzie za późno”.
Zatrzymałem się. Przeszły mnie ciarki.
— Myślisz, że…?
— Nie wiem — przerwała. — Ale coś ukrywa. I to nie jest drobnostka. Mam złe przeczucia, serio.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, słysząc tylko skrzypienie śniegu pod butami pozostałych.
Paweł już tam siedział
Wieczorem wróciliśmy zmęczeni, przemoczeni i wyciszeni. Nikt już nie miał ochoty na opowieści przy kominku. Nawet Paweł zniknął gdzieś po kolacji. Ewa siedziała naprzeciwko mnie w jadalni i nerwowo bawiła się łyżeczką. W końcu podeszła do niej Anka, ta cicha z księgowości. Szepnęły coś sobie do ucha i Ewa tylko skinęła głową. Po chwili obie wyszły. Nie powinienem iść za nimi, a jednak poszedłem. Schowałem się przy drzwiach do sali konferencyjnej, którą tymczasowo przekształcono w magazyn. Usłyszałem ich rozmowę przez szparę.
— Paweł nie powiedział ci wszystkiego — mówiła Anka. — W firmie dzieje się źle. On to wie, ale milczy. Planowane są zwolnienia. Duże. Ma dostęp do listy. I sam decyduje, kto zostaje.
— Co?! — syknęła Ewa. — A ja myślałam, że…
— Tak. Myślałaś, że mu zależy. Na tobie, na zespole. Ale jemu zależy tylko na tym, żeby siebie uratować. Ma umowę z zarządem. Załatwi czystkę, dostanie awans.
Zamarłem. Wiedziałem, że firma ma trudności, ale to? Paweł? Ten sam, który poklepywał mnie po ramieniu i mówił, że jesteśmy jedną drużyną? I właśnie teraz układał tę drużynę pod nóż.
Patrzył na mnie długo
W nocy nie spałem prawie wcale. Każde skrzypnięcie schodów, każdy powiew wiatru za oknem sprawiał, że od nowa analizowałem wszystko, co usłyszałem. O świcie podjąłem decyzję. Nie mogłem udawać, że nic się nie dzieje. Jeśli Ewa i Anka miały rację, a wyglądało na to, że tak, Paweł zamierzał sprzedać nas wszystkich. Dla własnego spokoju i premii. Zszedłem do jadalni jako pierwszy. Paweł już tam siedział, jadł jajecznicę i przewijał coś w telefonie.
— Możemy pogadać? — zapytałem.
Spojrzał na mnie zdziwiony, ale skinął głową. Poszliśmy do przedsionka. Zamknąłem za nami drzwi.
— Wiem o liście. Wiem o rozmowie z zarządem. I wiem, że masz nas wystawić.
Zbladł. Opuścił ręce.
— Kto ci powiedział?
— To nieważne. Ważne, co teraz zrobisz.
Przez chwilę stał w milczeniu. W końcu westchnął, jakby właśnie coś w nim pękło.
— Nie chcę tego robić. Ale inaczej wyrzucą mnie też. Mam kredyt, dzieci, to nie jest proste…
— To nie jest powód, żeby ciągnąć innych na dno. Możemy coś zrobić razem. Ale nie możesz już działać za plecami.
Patrzył na mnie długo, aż w końcu skinął głową.
— Dobra. Powiem reszcie. Jeszcze dziś.
Nie chciałem tam być
Zebraliśmy się wszyscy tego samego wieczoru w głównej sali schroniska. Paweł stanął przed grupą i wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć. Ale mówił. Otwarcie. Przedstawił sytuację firmy, powiedział o liście, o naciskach z góry. Nie próbował się wybielać, nie tłumaczył, że musiał. Przyznał, że zawiódł zaufanie. I że teraz chce naprawić, co się da — z nami, nie za naszymi plecami.
Reakcje były różne: od wściekłości po niedowierzanie. Ale nikt nie wyszedł. Nikt nie przeklął. Może dlatego, że każdy z nas wiedział, że gdyby milczał dalej, pewnie w poniedziałek ktoś z nas dostałby wypowiedzenie bez ostrzeżenia.
Przez kolejne dni zaplanowaliśmy, jak zareagować. Jak wystąpić wspólnie do zarządu, jak negocjować, zamiast czekać na wyrok. Nie wiedzieliśmy, czy to cokolwiek da, ale przynajmniej czuliśmy, że znowu jesteśmy zespołem. W drodze powrotnej, gdy autobus mijał zasypane zbocza, Ewa szturchnęła mnie w ramię.
— Warto było jechać, co?
Uśmiechnąłem się. Nie chciałem tam być. Nie miałem ochoty. A jednak ten wyjazd, który wydawał się najgłupszym pomysłem sezonu, sprawił, że nie straciliśmy pracy. I chyba nie straciliśmy siebie nawzajem.
Kamil, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka zażyczyła sobie sukienkę na studniówkę za 1500 zł. Gdy odmówiłam, powiedziała coś, czego nigdy nie zapomnę”
- „W moim związku od dawna wiało nudą. Mąż był zimny jak lód, więc szukałam ciepła w ramionach innego”
- „Po studniówce córka zmieniła się nie do poznania. Wkrótce domyśliłam się, co się stanie za 9 miesięcy”

