Reklama

Nigdy nie byłam dobra z matematyki. W szkole wolałam polski, historię, marzyłam o pisaniu wierszy, ale życie jest brutalnym nauczycielem. Dziś, w wieku siedemdziesięciu dwóch lat, liczę lepiej niż niejeden księgowy. Znam na pamięć ceny w trzech różnych marketach w promieniu dwóch kilometrów.

Ledwo spinałam miesiąc

Wiem, że w dyskoncie cukier jest tańszy o dwadzieścia groszy niż w sklepie osiedlowym, ale muszę tam dojść pieszo, bo bilet na autobus to luksus, na który pozwalam sobie tylko w dni, kiedy stawy odmawiają posłuszeństwa.

Tamtego dnia stałam przed półką z nabiałem. Ser żółty podrożał o kolejne trzy złote za kilogram. Patrzyłam na cenę i czułam, jak w gardle rośnie mi gula. To nie był tylko ser. To był symbol mojej porażki. Całe życie pracowałam. Najpierw w zakładach odzieżowych, potem w szkolnej bibliotece. Płaciłam składki, byłam uczciwa. A teraz jestem nikim. Jestem statystyką, roszczeniową emerytką, która blokuje kolejkę przy kasie, bo za długo szuka drobnych.

Wzięłam do ręki najtańszy twaróg. Data ważności kończyła się jutro, więc był przeceniony o 30%. To był mój mały sukces dnia. Włożyłam go do koszyka, omijając wzrokiem szynkę, której zapach drażnił moje nozdrza. Szynka była na święta, jeśli starczy po opłaceniu czynszu i leków na nadciśnienie.

Oszczędzałam na wszystkim

Weszłam do kuchni, by schować ten nieszczęsny twaróg, i uderzyła mnie cisza. Lodówka nie buczała. Otworzyłam drzwiczki. Ciemność. Ciepło. Woda kapała z zamrażalnika na podłogę, tworząc małą, smutną kałużę. Serce podeszło mi do gardła. To był stary Mińsk, miał chyba ze trzydzieści lat. Reanimowałam go już trzy razy przy pomocy pana Mietka, złotej rączki z parteru, ale Mietek zmarł zeszłej zimy.

– Nie, nie, nie… błagam – szeptałam do martwego urządzenia, głaszcząc pożółkłą emalię.

W środku miałam zapas mrożonek – dwie torebki warzyw na patelnię, które kupiłam w promocji „3 w cenie 2” pół roku temu, i kawałek mięsa na czarną godzinę. Jeśli to się rozmrozi, stracę jedzenie na dwa tygodnie.

Siadłam na taborecie i po prostu się rozpłakałam. To nie był płacz histeryczki. To był cichy, beznadziejny szloch kogoś, kto nie ma już siły walczyć z materią. Nowa lodówka, nawet najtańsza, to wydatek rzędu tysiąca złotych. Moja emerytura wynosi 1650 złotych netto. Po opłaceniu czynszu (600 zł), prądu, gazu i leków (300 zł), zostaje mi 750 złotych na życie. Matematyka była bezlitosna. Jeśli kupię lodówkę na raty, nie będę jadła. Jeśli nie kupię lodówki, jedzenie się zepsuje, i też nie będę jadła.

Nie miałam wyjścia

Wtedy mój wzrok padł na zdjęcie w ramce stojące na kredensie. Roksana, moja śliczna, mądra córeczka. Zdjęcie z dnia wylotu do Chicago, piętnaście lat temu. Sprzedałam wtedy działkę po rodzicach, żeby dać jej na start. „Mamo, ściągnę cię tam. Będziemy żyć jak królowe” – obiecywała. Nigdy nie byłam w USA. Od pięciu lat ona nie była w Polsce.

Wyciągnęłam telefon. Stary smartfon z pękniętym ekranem, który dostałam w spadku po wnuku sąsiadki, kiedy on wymieniał go na nowszy model. Wybrałam numer na WhatsAppie. W Chicago była teraz 9 rano. Powinna już wstać. Sygnał łączył się długo. Zobaczyłam swoją twarz na ekranie – zmęczoną, szarą, ze zmarszczkami wyżłobionymi przez troski. Wstydziłam się tego widoku. W końcu odebrała. Obraz był krystalicznie czysty. Roksana wyglądała pięknie. Zadbanie, młodo, mimo czterdziestki na karku.

– Cześć mamo! – rzuciła szybko, patrząc gdzieś w bok. – Co tam? Słuchaj, mam mało czasu, bo zaraz przychodzi moja instruktorka jogi, a potem lecimy z Thomasem na brunch.

– Cześć córeczko – mój głos zadrżał. – Przepraszam, że przeszkadzam. Chciałam tylko… usłyszeć twój głos.

Niecierpliwiła się

Roksana westchnęła.

– Mamo, dzwoniłaś w niedzielę. Wszystko okej? Wyglądasz jakoś… niewyraźnie. Znowu oszczędzasz na świetle? Jest u ciebie ciemno.

Zrobiło mi się gorąco ze wstydu. Rzeczywiście, nie włączyłam górnego światła, tylko małą lampkę.

– Roksanko… mam problem. Lodówka mi się zepsuła.

Zapadła cisza. Widziałam, jak jej brwi marszczą się w wyrazie zniecierpliwienia, a nie troski.

– No to wezwij fachowca, mamo. W czym problem? Przecież nie przylecę z Illinois, żeby ci naprawić lodówkę.

– Wiem, kochanie. Chodzi o to, że… ona jest stara. Fachowiec nic nie da. Muszę kupić nową.

– No to kup – wzruszyła ramionami, jakby chodziło o kupno bułki.

Zacisnęłam powieki. Musiałam to powiedzieć. Musiałam się upokorzyć.

– Nie mam za co. Ceny tak poszły w górę… Czynsz podnieśli w spółdzielni. Leki na serce podrożały. Brakuje mi.

Nic nie rozumiała

Roksana odstawiła kubek z głośnym stuknięciem.

– Przecież masz emeryturę. Tata nie zostawił ci długów. Nie możesz jakoś… no nie wiem, lepiej gospodarować? W Polsce jest tanio w porównaniu do Stanów. Wiesz ile ja płacę za ubezpieczenie zdrowotne?

– Wiem, córeczko, ale…

– Zawsze to samo. Ja tutaj haruję jak wół. Myślisz, że pieniądze rosną na drzewach? Thomas ma teraz przestój w firmie, robimy remont kuchni. Mam stres na poziomie tysiąca procent, a ty dzwonisz i jęczysz o lodówkę.

Remont kuchni. Ta informacja uderzyła mnie jak policzek.

– Potrzebuję tylko tysiąc złotych. Oddam ci… w ratach. Po sto złotych miesięcznie – wyszeptałam, czując, jak godność wypływa ze mnie wraz z tymi słowami.

– Tysiąc złotych? To jakieś… – przeliczyła szybko w głowie – 250 dolarów. Mamo, serio? Dla 250 dolarów robisz dramat?

– Dla mnie to majątek, Roksana.

– Dobra, prześlę ci. Ale dopiero w przyszłym tygodniu, jak Thomas dostanie przelew od klienta.

Wstydziła się mnie

– Dziękuję, córeczko. Dziękuję ci bardzo. W przyszłym tygodniu… jakoś wytrzymam. Będę trzymać jedzenie na balkonie, jest chłodno w nocy.

– Na balkonie? Mamo, nie rób wiochy. Sąsiedzi zobaczą. Dobra, muszę kończyć, instruktorka dzwoni do drzwi. Pa!

Rozłączyła się. Ekran zgasł. Zostałam sama w ciemnej kuchni, z zepsutą lodówką i obietnicą 250 dolarów, które dla niej były kwotą na waciki, a dla mnie kwestią przetrwania. Ale najbardziej zabolało mnie to „nie rób wiochy”. Moja bieda była dla niej estetycznym dyskomfortem. Wstydem, który psuł jej obrazek idealnego życia.

Przez następne trzy dni żyłam w dziwnym letargu. Jedzenie faktycznie wystawiłam na balkon, przykrywając je starą miską, żeby gołębie się nie dobrały. Modliłam się o niskie temperatury, ale jak na złość przyszło ocieplenie. Masło spłynęło, mleko skwaśniało. Jadłam suchy chleb maczany w herbacie.

Minął tydzień. Przelewu nie było. Pisałam do Roksany, ale odczytywała wiadomości i nie odpisywała. Czułam nie złość, ale zimny, lepki smutek. Wtedy przyszło awizo. Paczka z USA! Serce podskoczyło mi do gardła. A jednak! Pamiętała! Może nie mogła zrobić przelewu? Może wysłała gotówkę w kopercie ukrytą w paczce? Albo chociaż jakieś luksusowe konserwy, kawę, ubrania?

Ucieszyłam się

Pobiegłam na pocztę, ignorując ból w biodrze.

– Jest cło do zapłacenia – powiedziała urzędniczka, patrząc na mnie znad okularów. – 80 złotych.

80 złotych to było moje jedzenie na tydzień. W portfelu miałam stówę – ostatnią, pożyczoną od sąsiadki z dołu, której obiecałam oddać jak tylko córka przyśle. Ręce mi się trzęsły, gdy wyciągałam ten banknot. Zapłaciłam. Zostało mi 20 złotych. Wzięłam spore pudełko pod pachę i wracałam do domu jak na skrzydłach. Warto było. Na pewno warto. Roksana na pewno przysłała coś wartościowego.

W domu, drżącymi rękami, rozcięłam taśmę. W środku było dużo kolorowego papieru i zapach drogich perfum. Odsunęłam papier. Na dnie leżały: markowa torebka z lekko przetartym rogiem, trzy świeczki zapachowe i sweter z kaszmiru, piękny, beżowy, ale z małą plamką po winie na rękawie. I kartka: „Mamo, robiłam porządki w szafie przed wyjazdem i pomyślałam o tobie. Te rzeczy są za małe na mnie, a tobie będą pasować. Torebka jest warta fortunę, możesz nią szpanować przed sąsiadką! O kasie pamiętam, ale mam blokadę na koncie, wyślę jak wrócę z wakacji. Buziaki!”.

Przysłała mi śmieci

Przeszukałam pudełko jeszcze trzy razy. Zajrzałam do torebki – była pusta, znalazłam tylko stary bilet do kina i gumę do żucia. Wytrząsnęłam sweter. Nic. Żadnych pieniędzy. Siedziałam na podłodze, otoczona luksusowymi śmieciami mojej córki. Zapłaciłam 80 złotych za jej znoszone ubrania. Za jej odpady.

Świeczka pachniała wanilią i czymś słodkim. Zapaliłam ją. Płomień tańczył wesoło. Tego wieczoru ugotowałam zupę „nic”. Woda, kostka rosołowa, garść ryżu, który znalazłam na dnie szafki. Włożyłam kaszmirowy sweter. Był ciepły, miękki, luksusowy. Plamę po winie zakryłam, podwijając rękaw. Wzięłam torebkę i wyszłam na balkon. Sąsiadka właśnie paliła papierosa na swoim balkonie obok.

– Ale się pani wystroiła! To od córki?

Spojrzałam na nią. Mogłam powiedzieć prawdę, że jestem głodna, że lodówka śmierdzi zgnilizną, a moja córka traktuje mnie jak śmietnik na swoje stare rzeczy. Że moje macierzyństwo okazało się inwestycją, która zbankrutowała. Ale nie mogłam. Duma to jedyne, co mi zostało. To ostatni bastion, którego nie zniszczyła inflacja ani samotność.

Nie mam żalu

– Tak – powiedziałam głośno, podnosząc torebkę, żeby błysnęła złotym logo w świetle latarni. – Przysłała mi prosto z Chicago. Kaszmir. I torebka od projektanta. I jeszcze dolary w środku, ale już schowałam. Mówi, żebym sobie kupiła nową lodówkę, taką z kostkarką do lodu.

– No pani patrzy… – sąsiadce zrzedła mina. Zgasiła papierosa nerwowym ruchem. – To ma pani dobrą córkę. Jednak pamięta.

– Pamięta – powtórzyłam, czując, jak słowa więzną mi w gardle jak ości. – Pamięta.

Wróciłam do mieszkania. Zgasiłam świeczkę, bo szkoda, żeby się wypaliła za szybko. Może uda mi się sprzedać torebkę w lombardzie? Może dostanę za nią chociaż dwieście złotych? Starczyłoby na używaną lodówkę. Co innego mi zostało? Jest moją córką. A ja jestem matką. Nawet jeśli jestem matką głodną, oszukaną i samotną w swoim kaszmirowym swetrze z plamą. Jutro pójdę do lombardu. A dziś po prostu pójdę spać, żeby nie czuć głodu.

Pelagia, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama