Reklama

Wszyscy oczekiwali, że po rozwodzie będę chodzić ze spuszczoną głową i ocierać łzy chusteczką haftowaną w inicjały, których już nie chciałam używać. Moja matka przygotowała już serię pocieszających zupek, a koleżanki z pracy patrzyły na mnie wzrokiem pełnym litości. Tymczasem ja czułam się lżejsza o osiemdziesiąt kilogramów pretensji, wiecznego niezadowolenia i beżowych dywanów, których nienawidziłam z całego serca. To nie był koniec świata. To był początek mojego życia, a ja zamierzałam to uczcić tak, jakby jutra miało nie być.

Świętuję odzyskane panieństwo

Po rozwodzie spodziewałam się ukłucia w sercu, jakiejś nostalgii za tymi siedmioma latami, które spędziliśmy pod jednym dachem. Ale jedyne, co czułam, to narastające w piersi musowanie, przypominające bąbelki oranżady. Gdy wyszliśmy z sali, Tomasz przystanął na chwilę.

– Mam nadzieję, że poradzisz sobie z formalnościami dotyczącymi mieszkania – rzucił, nie patrząc mi w oczy.

– Poradzę sobie, Tomasz – odpowiedziałam, uśmiechając się szeroko. – Ze wszystkim sobie poradzę.

Zmarszczył brwi, jakby mój uśmiech był czymś niestosownym. Odwrócił się na pięcie i odszedł szybkim krokiem, a stukot jego butów brzmiał jak tykanie zegara, który wreszcie przestał odliczać mój czas. Wyszłam z budynku sądu prosto w słoneczne popołudnie. Wyciągnęłam telefon i wybrałam numer do Kingi, mojej przyjaciółki, która jako jedyna od początku kibicowała temu rozstaniu.

– Już po? – zapytała, zanim zdążyłam się odezwać.

– Tak. Jestem wolna.

– Przyjeżdżaj do mnie. Zamówimy pizzę i będziemy płakać do komedii romantycznych – zaproponowała.

– Nie, Kinga. Żadnego płakania. Żadnej pizzy w dresach. Robimy imprezę. Największą, jaką widziało to miasto. Świętuję odzyskane panieństwo.

Powiedziałam: dość

Aby zrozumieć, dlaczego zamiast żałoby wybrałam konfetti, trzeba by cofnąć się o kilka lat. Nasze małżeństwo na pierwszy rzut oka było zwyczajne - ciche i niezwykle uporządkowane. Tomasz był perfekcjonistą. Na początku mi to imponowało. Jego zorganizowanie dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Jednak z czasem to zaczęło mi przeszkadzać. W naszym domu wszystko musiało mieć swoje miejsce. Każda rzecz, każda emocja i każda złotówka. Tomasz nie znosił chaosu, co w jego słowniku oznaczało wszystko, co było spontaniczne lub głośne. Kiedy się wprowadziliśmy do naszego apartamentu, marzyłam o żółtych ścianach w kuchni i wielkim, dębowym stole, przy którym moglibyśmy gościć przyjaciół. Tomasz wybrał szarości, szkło i metal.

– To jest ponadczasowa elegancja, Agata – tłumaczył mi cierpliwie, jak dziecku. – Żółty szybko się znudzi.

I tak, krok po kroku, z mojego życia znikały kolory. Przestałam malować obrazy, bo zapach terpentyny drażnił Tomasza, a plamy z farby na moich dłoniach uważał za nieestetyczne. Przestałam głośno śmiać się przy filmach, bo on wolał ciszę i skupienie. Nawet moje ubrania z czasem stały się stonowane. Stałam się cieniem samej siebie, kobietą w beżowym swetrze, która idealnie pasowała do beżowej sofy. Najgorsze było jednak to, jak traktował moje marzenia. Kiedy wspomniałam, że chciałabym otworzyć małą galerię sztuki albo chociaż prowadzić warsztaty plastyczne dla dzieci, spojrzał na mnie znad okularów.

– Kochanie, bądźmy realistami. To hobby, a my musimy myśleć o przyszłości, o inwestycjach. Lepiej skup się na swojej pracy w biurze. Tam masz stabilizację.

Powoli, systematycznie, każdego dnia traciłam odrobinę siebie. Rozwód nie był wynikiem zdrady czy wielkiej awantury. Był wynikiem mojego głębokiego wdechu, który w końcu musiałam wziąć. Pewnego dnia po prostu wstałam z tej beżowej sofy i powiedziałam: dość.

Czy to nie powód do świętowania?

Lista gości na moją imprezę rozwodową powstawała w euforii. Zaprosiłam ludzi, których zaniedbałam przez ostatnie lata. Dawnych znajomych ze studiów artystycznych, kuzynki, z którymi Tomasz nie lubił się spotykać, bo były „zbyt hałaśliwe”, a nawet sąsiadkę z dołu, panią Jadwigę, która zawsze częstowała mnie ciastem drożdżowym, gdy męża nie było w domu. Wynajęłam salę w starej kamienicy, miejscu z duszą, wysokimi sufitami i, co najważniejsze, ścianami, na których można było wieszać dekoracje bez obawy o uszkodzenie drogich tynków.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – zapytała moja siostra, Marta, kiedy pomagała mi dmuchać balony w kształcie flamingów. – Ludzie mogą gadać. Wiesz, rozwód to jednak porażka w oczach wielu.

– Niech gadają – odparłam, wiążąc wstążkę. – Dla mnie porażką byłoby zostanie w tamtym domu. To jest moje zwycięstwo, Marta. Odzyskałam siebie. Czy to nie powód do świętowania?

Marta spojrzała na mnie i po raz pierwszy od lat zobaczyłam w jej oczach błysk zrozumienia.

– Masz rację. Pamiętasz, jak kiedyś chciałaś pomalować swój pokój na turkusowo, a tata się nie zgodził?

– Pamiętam.

– To może dzisiaj zrobimy coś szalonego?

Tej nocy przygotowania trwały do późna. Zamówiłyśmy catering, który składał się z samych moich ulubionych rzeczy, których Tomasz nie tolerował. Były tace pełne egzotycznych owoców, kolorowe makaroniki i fontanna z czekolady. Do picia przygotowałyśmy orzeźwiające lemoniady z truskawkami, miętą i bazylią oraz koktajle, które smakowały wolnością.

Co ludzie powiedzą

Oczywiście, nie obyło się bez zgrzytów. Moja matka, dystyngowana starsza pani, dla której opinia sąsiadów była ważniejsza niż konstytucja, zadzwoniła do mnie w dniu imprezy.

– Agato, czy to prawda, co słyszałam? – jej głos był napięty jak struna. – Podobno urządzasz jakieś tańce? W dniu rozwodu?

– Nie tańce, mamo, tylko przyjęcie. I nie w dniu rozwodu, tylko dwa dni po.

– Dziecko, to nie wypada. Co ludzie powiedzą? Że nie szanujesz instytucji małżeństwa? Że jesteś lekkomyślna? Powinnaś teraz siedzieć w domu, przemyśleć swoje błędy, wyciągnąć wnioski.

– Mamo – przerwałam jej spokojnie. – Moim jedynym błędem było to, że tak długo udawałam kogoś, kim nie jestem. Nie będę siedzieć w domu i płakać do poduszki, żeby sąsiedzi byli zadowoleni. Jeśli chcesz, przyjdź. Będzie pyszne jedzenie i dobra muzyka. Jeśli nie, to proszę, nie psuj mi tego dnia.

Zapadła cisza. Matka rzadko słyszała ode mnie tak stanowcze słowa. Zawsze byłam tą grzeczną córką, która potakiwała i robiła to, czego od niej oczekiwano. Tomasz idealnie wpisywał się w ten schemat, dlatego matka tak bardzo go lubiła. Był przewidywalny i szanowany. Ja, ze swoimi artystycznymi zapędami, zawsze byłam dla niej problemem do rozwiązania.

– Nie przyjdę – powiedziała w końcu chłodno. – I mam nadzieję, że kiedyś zmądrzejesz.

Odłożyłam słuchawkę, czując ukłucie smutku, ale trwało ono tylko chwilę. Zrozumiałam wtedy, że odzyskując wolność od męża, muszę też postawić granice w relacji z matką. To była cena mojej niezależności, a ja byłam gotowa ją zapłacić.

Dotarło do mnie, jak wiele straciłam

Wieczór imprezy nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Stałam przed lustrem w wynajętej sali, poprawiając sukienkę. Była w kolorze fuksji, z falbanami, które wirowały przy każdym moim ruchu. Na ustach miałam czerwoną szminkę, a we włosy wpięłam żywy kwiat. Wyglądałam jak przeciwieństwo żony Tomasza. Wyglądałam jak Agata. Goście zaczęli się schodzić. Kinga przyszła w neonowej żółci, niosąc wielkie pudło prezentowe. Moi dawni znajomi ze studiów, z którymi odnowiłam kontakt, pojawili się z farbami, płótnami i pędzlami zamiast kwiatów.

– Pomyśleliśmy, że może zechcesz wrócić do gry – powiedział Michał, chłopak, z którym kiedyś godzinami dyskutowałam o impresjonistach.

Wzruszenie ścisnęło mnie za gardło. Otworzyłam pudełko od Kingi. W środku była sztaluga. Składana, drewniana, pachnąca nowością.

– Żebyś już nigdy nie musiała malować przy kuchennym stole w ukryciu – szepnęła mi do ucha.

Wtedy dotarło do mnie, jak wiele straciłam, próbując dopasować się do wizji idealnego życia mojego byłego męża. Ale też zrozumiałam, że nic nie jest stracone bezpowrotnie. Moje dłonie wciąż pamiętały, jak trzymać pędzel. Moja wyobraźnia, choć przykurzona, wciąż tam była, czekając na iskrę. W rogu sali ustawiliśmy wielkie białe płótno. Każdy gość mógł podejść i namalować na nim cokolwiek chciał. To miał być nasz wspólny manifest radości. Z głośników płynęła energetyczna muzyka, a parkiet szybko zapełnił się ludźmi.

Nigdy nie widziałam cię tak szczęśliwej

Atmosfera była elektryzująca. Nie było ani grama smutku, ani jednej fałszywej nuty współczucia. Ludzie śmiali się, jedli, rozmawiali głośno, przekrzykując muzykę. To był chaos, którego Tomasz by nie zniósł, a w którym ja czułam się jak ryba w wodzie. W pewnym momencie DJ, którego wynajęłam, puścił starą piosenkę, przy której bawiliśmy się na studiach. Wbiegłam na środek parkietu, boso, bo szpilki dawno wylądowały w kącie. Tańczyłam z zamkniętymi oczami, czując wibracje basów w podłodze.

Czułam, jak opada ze mnie stres ostatnich miesięcy, te wszystkie godziny spędzone u prawników, te chłodne wymiany zdań przy podziale majątku, te noce, kiedy patrzyłam w sufit, zastanawiając się, czy dam sobie radę sama. Teraz wiedziałam, że dam. Nagle poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Otworzyłam oczy. To była pani Jadwiga, moja sąsiadka. Miała na sobie kwiecistą bluzkę i szeroki uśmiech.

– Dziecko kochane – krzyknęła, by przebić się przez muzykę. – Nigdy nie widziałam cię tak szczęśliwej! Twój mąż... to znaczy były mąż, to był straszny nudziarz i mruk. Prawnie nigdy nie mówił mi dzień dobry na klatce schodowej.

Zaśmiałam się. To było tak szczere i proste. Wspólne malowanie obrazu stało się punktem kulminacyjnym wieczoru. Podeszłam do płótna, które było już pokryte plamami błękitu, zieleni i czerwieni. Wzięłam gruby pędzel, zanurzyłam go w złotej farbie i szerokim gestem namalowałam wielkie słońce pośrodku tego chaosu. To był symbol mojego nowego początku. Wokół mnie stali przyjaciele, bijąc brawo, brudząc się farbą, śmiejąc się do rozpuku.

Patrząc na to dzieło, zdałam sobie sprawę, że moje życie przez ostatnie lata było jak pusty, zagruntowany blejtram czekający na artystę, ale pędzel oddałam komuś innemu. Teraz pędzel wrócił do mojej ręki. Około północy muzyka nieco zwolniła. Usiadłam na chwilę na parapecie wielkiego okna, patrząc na rozświetlone miasto. Czułam zmęczenie, ale to było dobre zmęczenie. Wtedy podszedł do mnie Michał.

– Wiesz, Agata, zawsze miałaś świetne oko. Pamiętam twoje prace dyplomowe. Były niesamowite.

– Dziękuję, Michał. Myślałam, że o tym zapomniałam.

– Talentu się nie zapomina. Można go tylko uśpić. Słuchaj, pracuję teraz w agencji reklamowej, szukamy grafików i ilustratorów. Może wpadłabyś w poniedziałek z portfolio? Wiem, że pracujesz w księgowości, ale... może czas na zmianę?

Serce zastukało mi mocniej. Praca w księgowości była pomysłem Tomasza. „Pewny zawód”, mawiał. Nienawidziłam tych tabelek.

– Nie mam aktualnego portfolio – przyznałam cicho.

– To je stwórz. Masz weekend. A ten obraz tam – wskazał na nasze wspólne dzieło – to niezły początek.

Wiedziałam, że przede mną długa droga

Impreza skończyła się nad ranem. Kiedy wróciłam do swojego nowego, wynajętego mieszkania, było cicho. Ale ta cisza nie była przytłaczająca, jak w domu z Tomaszem. To była cisza pełna możliwości. Mieszkanie było jeszcze w połowie puste. Kartony stały pod ścianami, nie miałam jeszcze zasłon. Ale na środku pokoju postawiłam nową sztalugę od Kingi. Obok niej leżały farby od dawnych znajomych. Zaparzyłam sobie herbatę w kubku, który nie pasował do żadnego kompletu – był duży, w kropki i nieco obtłuczony. Tomasz dawno by go wyrzucił. Ja trzymałam go w dłoniach jak najcenniejszy skarb.

Podeszłam do okna. Przypomniałam sobie słowa Michała o pracy. Spojrzałam na puste płótno na sztaludze. Wyciągnęłam telefon i napisałam wiadomość do szefa w biurze rachunkowym. „Proszę o spotkanie w poniedziałek rano. Chciałabym złożyć wypowiedzenie”. Nie wysłałam jej jeszcze, ale sam fakt napisania tych słów sprawił, że poczułam dreszcz.

Wiedziałam, że przede mną długa droga. Musiałam na nowo nauczyć się żyć po swojemu, podejmować decyzje bez konsultacji, zarządzać swoimi finansami bez nadzoru i przede wszystkim – uwierzyć w to, że jestem wystarczająca taka, jaka jestem. Wesoła, trochę chaotyczna, głośna. Moja matka pewnie jeszcze długo będzie wzdychać na rodzinnych obiadach, wspominając „porządnego Tomasza”. Może niektórzy znajomi odwrócą się ode mnie, uznając moją radość za nietaktowną. Ale to nie miało znaczenia.

Wzięłam pędzel do ręki. Pierwsze pociągnięcie na czystym płótnie było nieśmiałe, ale kolejne już pewne. Malowałam siebie. Nie tą szarą myszkę z biura, nie tą idealną żonę z żurnala. Malowałam kobietę w sukience fuksji, tańczącą boso na parkiecie, otoczoną ludźmi, którzy ją kochają. Rozwód to koniec małżeństwa, ale nie koniec miłości. Tego dnia pokochałam na nowo najważniejszą osobę w moim życiu – samą siebie. I zamierzałam tę miłość pielęgnować każdego dnia, bez względu na to, co powiedzą inni. Impreza była tylko wstępem. Prawdziwa zabawa, zwana moim życiem, dopiero się zaczynała.

Agata, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama