Reklama

To miało być nasze wielkie odrodzenie. Alpy, luksus, skrzypiący śnieg i my – idealna rodzina. Myślałem, że czarną kartą kredytową i przelewem na kilkanaście tysięcy euro kupię synowi wspomnienia na całe życie, a żonie przywrócę ten blask w oczach, którego nie widziałem od lat.

Mijaliśmy się

Nie jestem naiwny. Wiem, jak działa świat, w którym się obracam. Kiedy prowadzisz firmę, twoim najwierniejszym towarzyszem nie jest żona, ale stres i telefon, który wibruje nawet w sypialni. Z Adelą byliśmy małżeństwem od dwunastu lat. Dwanaście lat, podczas których z zakochanych studentów zmieniliśmy się w świetnie funkcjonujące przedsiębiorstwo rodzinne. Mieliśmy piękny dom pod Warszawą, dwa samochody w garażu i Mikołaja – dziesięcioletniego chłopca, który widywał ojca głównie w weekendy, i to pod warunkiem, że nie musiałem lecieć do Hamburga.

Czułem, że Adela stawała się coraz bardziej „przezroczysta”. Była w domu, zarządzała nim perfekcyjnie, dbała o siebie z chorobliwą precyzją kobiet z wyższych sfer, ale emocjonalnie? Emocjonalnie była na innej planecie. Kiedy pytałem „co słychać?”, odpowiadała „wszystko w porządku” tonem, którym zamawia się kawę. Żadnych uniesień, żadnych kłótni. Cisza. Dlatego te ferie miały być inne.

– Courchevel – powiedziałem przy kolacji w listopadzie, kładąc na stole tablet ze zdjęciami ośnieżonych szczytów. – Najwyższa półka. Tylko my we trójkę. Wyłączam telefon, przysięgam.

Chciałem to naprawić

W jej oczach błysnęło coś, co wziąłem za wdzięczność, a co z perspektywy czasu odczytuję jako zdziwienie, że jeszcze mi się chce.

– To kosztuje majątek – mruknęła, choć wiedziała, że stać nas na to.

– Mikołaj musi nauczyć się porządnie jeździć. Ja muszę odpocząć. Ty musisz… po prostu być.

Zapłaciłem z góry. Hotel pięciogwiazdkowy, ski-passy, sprzęt wypożyczony na miejscu, bo przecież nie będziemy wozić nart samolotem. I najważniejszy punkt programu: instruktor. Nie chciałem, żeby Mikołaj trafił do szkółki, gdzie jeden zmęczony życiem student pilnuje dziesięciu wrzeszczących dzieciaków. Chciałem VIP-a.

Agencja przysłała mi profil. Laurent, trzydzieści dwa lata. Były zawodnik kadry narodowej, certyfikaty, uśmiech jak z reklamy pasty do zębów. Cena? 450 euro za dzień. Pomyślałem: „Drogo”, ale potem pomyślałem: „Mikołaj zasługuje na to, co najlepsze”. Kliknąłem „Rezerwuj”. Dojechaliśmy na miejsce późnym wieczorem. Wszystko tam krzyczało „pieniądze”. Futra na ulicach, witryny drogich butików zamiast sklepów spożywczych, szampan lejący się strumieniami już od południa.

Byliśmy zachwyceni

Początkowo było idealnie. Mikołaj był zachwycony. Adela wydawała się ożywiona. Kupiła sobie nowy kombinezon – obcisły, z futrzanym obszyciem kaptura. Wyglądała w nim obłędnie. Złapałem się na tym, że patrzę na własną żonę z pożądaniem, którego dawno nie czułem.

Rano w lobby czekał on. Laurent. Muszę być uczciwy – facet wyglądał jak bóg gór. Wysoki, opalony tą charakterystyczną, alpejską opalenizną, z rozwianymi, lekko rozjaśnionymi słońcem włosami. Kiedy podał mi rękę, czułem siłę, ale i pewną nonszalancję. Nie był uniżony jak większość obsługi, którą spotykałem. On wiedział, że jest towarem luksusowym.

– Dzień dobry, Filip – powiedział z idealnym akcentem, choć przeszliśmy na angielski. – To jest Mikołaj? Będziemy mistrzami do piątku.

Mikołaj patrzył na niego jak w obrazek. Adela stała krok za mną. Kiedy Laurent przeniósł na nią wzrok, zobaczyłem tę mikrosekundę ciszy. To nie było zwykłe „dzień dobry”. To była ocena. Jego niebieskie oczy prześwietliły ją od stóp do głów, zatrzymując się na ułamek sekundy na jej talii opiętej drogim materiałem.

Wyglądał obłędnie

– Pani też jeździ? – zapytał, uśmiechając się półgębkiem.

– Średnio – odpowiedziała Adela, i przysiągłbym, że jej głos zadrżał. – Wolę spa i spacery. Narty mnie stresują.

– Stres na nartach oznacza złego nauczyciela – odparł Laurent. – Może kiedyś naprawimy ten błąd.

Zaśmialiśmy się. Ja też się śmiałem. Klepnąłem go w ramię i powiedziałem:

– Zajmij się młodym. Żona jest pod moją opieką.

Odprowadziłem ich do wyciągu. Mikołaj i Laurent wyglądali jak starzy kumple. Czułem dumę. „Dobra robota, Filip” – myślałem. „Zapewniasz synowi męski wzorzec, kiedy ty musisz odpisywać na maile”. Bo oczywiście, mimo obietnic, telefon zaczął wibrować już przy śniadaniu. Przez pierwsze trzy dni wszystko szło zgodnie z planem. Rano odprowadzaliśmy Mikołaja do Laurenta, a potem ja i Adela mieliśmy czas dla siebie. Teoretycznie.

W praktyce wyglądało to tak, że ja siedziałem w hotelowym lobby z laptopem, gasząc pożar w dziale dystrybucji, a Adela szła na masaż, na basen albo na spacer po butikach. Spotykaliśmy się na lunchu na stoku. Laurent dołączał do nas z Mikołajem. I tutaj zaczęły się dziać rzeczy, które powinienem był zauważyć. Mikołaj uwielbiał Laurenta. Opowiadał o nim bez przerwy.

– Tato, Laurent zrobił salto! Tato, Laurent zna wszystkich na stoku! Tato, Laurent mówi, że mama ma bardzo arystokratyczne rysy twarzy.

Syn był szczęśliwy

Zamarłem z widelcem w połowie drogi do ust.

– Co powiedział? – zapytałem, starając się brzmieć żartobliwie.

– No, że mama wygląda jak te aktorki z francuskich filmów – paplał Mikołaj, nieświadomy niczego.

Spojrzałem na Adelę. Zarumieniła się. Piła grzane wino, unikając mojego wzroku.

– Dzieci przekręcają – mruknęła. – Pewnie powiedział coś o moim kasku.

– Nie, mamo! Powiedział to, jak poprawiał ci gogle, kiedy przyszłaś nas sprawdzić! – wykrzyknął Mikołaj.

„Kiedy przyszłaś nas sprawdzić”. To zdanie zadzwoniło mi w głowie.

– Byłaś u nich na stoku? – zapytałem. – Mówiłaś, że idziesz do sklepu.

– Byłam – odparła defensywnie. – Ale ile można oglądać biżuterię? Chciałam zobaczyć, jak radzi sobie nasz syn. Płacimy temu facetowi fortunę, mam prawo kontrolować jakość usługi, prawda?

Brzmiało logicznie. Biznesowo. Uspokoiłem się. Przecież to Adela, moja chłodna, zdystansowana Adela. Ona nie flirtuje z instruktorami narciarstwa. To nie jest ten typ kobiety. Ona potrzebuje intelektualnej stymulacji, a nie górala z mięśniami ze stali.

Nic nie podejrzewałem

W czwartek nastąpił przełom. Rano Mikołaj obudził się z lekkim stanem podgorączkowym. Nic poważnego, ale na narty się nie nadawał. Zostawiliśmy go w pokoju z tabletem i opiekunką hotelową. Mieliśmy opłaconego Laurenta na cały dzień. 450 euro. Bezzwrotne.

– Szkoda, żeby przepadło – powiedziałem, pijąc kawę. – Może ja z nim pojeżdżę? Podszlifuję technikę na czarnych trasach.

Adela odstawiła filiżankę z brzękiem.

– Masz o jedenastej telekonferencję z zarządem. Słyszałam, jak wczoraj kląłeś pod prysznicem, że to sprawa życia i śmierci.

– Przesunę.

– Nie przesuniesz – jej głos był stanowczy, ale dziwnie miękki. – Idź pracować. Ja pójdę.

– Ty? – Zdziwiłem się. – Przecież narty cię stresują.

– Laurent mówił, że to kwestia nauczyciela. Skoro Mikołaj tak go chwali, może uda mu się sprawić, żebym nie bała się zjazdu. Poza tym… szkoda pieniędzy, prawda? Ty zawsze mówisz, że nie wolno marnować zasobów.

Przekonała mnie

Użyła mojej własnej broni. Mojej korporacyjnej logiki.

– Okej – zgodziłem się. – Ale uważaj na siebie. Nie jedźcie na nic trudnego.

– Będziemy na oślej łączce, kochanie – uśmiechnęła się i pocałowała mnie w policzek. Pachniała inaczej niż zwykle. Mocniej.

Wyszła. Zostałem sam w apartamencie z widokiem na Mont Blanc i stertą raportów w Excelu. Przez pierwsze dwie godziny pracowałem jak maszyna. Ale koło trzynastej, kiedy słońce zaczęło operować najmocniej, wyszedłem na balkon. Widziałem w dole tysiące narciarzy. Kolorowe kropki na białym tle. Próbowałem wypatrzyć czarny kombinezon Adeli i jaskrawoczerwoną kurtkę Laurenta. Nie widziałem ich.

Wysłałem SMS-a: „Jak idzie lekcja? Żyjesz?”. Odpisała po czterdziestu minutach: „Jest ciężko, ale Laurent jest niesamowicie cierpliwy. Robimy przerwę na lunch w Le Panoramic. Nie czekajcie na mnie, wrócę późnym popołudniem, chcę wykorzystać karnet”. Adela. Kobieta, która po godzinie na mrozie narzekała na cerę, chciała jeździć do późnego popołudnia. Powinna mi się zapalić czerwona lampka wielkości latarni morskiej. Ale ja? Ja pomyślałem: „Super, łapie bakcyla. Będziemy w przyszłym roku jeździć razem”.

Zaczęła jeździć

Wróciła po siedemnastej. Była zarumieniona, zdyszana, włosy miała w nieładzie, który próbowała ukryć pod czapką.

– I jak? – zapytałem, odrywając wzrok od laptopa.

– Intensywnie – rzuciła, mijając mnie w drodze do łazienki. – Boli mnie każdy mięsień. Muszę wziąć długą kąpiel.

Wieczorem poszliśmy na kolację. Adela była nieobecna. Bawiła się telefonem pod stołem. Nigdy tego nie robiła. Zawsze ganiła mnie za elektronikę przy posiłku.

– Kto pisze? – zapytałem.

– A, nikt. Koleżanka z jogi. Pyta o pogodę.

W nocy, kiedy spała, zrobiłem coś, czego się wstydzę, a co uratowało mi resztki godności albo dobiło ją do końca. Wziąłem jej telefon. Zmieniła kod. Zawsze mieliśmy te same: rok urodzenia Mikołaja. Teraz? Błąd. Odsunąłem telefon. Czułem, jak serce podchodzi mi do gardła. Paranoja? Czy intuicja? Następnego dnia Mikołaj czuł się lepiej, ale lekarz zalecił jeszcze jeden dzień bez wysiłku. Sytuacja się powtórzyła.

– Ja pójdę – powiedziała Adela niemal natychmiast. – Wczoraj zaczęłam łapać krawędziowanie. Nie chcę tego stracić.

– Jadę z wami – rzuciłem.

Szukałem ich

Zobaczyłem panikę w jej oczach. Trwała ułamek sekundy, ale tam była.

– Znowu będziesz wisiał na telefonie na stoku? To żenujące. Laurent nie lubi, jak ktoś mu przeszkadza w lekcji. Mówił, że to rozprasza.

„Laurent nie lubi”. Od kiedy opinia opłacanego przeze mnie pracownika jest ważniejsza od woli płatnika? Ale odpuściłem. Miałem kryzys w firmie. Tir z towarem utknął na granicy. Musiałem zostać.

Wyszli o dziewiątej. O jedenastej rozwiązałem problem z transportem. Byłem wolny. Postanowiłem zrobić im niespodziankę. Wiedziałem, gdzie zazwyczaj jeździ Laurent z początkującymi. Wziąłem narty i ruszyłem na stok. Zjechałem raz, drugi. Przeszukałem wszystkie trasy niebieskie i zielone. Nic. Zjechałem do bazy instruktorów.

– Szukam Laurenta – powiedziałem do dziewczyny w recepcji. – Ma lekcję z moją żoną, Adelą.

Dziewczyna spojrzała w grafik. Zmarszczyła brwi.

– Laurent? Laurent zaznaczył w systemie „lekcję terenową”. Są poza trasami.

– Poza trasami? Z moją żoną, która uczy się drugi dzień?

– Może to spacer na rakietach? Albo tour skiturowy? – próbowała ratować sytuację, ale widziałem, że sama jest zdziwiona.

Zaniepokoiłem się

Wróciłem do hotelu, ale nie do naszego pokoju. Usiadłem w barze naprzeciwko wejścia, z którego widać było drogę do narciarni. Czekałem. O czternastej zobaczyłem ich. Nie wracali ze stoku. Wracali z miasteczka. Szli ramię w ramię. Narty niósł Laurent na jednym ramieniu – dwie pary. Adela szła blisko niego.

W pewnym momencie poślizgnęła się na lodzie, a on złapał ją w pasie. Jego ręka nie puściła jej od razu po odzyskaniu równowagi. Zjechała niżej, na biodro, i została tam przez dobrych pięć sekund. Adela zaśmiała się i odchyliła głowę do tyłu, patrząc mu w oczy w sposób, w jaki nie patrzyła na mnie od dnia naszego ślubu.

Weszli do bocznego wejścia hotelu, tam gdzie są szafki na sprzęt. Ruszyłem za nimi. Cicho. Jak złodziej. Korytarz do narciarni był pusty. Słyszałem ich głosy dobiegające zza rogu, z sekcji VIP, gdzie mieliśmy naszą prywatną, ogrzewaną szafkę.

– …jesteś szalony – to był szept Adeli.

– Jesteś wspaniała – niski, chrapliwy głos Laurenta. – Twój mąż to idiota, że zostawia cię samą.

Zatrzymałem się. Serce waliło mi tak głośno, że bałem się, iż ich zagłuszy.

– Nie mów o nim teraz – szepnęła Adela.

Nakryłem ich

I wtedy usłyszałem dźwięk, którego nie zapomnę do końca życia. Dźwięk rozsuwanego zamka błyskawicznego w kombinezonie narciarskim. Ten charakterystyczny, plastikowy szurgot. A potem cisza, przerywana tylko ciężkim oddechem i odgłosem nart uderzających o ścianę, jakby ktoś się o nie oparł.

Nie wszedłem tam. Nie byłem gotowy na widok. Jestem tchórzem? Może. Ale w tamtej chwili czułem, jakby ktoś wylał na mnie kubeł ciekłego azotu. Moja żona, moja „chłodna” Adela w brudnej narciarni, z facetem, któremu płacę za to, żeby uczył mojego syna pługu. Wycofałem się. Wieczorem poszliśmy na kolację. Ostatnią. Adela była promienna. Mówiła, że narty to jej nowa pasja, że Laurent to geniusz pedagogiki.

– Naprawdę, warto było wydać te pieniądze. Czuję się jak nowo narodzona.

Patrzyłem na nią, krojąc stek. Czułem, jak żółć podchodzi mi do gardła.

– Czego cię dziś nauczył? – zapytałem, patrząc jej prosto w oczy.

– Balansu. Przenoszenia ciężaru ciała.

– W narciarni? – zapytałem cicho.

Zamarła. Widelec stuknął o talerz. W restauracji było gwarno, ale przy naszym stoliku zapadła absolutna, martwa cisza.

– O czym ty mówisz? – jej głos był o ton wyższy niż zwykle.

– Widziałem was. Byłem w narciarni. Słyszałem, jak nazywa mnie idiotą. I słyszałem, że nie zaprotestowałaś.

Atakowała mnie

Mikołaj siedział obok, wciągając makaron. Miał słuchawki na uszach, oglądał coś na iPadzie. Dzięki Bogu. Adela zbladła, a potem jej twarz stwardniała. Nie zaprzeczyła. Nie zaczęła płakać. Zrobiła coś gorszego. Przeszła do ataku.

– Więc mnie śledziłeś? Zamiast spędzać czas z rodziną, bawiłeś się w detektywa?

– Zdradzasz mnie z instruktorem, któremu płacę 450 euro dniówki, i to ja jestem tym złym?

– Tak! – syknęła szeptem. – Bo ciebie nie ma! Nawet jak tu jesteś, to cię nie ma. Zapłaciłeś za wszystko, żeby mieć spokój sumienia. Kupiłeś najdroższy hotel, najdroższe lekcje, żebyś nie musiał się starać. Laurent… mnie dotyka tak, jakby mu zależało, a nie jakby odhaczał punkt w grafiku.

– On cię dotyka, bo to łatwy strzał. Bogata, znudzona żona klienta. Myślisz, że jesteś jedyna? Jesteś dla niego bonusem do napiwku.

To był cios poniżej pasa, wiem. Ale chciałem, żeby ją zabolało tak, jak bolało mnie. Wstała od stołu.

– Wracam do Polski z Mikołajem. Ty zostań ze swoimi pieniędzmi i swoją dumą.

Zostałem sam

Wyjechała następnego dnia rano. Ja zostałem jeszcze dwa dni, sam w apartamencie za tysiące euro. Piłem drogą whisky i patrzyłem na stok. Widziałem Laurenta z nową grupą. Uśmiechał się. Był królem życia. Dostał swoje pieniądze, dostał swoją zabawę. Rozwód kosztował mnie znacznie więcej niż te ferie. Adela odeszła, ale nie do Laurenta – on oczywiście zapomniał o niej w momencie, gdy wyjechała z parkingu. Odeszła, by „znaleźć siebie”, zabierając połowę majątku.

To była najdroższa lekcja w moim życiu. Nie nauczyłem się jeździć na nartach, ale nauczyłem się czegoś innego: jeśli w twoim związku jest pusta przestrzeń, to nie zasypiesz jej pieniędzmi. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto wypełni ją czymś innym – i wystawi ci za to rachunek, którego nie będziesz w stanie spłacić.

Filip, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama