Reklama

Myślałam, że po miesiącach napięć wreszcie odzyskaliśmy spokój. W domu znów panowała cisza, a ja zaczęłam wierzyć, że to, co bolało najbardziej, zostało już przepracowane. Tłusty czwartek miał być zwyczajny, nawet trochę pogodny. Nie przypuszczałam, że właśnie tego dnia ktoś postanowi przypomnieć mi, jak krucha bywa nadzieja i jak łatwo ją rozgnieść jednym, pozornie niewinnym gestem.

Nie mogłam w to uwierzyć

Tłusty czwartek od zawsze kojarzył mi się z czymś bezpiecznym. Z cukrem pudrem na palcach, z kolejką w piekarni i z poczuciem, że pewne rzeczy w życiu są niezmienne. Tego dnia wstałam wcześniej, bo chciałam zdążyć przed pracą kupić pączki. Dla siebie, dla męża, dla dzieci. Jakby ten drobny rytuał miał przypieczętować, że wracamy do normalności.

W piekarni było tłoczno i głośno. Ktoś żartował, ktoś narzekał, ktoś liczył kalorie na głos. Stałam w kolejce i przez moment złapałam się na tym, że się uśmiecham. Pomyślałam, że może naprawdę przesadzam z ostrożnością. Że nie muszę już analizować każdego spojrzenia Pawła, każdego sygnału w jego telefonie. Przecież obiecał. Przecież miał być koniec.

W domu rozłożyłam pączki na kredensie. Paweł wyszedł wcześniej do pracy, zostawiając po sobie tylko niedopitą kawę i kartkę z krótkim „wrócę później”. Nie zdziwiło mnie to. Ostatnio często wracał późno, ale już nie zadawałam pytań. Uczyłam się ufać na nowo, choć szło mi to opornie.

Około południa zadzwonił dzwonek do drzwi. Byłam przekonana, że to kurier albo sąsiadka, więc otworzyłam bez większego zastanowienia. Na progu stała kobieta. Elegancka, z idealnie ułożonymi włosami i pudełkiem w rękach. Uśmiechała się tak, jakbyśmy znały się od lat.

– Dzień dobry, pani Marzena? – zapytała spokojnie.

Skinęłam głową, czując, jak coś nieprzyjemnie ściska mnie w żołądku.

Przyniosłam pączki – dodała, unosząc pudełko. – Pomyślałam, że skoro tłusty czwartek, to miło będzie podzielić się słodkościami. Paweł na pewno się ucieszy.

Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie słowa. Stałam w progu własnego mieszkania, patrząc na kobietę, której twarzy nie znałam, ale której obecność mówiła aż za dużo.

– My już mamy pączki – odpowiedziałam w końcu, wskazując na kuchnię. – I… nie przypominam sobie, żeby Paweł wspominał o wizycie.

Jej uśmiech nie zniknął. Wręcz przeciwnie, stał się jeszcze pewniejszy.

– Och, Paweł czasem zapomina o takich drobiazgach – rzuciła lekko. – Pomyślałam, że zrobię mu niespodziankę. Nam wszystkim.

Wtedy zrozumiałam, że to będzie długi dzień. I że ktoś właśnie postanowił wejść do mojego życia bez pytania, zostawiając po sobie ślad, którego nie da się tak łatwo zetrzeć.

To było jak cios w serce

Stałyśmy tak przez kilka sekund, mierząc się spojrzeniami. W końcu odsunęłam się od drzwi, bardziej z automatu niż z uprzejmości. Kobieta weszła do środka pewnym krokiem, jakby dokładnie wiedziała, gdzie odłożyć buty i gdzie jest kuchnia. To zabolało bardziej, niż chciałam przed sobą przyznać.

– Proszę… do kuchni – powiedziałam cicho.

Postawiła pudełko obok moich pączków, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie. Zdjęła płaszcz i rozejrzała się uważnie.

Ładnie tu macie – rzuciła. – Paweł zawsze mówił, że to dzięki pani.

Zacisnęłam palce na blacie.

Kim pani jest? – zapytałam, choć przecież znałam odpowiedź.

Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby to pytanie było spóźnione.

– Mam na imię Marta – odpowiedziała. – My… znamy się z Pawłem. Dość dobrze.

– Dość dobrze? – powtórzyłam, czując, jak głos zaczyna mi drżeć. – On twierdził, że to już przeszłość.

Marta uniosła brwi.

– Przeszłość? – powtórzyła powoli. – To ciekawe określenie. Widziałam się z nim jeszcze w zeszłym tygodniu.

W pokoju zapadła cisza, gęsta i duszna. W głowie kłębiły mi się myśli. Spojrzałam na pączki. Dwa pudełka, jedno obok drugiego. Jak symbol rywalizacji, której nigdy nie chciałam.

– Dlaczego pani przyszła? – zapytałam w końcu. – Czego pani ode mnie chce?

Westchnęła teatralnie i oparła się o krzesło.

– Chciałam zobaczyć, kim jest kobieta, od której Paweł nie potrafi odejść – powiedziała. – I powiedzieć pani, że nie wszystko da się zamknąć tak łatwo, jak on obiecywał.

Poczułam, jak narasta we mnie złość, ale też coś jeszcze. Upór.

To moje małżeństwo – odpowiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam. – I to my z Pawłem decydujemy, co dalej.

Marta uśmiechnęła się krzywo.

– Właśnie dlatego tu jestem. Żeby pani pamiętała, że decyzje mają swoje konsekwencje.

Kiedy wyszła kilka minut później, mieszkanie wydało mi się obce. Zadzwoniłam do Pawła, ale nie odebrał. Usiadłam przy stole, patrząc na pączki, których nagle nie miałam ochoty nawet dotknąć. Wiedziałam jedno: wieczorem ta historia będzie musiała znaleźć swój ciąg dalszy.

Nie chciałam słuchać jego tłumaczeń

Paweł wrócił dopiero po dziewiętnastej. Usłyszałam klucz w drzwiach i od razu poczułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej. Nie wyszłam do przedpokoju. Zostałam w kuchni, przy stole, dokładnie tam, gdzie kilka godzin wcześniej siedziała Marta. Pączki wciąż stały nietknięte, oba pudełka obok siebie.

– Cześć – rzucił, zaglądając do kuchni. – Czemu tak ciemno?

Nie odpowiedziałam od razu. Wskazałam tylko na blat.

Mieliśmy dziś gościa.

Zatrzymał się. Spojrzał na pudełka i przez ułamek sekundy widziałam w jego oczach coś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Zaskoczenie. A potem napięcie.

– Kogo? – zapytał, choć brzmiało to bardziej jak próba zyskania czasu.

– Martę – odpowiedziałam spokojnie. – Przyniosła pączki.

Zdjął kurtkę wolniej niż zwykle, odwiesił ją starannie, jakby porządek miał mu pomóc zebrać myśli.

– Przepraszam – powiedział w końcu. – Nie wiedziałem...

A jednak się z nią widywałeś – weszłam mu w słowo. – Mówiłeś, że to się skończyło.

Usiadł naprzeciwko mnie i potarł dłonie o spodnie.

– To było jedno spotkanie – zaczął. – Chciałem wszystko zamknąć raz na dobre.

– Zamknąć? – uniosłam głos. – Ona przyszła tu dziś, Paweł. Do naszego domu. I mówiła, jakby miała do tego prawo.

Milczał. A to milczenie bolało najbardziej.

– Dlaczego jej nie powiedziałeś, żeby się trzymała z daleka? – zapytałam ciszej. – Dlaczego ja muszę dowiadywać się takich rzeczy od niej?

Podniósł na mnie wzrok.

Bałem się – przyznał. – Bałem się, że jeśli zrobię to zbyt ostro, wszystko wyjdzie na nowo. A ja chciałem nas ratować.

Poczułam, jak zbiera mi się w gardle.

– To chyba ci nie wyszło – powiedziałam. – Już za późno na tłumaczenia.

Wstałam od stołu i wyrzuciłam oba pudełka do kosza. Paweł patrzył na mnie bez słowa. W tamtej chwili zrozumiałam, że to nie Marta była największym problemem. Tylko to, jak bardzo Paweł nie potrafił postawić granic.

To był koniec takiego życia

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Paweł spał obok, niespokojny, jakby nawet we śnie próbował coś naprawić. Patrzyłam w sufit i po raz pierwszy od wielu tygodni nie zadawałam sobie pytania, czy mu wierzę. Wiedziałam, że to pytanie straciło sens. Ważniejsze było inne: czy ja jeszcze chcę w tym trwać.

Rano wstałam wcześniej. Zaparzyłam kawę tylko dla siebie. Paweł pojawił się w kuchni z podkrążonymi oczami.

– Myślałem całą noc – powiedział cicho. – Masz rację. Zawaliłem, ale mogę to naprawić. Obiecuję.

Spojrzałam na niego spokojnie. Bez gniewu, bez łez.

– Paweł, ty próbujesz naprawiać skutki, a nie przyczyny – odpowiedziałam. – Marta przyszła tu nie dlatego, że jest bezczelna. Tylko dlatego, że dałeś jej poczucie, że może.

– Już nigdy się nie odezwie – zapewnił szybko. – Zablokuję ją, powiem jasno…

To nie o nią chodzi – przerwałam mu. – Chodzi o to, że ja nie chcę już pilnować granic za ciebie. Nie chcę się zastanawiać, czy ktoś znów stanie w drzwiach z pudełkiem pączków i uśmiechem pełnym aluzji.

Usiadł ciężko na krześle.

– Czyli to koniec? – zapytał.

To pytanie wisiało w powietrzu od miesięcy. Teraz wreszcie miało odpowiedź.

To koniec takiego życia – powiedziałam. – Ja potrzebuję spokoju. Pewności. A ty musisz się nauczyć odpowiedzialności. Osobno.

Kilka tygodni później Paweł się wyprowadził. Marta już nigdy się nie odezwała. W tłusty czwartek następnego roku znów stanęłam w kolejce po pączki. Sama. I ku własnemu zaskoczeniu poczułam ulgę. Bo czasem dopiero gdy ktoś przekroczy granicę, człowiek wreszcie znajduje odwagę, by ją postawić na nowo.

Marzena, 51 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama