„Mój chłopak wyjechał do pracy w Skandynawii, a ja uwierzyłam w związek na odległość. Byłam naiwna”
„W końcu, po czterech miesiącach niewidzenia się, kupiłam bilet do Oslo. To miała być nasza reaktywacja. Spakowałam najładniejszą bieliznę, kupiłam jego ulubione polskie słodycze i książki, o które prosił. Wyobrażałam sobie, jak rzuci mi się na szyję na lotnisku, jak spędzimy romantyczny weekend tylko we dwoje. Rzeczywistość uderzyła mnie w twarz chłodnym powietrzem Skandynawii”.

Myślałam, że nasza miłość to fundament, którego nie ruszy żadne trzęsienie ziemi, a tym bardziej odległość mierzona w kilometrach czy strefach czasowych. Byliśmy tymi szczęściarzami, o których znajomi mówili z lekką nutą zazdrości, że wygrali los na loterii już w liceum. Jednak życie napisało dla nas scenariusz, którego nie uwzględniliśmy w naszych naiwnych, młodzieńczych planach. Dziś wiem, że najgorszym rodzajem samotności nie jest brak ludzi wokół, ale powolne, niemal niezauważalne znikanie kogoś, kto obiecał być przy tobie na zawsze, a teraz stał się tylko głosem w słuchawce.
Dla niego to była przygoda
Wszystko zaczęło się w duszny, czerwcowy wieczór, kiedy Jacek wrócił do domu z błyskiem w oku, którego nie widziałam u niego od czasu obrony pracy magisterskiej. Kończyliśmy właśnie pakować rzeczy po remoncie naszego małego, wynajmowanego mieszkania na warszawskim Mokotowie. Planowaliśmy wakacje na Mazurach, może adopcję psa. Byliśmy na etapie wicia gniazda. Kiedy położył na stole teczkę z logiem skandynawskiej firmy inżynierskiej, poczułam dziwny ucisk w żołądku. Instynkt podpowiadał mi, że ta teczka to koniec naszego poukładanego świata, choć rozum próbował to zagłuszyć.
— Paulina, to jest szansa jedna na milion — mówił, chodząc po pokoju w tę i we w tę. — Oslo. Projektowanie mostów. Zarobki w euro, prestiż, rozwój. To tylko dwa lata, kochanie. Zarobimy na własne mieszkanie bez kredytu, wrócę z doświadczeniem, o jakim tutaj mogę tylko pomarzyć.
Słuchałam go, siedząc na podłodze wśród kartonów z książkami, i czułam, jak moje serce powoli zamarza. Dla niego to była przygoda, kolejny level w grze zwanej karierą. Dla mnie to oznaczało ruinę naszej stabilizacji. Ja właśnie dostałam awans w agencji marketingowej. Prowadziłam duży projekt dla klienta z branży ekologicznej, co było moim marzeniem. Moja mama zaczęła podupadać na zdrowiu, potrzebowała mojej pomocy przy zakupach i wizytach u lekarzy. Nie mogłam po prostu spakować walizki i wyjechać w nieznane, by parzyć kawę w norweskim biurze, czekając, aż mój chłopak wróci z pracy.
— Dwa lata miną jak z bicza strzelił — przekonywał mnie, łapiąc moje dłonie. — Będziemy latać do siebie co dwa tygodnie. Są tanie linie, są komunikatory. Damy radę. Przecież my zawsze dajemy radę.
Zgodziłam się. Nie chciałam być tą, która podcina mu skrzydła. Nie chciałam być kulą u nogi hamującą jego ambicje. Ale w głębi duszy wiedziałam, że właśnie w tym momencie, na tej podłodze, coś między nami pękło. On wybrał wyzwanie, ja stabilizację. I choć wtedy jeszcze tego nie nazwałam, nasze priorytety rozjechały się w przeciwnych kierunkach.
Musiał się zaaklimatyzować
Początki były pełne euforii i zapewnień o wiecznej tęsknocie. Jacek wysyłał mi zdjęcia fiordów, nowoczesnego biura ze szkła i stali oraz swojego sterylnego, firmowego mieszkania. Ja rewanżowałam się fotkami z naszych ulubionych kawiarni, spacerów po Łazienkach i relacjami z postępów w pracy. Rozmawialiśmy codziennie wieczorem. Ustawiałam laptopa na stole kuchennym, jadłam kolację i opowiadałam mu o humorach szefa, a on relacjonował spotkania z międzynarodowym zespołem.
Wydawało się, że technologia jest naszym sprzymierzeńcem. Ale technologia nie potrafi przekazać ciepła dłoni ani zapachu skóry. Z czasem te codzienne rytuały zaczęły się kruszyć. Najpierw były drobne przesunięcia.
„Kochanie, dzisiaj nie dam rady o dwudziestej, mam integrację z zespołem, zadzwonię jutro” — pisał w SMS-ie.
Rozumiałam. Musiał się zaaklimatyzować, poznać ludzi. Potem rozmowy stały się krótsze. Zamiast godzinnych dyskusji o sensie życia, wymienialiśmy techniczne komunikaty: co u ciebie, w porządku, jestem zmęczony, idę spać. Zaczęłam zauważać, że coraz częściej to ja inicjuję kontakt. To ja czekałam z telefonem w ręku, sprawdzając, czy jest dostępny. On był zajęty budowaniem nowego życia, a ja stałam się dla niego elementem tła, czymś stałym i bezpiecznym, co nie wymaga ciągłej uwagi.
Najgorsze były weekendy. Wychodziłam ze znajomymi, ale czułam się jak piąte koło u wozu. Wszyscy przychodzili parami. Iza z Marcinem planowali ślub, Kaśka z Frankiem spodziewali się dziecka. A ja? Ja byłam w związku z ekranem. Kiedy oni się przytulali, ja wysyłałam emotikony serduszek. Kiedy oni kłócili się o to, jaki film obejrzeć, ja kłóciłam się z łączem internetowym, które zrywało połączenie w połowie zdania.
Poszłam na spacer sama
Przełom nastąpił po pół roku. Moja kariera nabrała rozpędu. Projekt, który prowadziłam, okazał się wielkim sukcesem. Dostałam propozycję objęcia stanowiska team leadera. Byłam dumna, podekscytowana i przerażona jednocześnie. Chciałam to świętować z Jackiem. Zadzwoniłam do niego z nowiną, ale trafiłam na zły moment.
— Super, gratuluję — powiedział, ale w jego głosie nie było tej iskry, na którą czekałam. Słyszałam w tle gwar głosów i brzęk naczyń. — Słuchaj, Paulina, nie mogę teraz gadać. Jesteśmy z ekipą w pubie, Ingrid ma urodziny. Oddzwonię jutro, okej?
Ingrid. To imię pojawiało się w jego opowieściach coraz częściej. Ingrid z działu HR, która pokazała mu najlepszą trasę biegową. Ingrid, która pomogła mu wypełnić norweskie formularze podatkowe. Nie byłam zazdrosna w sensie fizycznym — ufałam Jackowi. Byłam zazdrosna o to, że ta kobieta, kimkolwiek była, znała codzienność mojego chłopaka lepiej niż ja. Wiedziała, co jadł na lunch, widziała, jak się ubiera do pracy, śmiała się z jego żartów na żywo. Ja byłam tylko głosem z Polski, który przypominał mu o starym życiu.
Tamtego wieczoru poszłam na spacer sama. Warszawa tętniła życiem, a ja czułam się kompletnie odklejona od rzeczywistości. Zrozumiałam, że moje sukcesy tutaj, w Polsce, dla niego są tylko abstrakcją. Nie rozumiał kontekstu, nie znał ludzi, o których mówiłam. Jego świat w Oslo był dla mnie równie odległy. Nasze wspólne tematy zaczęły się wyczerpywać. Ile razy można wspominać licealne biwaki albo rozmawiać o pogodzie? Brakowało nam tu i teraz.
Wtedy też w mojej firmie pojawił się Adrian. Nowy grafik, spokojny, uważny. Zaczęliśmy razem pracować nad kampanią. Adrian słuchał. Kiedy mówiłam, że martwię się o wyniki badań mamy, on następnego dnia pytał, jak się czuje. Przynosił mi herbatę z imbirem, gdy widział, że jestem przeziębiona. To były drobiazgi, gesty, które kiedyś wykonywał Jacek.
Złapałam się na tym, że idąc do pracy, cieszę się nie na wyzwania zawodowe, ale na to, że będę mogła z kimś normalnie porozmawiać, patrząc mu w oczy, a nie w kamerkę. To mnie przeraziło. Nie chciałam nikogo innego, kochałam Jacka. Ale tęskniłam za obecnością drugiego człowieka, za tą namacalną bliskością, której nie da się wysłać światłowodem.
Kolacja była koszmarem
W końcu, po czterech miesiącach niewidzenia się, kupiłam bilet do Oslo. To miała być nasza reaktywacja. Spakowałam najładniejszą bieliznę, kupiłam jego ulubione polskie słodycze i książki, o które prosił. Wyobrażałam sobie, jak rzuci mi się na szyję na lotnisku, jak spędzimy romantyczny weekend tylko we dwoje. Rzeczywistość uderzyła mnie w twarz chłodnym powietrzem Skandynawii. Jacek spóźnił się na lotnisko prawie godzinę. Tłumaczył się korkami i przedłużonym spotkaniem. Kiedy w końcu przyjechał, przytulił mnie jakoś tak sztywno, mechanicznie. W jego samochodzie pachniało obcym zapachem — jakąś inną zawieszką zapachową, której nie znałam.
Jego mieszkanie było ładne, nowoczesne i przerażająco puste. Nie było tam żadnych naszych zdjęć. Na półce stały jakieś norweskie albumy, na stole leżały papiery z pracy. Czułam się tam jak gość, a nie jak partnerka.
— Zrobiłem rezerwację w świetnej knajpie na wieczór — powiedział, rzucając moją torbę w kąt. — Będą też Sven i Lars z żonami, musisz ich poznać, świetni ludzie.
Zamarłam. Chciałam pobyć z nim sama. Chciałam leżeć w łóżku do południa i rozmawiać. Nie chciałam poznawać obcych ludzi i silić się na uśmiechy w języku angielskim. Ale nie chciałam też robić sceny zaraz po przyjeździe.
Kolacja była koszmarem. Wszyscy byli mili, owszem, ale rozmowa toczyła się głównie wokół tematów lokalnych — cen mieszkań w Oslo, polityki firmy, planów na narty. Jacek brylował w towarzystwie. Mówił z inną intonacją, gestykulował inaczej. Dla nich to był Jack, europejski inżynier, pewny siebie i światowy. Ja siedziałam obok, uśmiechając się blado, czując się jak uboga krewna z prowincji.
W pewnym momencie Lars zapytał Jacka:
— A więc, kiedy kupujesz to mieszkanie na fiordem? Mówiłeś, że oglądałeś coś w zeszłym tygodniu.
Zapadła cisza. Jacek zbladł i nerwowo upił łyk wody. Spojrzałam na niego, nie rozumiejąc.
— Kupujesz mieszkanie? — zapytałam cicho.
— To tylko luźny pomysł — bąknął, unikając mojego wzroku. — Inwestycyjnie. Wiesz, czynsz jest tutaj drogi, bardziej opłaca się spłacać kredyt.
Wtedy zrozumiałam. To nie była inwestycja na dwa lata. On zapuszczał korzenie. Budował tam dom. Dom, w którym nie było miejsca dla mnie, a przynajmniej nie było o nim mowy w naszych rozmowach na Skypie.
Czułam ciepło w sercu
Reszta weekendu upłynęła w gęstej atmosferze niewypowiedzianych pretensji. Próbowałam z nim o tym porozmawiać, ale on unikał tematu, zbywał mnie żartami albo oskarżał o to, że psuję ten krótki czas, który mamy dla siebie.
— Dlaczego nie możesz po prostu cieszyć się tym, że jesteśmy razem? — pytał z wyrzutem, gdy leżeliśmy w łóżku, odwróceni do siebie plecami.
— Bo nie wiem, czy jesteśmy razem, Jacek — odpowiedziałam w ciemność. — Jesteś tu, a ja jestem tam. I mam wrażenie, że te dwa światy już do siebie nie pasują.
Wyjechałam z Oslo z poczuciem klęski. W samolocie płakałam, ukrywając twarz w szaliku. Wróciłam do pustego mieszkania w Warszawie i po raz pierwszy poczułam ulgę, że jestem u siebie. Tu wszystko było znajome. Tu była moja praca, moja chora mama, która ucieszyła się na mój widok, moi przyjaciele. Tu był mój świat.
Przez kolejne tygodnie nasz kontakt stał się jeszcze rzadszy. Jacek tłumaczył się nawałem pracy, ja też przestałam dzwonić z byle powodu. Zaczęłam dostrzegać absurdy naszej sytuacji. Żyliśmy w zawieszeniu. Nie mogłam planować wakacji, bo może on przyjedzie, nie mogłam wziąć kredytu na własne mieszkanie, bo przecież mieliśmy kupić coś razem. Moje życie stało w miejscu, czekając na jego decyzję, podczas gdy jego życie pędziło do przodu w kierunku, którego ja nie chciałam.
Pewnego dnia spotkałam Adriana na kawie po pracy. Rozmawialiśmy o planach na przyszłość. On opowiadał o tym, jak chce wyremontować stary dom po dziadkach pod Warszawą. Mówił o sadzeniu drzew, o spokoju, o rodzinie. Słuchałam go i czułam ciepło w sercu. To były marzenia, które kiedyś dzieliłam z Jackiem. Marzenia o byciu tu, o budowaniu czegoś trwałego na własnej ziemi. Jacek zamienił te marzenia na szklane biurowce i fiordy. I miał do tego prawo. Ale ja miałam prawo tego nie chcieć.
Zapadła długa cisza
Koniec nastąpił trzy miesiące później, w szary, listopadowy wtorek. Nie było krzyków, nie było tłuczenia talerzy. Zadzwonił, żeby powiedzieć, że firma przedłuża mu kontrakt na kolejne trzy lata i oferuje stanowisko managerskie.
— Paulina, to życiowa szansa — mówił, ale w jego głosie słyszałam już rezerwę. Wiedział, co powiem. — Może jednak przemyślisz przeprowadzkę? Znajdziesz tu pracę, nauczysz się języka...
Spojrzałam przez okno na mokrą warszawską ulicę. Widziałam ludzi biegnących do autobusów, światła latarni odbijające się w kałużach. To było moje miasto.
— Nie, Jacek — powiedziałam spokojnie. — Nie zostawię mamy. Nie zostawię pracy, na którą harowałam latami, żeby być tylko dodatkiem do twojej kariery.
— To co proponujesz? Związek na odległość przez kolejne trzy lata?
— Nie — odparłam, a słowo to zabrzmiało ostatecznie. — Proponuję, żebyśmy przestali się oszukiwać.
Zapadła długa cisza. Słyszałam tylko szum łącza.
— Więc to koniec? — zapytał w końcu. Głos mu się łamał.
— Myślę, że koniec nastąpił już dawno temu, tylko baliśmy się do tego przyznać — powiedziałam, czując łzy spływające po policzkach, ale jednocześnie ogromny ciężar spadający z moich ramion. — Ty masz swoje życie tam, a ja mam swoje tu. I one już do siebie nie pasują. Kocham cię, Jacek. Kocham chłopaka, z którym planowałam przyszłość na studiach. Ale tego mężczyzny, który dzwoni do mnie z Oslo, już prawie nie znam.
Rozstaliśmy się przez Skype'a. To było groteskowe i smutne, ale też w jakiś sposób adekwatne do tego, czym stał się nasz związek. Płakaliśmy oboje, ale oboje wiedzieliśmy, że to jedyne wyjście. On nie chciał wracać, ja nie chciałam wyjeżdżać. Miłość nie wystarczyła, by zasypać przepaść, którą wyżłobiły między nami różne ambicje i codzienna nieobecność.
Od tamtej rozmowy minął rok. Jacek został w Norwegii, kupił to mieszkanie, o którym mówił Lars. Czasem widzę jego zdjęcia na Facebooku — wygląda na szczęśliwego, może trochę starszego. Ja zostałam w Warszawie. Dostałam kolejny awans. Z mamą jest lepiej. W weekendy jeżdżę z Adrianem do jego domu pod miastem, pomagam mu wybierać kolory farb. Nie wiem, czy to miłość na całe życie, ale wiem jedno: jest prawdziwa, namacalna i jest tutaj. Mogę go dotknąć, kiedy jest mi smutno. I to jest dla mnie ważniejsze niż wszystkie obietnice składane przez pikselujący ekran. Zrozumiałam, że wspólna przyszłość wymaga nie tylko wielkich słów, ale przede wszystkim wspólnej teraźniejszości.
Paulina, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wystawił mnie w walentynki, bo podobno miał dużo pracy. Wieczorem zobaczyłam go w naszej restauracji z inną kobietą”
- „Upiekłam pączki z różą na tłusty czwartek. Teściowa z nich kpiła, a potem zjadła 5 i jeszcze chciała przepis”
- „Na walentynki dostałam od męża pierścionek, który ledwo wchodził na palec. Ten rozmiar zdradził więcej niż 1000 słów”

