Reklama

„Jesteśmy z mężem parą od ponad 40 lat. Wszyscy się dziwią, że tyle ze sobą wytrzymaliśmy i nie przyprawialiśmy sobie rogów”

W naszym małym miasteczku ludzie często zerkają na nas z niedowierzaniem. Kiedy mówimy, że jesteśmy razem już ponad czterdzieści lat, reakcje są zawsze te same: „To niemożliwe!”, „I nigdy się nie zdradziliście?”, „Jak wy to zrobiliście?”. Nie mamy jednej odpowiedzi. Może to kwestia przyzwyczajenia, może strachu, a może zwyczajnie – miłości, choć wcale nie tej z filmów. Nie jesteśmy idealni. Bywało różnie – od euforii po momenty, w których ledwo się znosiliśmy. Mimo to jesteśmy. Nadal razem. I to, jak dla mnie, jest największym cudem w tym związku.

Najpierw był śmiech

Poznaliśmy się na wiejskim weselu, na które nie chciałam iść. Namówiła mnie koleżanka, twierdząc, że choćby nie wiem jak było drętwo, przynajmniej się najemy za darmo. Miałam na sobie pożyczoną sukienkę i humor jak z kapelusza, kiedy nagle podszedł do mnie on – niski, potargany, w za dużym garniturze i z butonierką zrobioną z... koperku.

– Zatańczysz, zanim mi ten koperek zwiędnie? – zapytał i spojrzał tak rozbrajająco, że nie mogłam się nie roześmiać.

Nie był typem, za którym oglądały się dziewczyny. Raczej tym, co rozśmieszał towarzystwo i tańczył jakby miał w nogach sprężyny. Spędziliśmy tamtą noc, śmiejąc się do bólu brzucha. Nie było romantycznie, nikt nie mówił o miłości. Po prostu dobrze się ze sobą bawiliśmy. Tydzień później przyszedł do mnie z bukietem chabrów i powiedział, że nie może przestać o mnie myśleć. Uznałam to za urocze, choć trochę dziwne.

Zaczęliśmy się spotykać. Głównie chodziliśmy na spacery, bo nie miał pieniędzy. Nigdy nie miał. Ale miał gadane i rozśmieszał mnie tak, jak nikt wcześniej. To wystarczyło, żeby zostać na dłużej.

Pierwsze lata, pierwsze kłótnie

Pobraliśmy się po dwóch latach chodzenia. Bez zaręczyn, bez pierścionka, za to z wielką pompą i kapelą, która fałszowała jak diabli. Miałam dwadzieścia trzy lata, on dwadzieścia osiem. Wydawało mi się, że wszystko już wiemy – o sobie, o życiu, o tym, czego chcemy. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że będziemy się żreć o firanki albo smak ogórkowej, wyśmiałabym go. A jednak.

– Czemu ty zawsze musisz zostawiać skarpetki przy łóżku?! – wykrzykiwałam, sprzątając po raz kolejny jego „skarby”.

– Bo rano nie mam czasu, a wieczorem jestem zmęczony – odpowiadał, jakby to było najlogiczniejsze na świecie.

Zaczęło się niewinnie. Różnice w gustach, w przyzwyczajeniach, w podejściu do pieniędzy. Ja chciałam oszczędzać, on żyć „tu i teraz”. Ja marzyłam o kuchni z oknem, on o motocyklu. Kłóciliśmy się często, czasem ostro, ale nigdy nie zasypialiśmy osobno. Nawet jak się obraziłam, zawsze wieczorem podsuwał mi kubek z herbatą.

Śmiałam się, bo złości długo nie potrafiłam trzymać. Może dlatego przetrwaliśmy. Nie było łatwo, ale nigdy nie przestaliśmy ze sobą gadać. I właśnie to – rozmowa, nawet w furii – trzymało nas razem.

Zdrada? Nie u nas

Kiedy dzieci podrosły, a dom jako tako się urządził, dopadła nas rutyna. Cichy wróg. Każdy dzień był jak poprzedni – praca, obiad, zakupy, telewizor. Siedzieliśmy obok siebie, ale bywały tygodnie, że rozmawialiśmy tylko o rachunkach i liściach w rynnach. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że on może mieć kogoś. Nie miałam dowodów, tylko przeczucie. Zaczął bardziej dbać o siebie. Nowa koszula, woda kolońska, sms-y, które ukrywał, jakby były tajemnicą państwową.

– Gdzie byłeś tak długo? – zapytałam pewnego wieczoru, udając, że się nie boję odpowiedzi.

– U Maćka. Pomagałem mu z dachem – rzucił od niechcenia i sięgnął po piwo.

Nie uwierzyłam. Przez dwa dni chodziłam jak bomba zegarowa. A trzeciego wybuchłam. Wyprałam wszystkie jego rzeczy, spakowałam w torbę i wystawiłam za drzwi.

– Skoro tak ci dobrze u Maćka, to może się tam wprowadź! – krzyknęłam, trzaskając drzwiami.

Po godzinie zapukał. W ręku trzymał różę z ogrodu sąsiadki.

– Nie zdradziłem cię. Ale jak tak dalej pójdzie, to może ktoś z nas w końcu to zrobi. Chodźmy gdzieś. Sam na sam. Musimy sobie przypomnieć, kim dla siebie jesteśmy.

Poszliśmy wtedy na spacer do lasu. Tak, jak dawniej. I wszystko zaczęło się od nowa.

Wzloty, upadki i kredyty

Nie wszystko udało się posklejać spacerem po lesie. Życie i tak rozstawiało pionki po swojemu. Kredyty, zmiana pracy, choroba teściowej, dwoje dzieci na studiach i rachunki, które nie czekały. On coraz częściej chodził zgarbiony, jakby niósł na plecach wszystkie nasze problemy. Ja przestałam marzyć o wakacjach, zaczęłam liczyć każdy paragon.

– Zobacz, to jest życie? – rzuciłam kiedyś w nerwach, siedząc nad kalkulatorem.

– A co innego niby ma być? Bajka? – odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.

Nie było łatwo. Kłóciliśmy się znów o pieniądze, o przyszłość, o dzieci, które niby dorosłe, a nadal z nami. Potrafiliśmy się nie odzywać trzy dni. I wtedy przyszedł on z kwiatkiem w kubku po jogurcie i rzucił:

Ja już nie chcę się z tobą kłócić. Chcę być starym zrzędą, ale twoim. Pamiętasz, jak mówiłaś, że chcesz kuchnię z oknem? Zrobię ci tę kuchnię. Nawet jakbyśmy mieli sprzedać samochód.

Nie sprzedał samochodu. Dostał awans, ja też zaczęłam dorabiać, i w końcu mieliśmy naszą kuchnię z oknem. Staliśmy w niej potem wieczorami, piliśmy herbatę i milczeliśmy. Ale to już było inne milczenie. Ciche. Spokojne. Zgoda, nie obojętność.

Miewaliśmy ciche dni

Najgorsze przyszło później. Gdy dzieci się wyprowadziły, dom zaczął ziać pustką, a my... przestaliśmy się szukać. Nie było już o co się sprzeczać, nie było na co czekać. Każdy miał swój fotel, swoją gazetę, swój rytm dnia. Ja – krzyżówki i seriale, on – wieczne dłubanie w garażu.

– Zjesz coś? – pytałam, choć wiedziałam, że powie, że już jadł.

– Może później – rzucał z przyzwyczajenia, nie podnosząc wzroku.

Cisza między nami nie była ciepła. To było to zimne, świdrujące milczenie, które potrafiła zagłuszyć tylko tykająca wskazówka zegara. Przez chwilę naprawdę myślałam, że to koniec. Że już wszystko, co mieliśmy do powiedzenia, zostało powiedziane. I że jesteśmy razem tylko z przyzwyczajenia. Przez kilka tygodni rozważałam, czy nie wyjechać do siostry na trochę. Żeby zatęsknił. Albo ja. Albo żebyśmy oboje się upewnili.

Zamiast tego wzięłam butelkę wina, dwa kieliszki i poszłam do garażu. On spojrzał zdziwiony.

– Rocznica – rzuciłam.

– Nasza?

– No pewnie, że nasza. Czterdzieści lat temu zatańczyłeś ze mną z koperkiem w butonierce.

I po raz pierwszy od dawna, znów się śmiałam. A on ze mną.

Nie każde szczęście widać na zdjęciach

Dziś, gdy patrzę na nasze wspólne zdjęcia, widzę dwoje zwykłych ludzi. Nie ma tam egzotycznych podróży, luksusowych wnętrz, uśmiechów jak z reklam pasty do zębów. Czasem nawet wyglądamy na zmęczonych, znudzonych sobą albo po prostu starych. Ale to tylko zdjęcia. One nie pokazują, jak trzymaliśmy się za ręce w szpitalnej poczekalni, jak płakaliśmy razem po śmierci mojego ojca, jak zasypialiśmy w objęciach, gdy dzieci miały gorączkę.

Ludzie pytają, jak wytrwaliśmy tyle lat razem. Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Może dlatego, że oboje byliśmy uparci i nikt pierwszy nie chciał wyjść. A może dlatego, że mimo wszystko... nadal chcieliśmy być razem. Po prostu.

On wciąż zostawia skarpetki przy łóżku. Ja wciąż zapominam, gdzie odkładam okulary. Kłócimy się, czasem cicho, czasem głośno. Ale potem znów gotujemy razem rosół i śmiejemy się, że tylko my dwoje wiemy, jak ugotować go „tak jak trzeba”.

Miłość? Może. Przywiązanie? Na pewno. Czasem bardziej lubiliśmy się niż kochaliśmy. I to też było w porządku. Nie każda miłość krzyczy. Czasem wystarczy, że trwa.

Halina, 66 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama