„Wszyscy mnie ostrzegali, że ślub z młodszym facetem to błąd. Nie posłuchałam, a dzisiaj płacę za to najwyższą cenę”
„Nasz ślub był wydarzeniem sezonu. Ludzie szeptali, że zwariowałam, a on leci na kasę. Śmiałam się z nich. Myślałam, że są po prostu zazdrośni. Przecież widziałam, jak na mnie patrzył. Była w tym chemia, była pasja”.

Kiedy masz pięćdziesiąt lat, sukces zawodowy i pieniądze, wydaje ci się, że możesz kupić wszystko. Nawet czas. Nawet miłość. Kiedy poznałam Leszka, myślałam, że wygrałam życie na loterii. Był moją nagrodą za lata harówki, moim trofeum, które dumnie prezentowałam koleżankom zazdroszczącym mi blasku w oczach.
Wpadł mi w oko
Każdy mój poranek wygląda tak samo. Zaczyna się o godzinę wcześniej niż jego. Wstaję cicho, na palcach, by nie obudzić Leszka. Patrzę na niego przez chwilę – śpi z otwartymi ustami, z tą beztroską, chłopięcą miną, która dekadę temu sprawiła, że straciłam dla niego głowę. Jego skóra wciąż jest napięta, włosy gęste, a na twarzy nie widać śladu zmęczenia życiem.
Wychodzę do łazienki. To moje sanktuarium i moja sala tortur. Widzę siateczkę zmarszczek wokół oczu, której nie wyprasuje nawet najlepszy krem za tysiąc złotych. Widzę opadającą linię żuchwy, którą staram się korygować konturowaniem. Widzę kobietę, która ma pięćdziesiąt osiem lat i desperacko próbuje wyglądać na czterdzieści pięć.
Nakładanie maski trwa czterdzieści minut. Podkład, korektor, róż, precyzyjnie wyrysowane brwi. Wszystko po to, by kiedy Leszek otworzy oczy, nie zobaczył obok siebie „starszej pani”, ale swoją żonę, która wciąż ma to „coś”. Kiedyś robiłam to dla siebie. Dziś robię to ze strachu. Boję się dnia, w którym on spojrzy na mnie i zobaczy tylko przemijanie. Choć w głębi duszy wiem, że ten dzień nadszedł już dawno temu, tylko żadne z nas nie ma odwagi powiedzieć tego na głos.
Stworzyłam go
Pamiętam nasze pierwsze spotkanie jakby to było wczoraj. On był przedstawicielem handlowym, ja dyrektorką. Miał wtedy trzydzieści dwa lata. Ja byłam po rozwodzie, zgorzkniała, ale wciąż atrakcyjna. Nie oszukujmy się – zaimponowałam mu pozycją i tym, jak traktowali mnie inni. Dla młodego chłopaka z ambicjami byłam jak trampolina. A on dla mnie? Był jak zastrzyk adrenaliny prosto w serce. Sprawił, że znów poczułam się kobietą, a nie tylko maszyną do zarabiania pieniędzy.
Nasz ślub był wydarzeniem sezonu. Ludzie szeptali, że zwariowałam, a on leci na kasę. Śmiałam się z nich. Myślałam, że są po prostu zazdrośni. Przecież widziałam, jak na mnie patrzył. Była w tym chemia, była pasja, a ja czułam się przy nim młodsza o dwadzieścia lat. Ale chemia wietrzeje. Pieniądze nie.
Z biegiem lat układ sił zaczął się zmieniać. Ja zaczęłam zwalniać, on dopiero się rozkręcał – oczywiście za moje pieniądze. Stworzyłam go. Wypolerowałam ten diament, ubrałam w najdroższe szaty i wypuściłam na salony. I wtedy zrozumiałam, że stworzyłam coś, czego nie jestem w stanie kontrolować.
Zdradzał mnie
Zaczął wyjeżdżać na „konferencje”. Wracał z nich dziwnie pobudzony, ale nie mną. Wracał z zapachem obcej, taniej wody toaletowej albo – co gorsza – zapachem sterylnej czystości hotelowego mydła. Pamiętam ten pierwszy raz, kiedy miałam pewność. Nie podejrzenie, ale pewność. To było trzy lata temu. Leszek zapomniał zablokować telefonu. Leżał na blacie w kuchni, ekranem do góry. Przyszła wiadomość.
„Dzięki za wczoraj. Było magicznie. Tęsknię. M.”. Serce waliło mi tak mocno, że myślałam, iż zaraz pęknie mi w piersiach. Kto to jest M? Magdalena? Monika? Wzięłam telefon do ręki. Kod był zmieniony, ale wiadomość wciąż świeciła na ekranie blokady. W tamtej chwili miałam wybór. Mogłam zrobić awanturę. Mogłam go spakować. Mogłam wyrzucić jego rzeczy przez okno. Stać mnie na najlepszych prawników, puściłabym go w skarpetkach.
Ale wtedy spojrzałam na ten wielki, pusty dom. Spojrzałam na zdjęcia na lodówce – my na wakacjach w Toskanii, my na nartach w Alpach. Uśmiechnięci, idealni. Wyobraziłam sobie, co będzie potem. Rozwód. Plotki. Triumfujące spojrzenia „życzliwych” koleżanek, które od początku mówiły, że to nie przetrwa.
Przełknęłam to
A potem przyszła ta najgorsza myśl: cisza. Wyobraziłam sobie wieczory w tym domu bez niego. Bez dźwięku telewizora, bez jego kroków na schodach, bez kogoś, do kogo można otworzyć usta przy kolacji, nawet jeśli rozmowa jest płytka. Wyobraziłam sobie święta samotnie, sylwestra przed telewizorem. Odłożyłam telefon. Kiedy Leszek zszedł na dół, zrobiłam mu kawę. Ręce mi drżały, więc oparłam się o blat. Pocałował mnie w policzek.
– Jak się spało, kochanie? – zapytał, sięgając po telefon i szybko chowając go do kieszeni.
– Dobrze – skłamałam. – Bardzo dobrze.
To był moment, w którym podpisałam cyrograf. Sprzedałam godność za obecność. Z czasem stało się to naszą cichą grą. On udawał, że jest wiernym mężem, ja udawałam, że mu wierzę. Ale rzeczywistość potrafi uderzyć w twarz w najmniej oczekiwanym momencie. Popsuł mu się samochód. Wziął mój. Kiedy wrócił wieczorem, był w świetnym humorze. Przyniósł mi kwiaty. Wielki bukiet czerwonych róż.
– Dla najpiękniejszej kobiety na świecie – powiedział, szczerząc zęby w tym swoim łobuzerskim uśmiechu.
Wzięłam kwiaty. Były piękne, ale czułam od nich fałsz. To nie był prezent z miłości. To był „podatek od winy”. Zawsze kupuje mi prezenty, kiedy ma coś na sumieniu. Im większe przewinienie, tym droższy prezent. Za ten bukiet musiało stać coś więcej niż tylko niewinna kawa.
Udawałam, że nie widzę
Następnego dnia rano wsiadłam do samochodu. I wtedy to poczułam. Słodki, mdlący zapach wanilii i kokosa. Zapach tanich perfum, jakich używają studentki. Ten zapach w moim aucie był jak intruz. Jak policzek. Spojrzałam na fotel pasażera. Był odsunięty inaczej niż zwykle. Oparcie było bardziej odchylone. Na dywaniku znalazłam spinkę do włosów. Zwykłą, czarną wsuwkę.
Wyobraziłam sobie ich tutaj. W moim samochodzie. Młodą dziewczynę, która pewnie patrzyła na niego z podziwem, nie widząc w nim pasożyta, którego ja widzę, ale faceta z klasą. Śmiali się. Może całowali. Miałam ochotę wyć. Miałam ochotę pojechać prosto do niego, rzucić mu tę spinkę w twarz i kazać się wynosić, ale zamiast tego pojechałam na myjnię. Zamówiłam pełne czyszczenie tapicerki i ozonowanie. Chciałam wymazać ten zapach, wymazać dowód. Wieczorem powiedziałam mu tylko:
– Wyczyściłam samochód. Był trochę… zakurzony.
Spojrzał na mnie uważnie. Przez ułamek sekundy widziałam w jego oczach strach. Zrozumiał, że wiem? A może tylko sprawdzał, na ile może sobie jeszcze pozwolić?
– Dzięki. Jesteś niezastąpiona – powiedział i wrócił do oglądania meczu.
Najgorsze są spotkania towarzyskie. Mamy krąg znajomych, choć większość mężów moich koleżanek to ich rówieśnicy, stateczni panowie z brzuszkami. Leszek przy nich błyszczy. Jest wysportowany, modnie ubrany, sypie żartami. Kobiety patrzą na niego z pożądaniem, mężczyźni z zazdrością. A ja siedzę tam i gram rolę dumnej właścicielki.
Zazdroszczą mi
Ostatnia kolacja u Barbary i jej męża była torturą. Barbara, moja przyjaciółka ze studiów, trochę za dużo wypiła.
– Boże, jak ty to robisz? – zapytała głośno, machając widelcem. – Taki facet w domu to skarb. Mój Marek to już tylko o chorobach i polityce gada, a Leszek… no, ogień!
Leszek uśmiechnął się skromnie, kładąc rękę na moim kolanie. Jego dłoń była ciepła. Ten gest – tak publiczny, tak zaborczy – miał pokazać wszystkim: „Ona jest moja, a ja jestem dobrym mężem”. Ale ja czułam, jak jego kciuk nerwowo stuka o moje udo. Chwilę wcześniej widziałam, jak dyskretnie sprawdzał telefon pod stołem. Ekran rozświetlił się na sekundę. Uśmiechnął się do ekranu.
– Tak, mam szczęście – odpowiedziałam Barbarze. – Leszek to prawdziwy skarb. Bardzo dba o… kondycję.
Barbara mrugnęła do mnie porozumiewawczo.
– No, domyślam się! Z takim trenerem personalnym to i ja bym zaczęła ćwiczyć!
– Jakim trenerem? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie.
– No, z tą młodą dziewczyną, o której Leszek opowiadał. Tą od pilatesu. Podobno robi cuda z kręgosłupem – paplała.
Czułam się upokorzona
Spojrzałam na Leszka. Jego twarz stężała na ułamek sekundy, po czym przybrała maskę obojętności.
– A, tak. Paulina. Świetna specjalistka – rzucił szybko i zmienił temat na ceny akcji.
A więc teraz to Paulina. A on nawet nie ćwiczy pilatesu. Pilates to wymówka. Idealna przykrywka. Dwie godziny, trzy razy w tygodniu. Siedziałam tam, przeżuwając kaczkę, która nagle zaczęła smakować jak trociny, i układałam w głowie puzzle. Paulina. Pewnie ma dwadzieścia parę lat. Jest elastyczna. Uśmiechnięta. Nie ma problemów z menopauzą, nie narzeka na bóle stawów, nie musi nakładać tony tapety rano.
Czułam się upokorzona. Nie przez to, że on to robi, ale przez to, że inni mogą wiedzieć. Czy Barbara wie? Czy ona to powiedziała specjalnie, żeby mnie ostrzec? Czy może jest tak głupia i naiwna? A może wszyscy wiedzą? Może jestem pośmiewiskiem całego towarzystwa? „Biedna Regina, płaci za młodego faceta, a on ma młodsze”. Ta myśl była nie do zniesienia.
Miał kogoś
Kiedy zachorowałam i leżałam w łóżku, trzęsąc się z zimna, Leszek przyniósł mi herbatę, podał leki. Był troskliwy.
– Odpoczywaj, zajmę się wszystkim – powiedział, poprawiając mi poduszkę.
Przez chwilę poczułam ciepło w sercu. Może on mnie jednak kocha? Może mimo tych skoków w bok, jestem dla niego ważna? Przecież jesteśmy razem od dwunastu lat. Mamy wspólną historię. Zasnęłam. Obudziłam się dwie godziny później, spragniona. Dom był cichy. Zawołałam go, ale nikt nie odpowiedział. Zeszłam na dół, słaniając się na nogach.
W salonie go nie było. W kuchni też nie. Jego samochodu nie było na podjeździe. Zadzwoniłam. Nie odebrał. Wrócił po czterech godzinach. Ja wciąż dygotałam w łóżku, ale tym razem bardziej z wściekłości i żalu niż z gorączki.
– Gdzie byłeś? – zapytałam chrapliwym głosem, gdy wszedł do sypialni.
– Musiałem skoczyć do apteki po ten lepszy syrop, a potem spotkałem kumpla, wiesz jak jest – tłumaczył się gładko.
W ręce nie miał żadnej reklamówki z apteki. Żadnego syropu. Pachniał wiatrem i… znowu tą wanilią.
Zaciskam zęby
Zostawił chorą żonę, żeby pojechać do kochanki. W chwili, gdy go potrzebowałam, gdy byłam słaba i bezbronna, on wybrał przyjemność. To był moment, w którym zrozumiałam, że nie mam partnera. Mam pasożyta. Leżałam tam i płakałam cicho w poduszkę, żeby nie słyszał. Nie płakałam nad nim. Płakałam nad sobą. Nad tą silną kobietą, która negocjuje kontrakty, a która we własnym domu jest małą, przerażoną dziewczynką bojącą się ciemności.
Mam koleżanki singielki w moim wieku. Widzę ich życie. Widzę, jak udają, że są szczęśliwe, chodząc na wernisaże i zajęcia z ceramiki. Widzę, jak desperacko szukają towarzystwa na wakacje. Widzę, jak wpadają w panikę, gdy w święta nie mają do kogo otworzyć ust. Widzę też, jak są niewidzialne. W naszym społeczeństwie kobieta po sześćdziesiątce bez męża staje się przezroczysta. Z mężem – nawet takim niewiernym – wciąż mam status. Jesteśmy parą. Jesteśmy zapraszani.
Boje się pustki. Wolę złość, wolę zazdrość, wolę upokorzenie niż tę przerażającą, dudniącą ciszę pustego domu o powierzchni trzystu metrów. Leszek daje mi iluzję. Kiedy idziemy pod rękę na bankiet, czuję się ważna. Kiedy on prowadzi samochód, czuję się bezpieczna. Kiedy śpi w drugim pokoju, bo ostatnio sypiamy oddzielnie przez moje chrapanie, słyszę, że ktoś jest w domu. Że nie jestem sama na świecie.
To jest transakcja. Ja daję mu luksusowe życie, status i bezpieczeństwo finansowe. On daje mi obecność i fasadę małżeństwa. Oboje o tym wiemy. Oboje podpisaliśmy ten kontrakt, choć nigdy nie ujęliśmy go w słowa.
Regina, 58 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chciałem dać żonie praktyczny prezent na walentynki, więc wybrałem suszarkę do prania. W ogóle nie doceniła mojego gestu”
- „Na walentynki ukochany sprawił mi luksusowy prezent. Kosztował fortunę, ale ja nie chciałam żyć w złotej klatce”
- „Czułem, że żona gra na 2 fronty, ale nie dałem po sobie poznać. Czekałem na dobry moment, by się odwrócić na pięcie”

