Reklama

Mam na imię Halina i mam już siedemdziesiąt lat. Kiedy patrzę w lustro, widzę kobietę, którą los nauczył pokory. Wychowałam się na wsi – nie takiej, jak teraz, z domami z ogrodzeniami i autami na podjazdach, tylko w tej prawdziwej, biednej, gdzie każdy grosz miał znaczenie, a chleb piekło się raz na tydzień. Ojciec uczył nas, że słowo coś znaczy. Matka powtarzała, że bez pracy nie ma kołaczy i nikt nie jest od roboty zwolniony, nawet jak mu się nie chce.

Całe życie byłam nauczycielką. Trochę matematyki, trochę fizyki, ale zawsze najwięcej wychowania. Zawsze wierzyłam, że człowieka trzeba wychować na porządnego, z szacunkiem do innych i do siebie samego. Starałam się to przekazać mojej córce Monice. Dumna byłam, że wyrosła na kobietę z głową na karku, choć czasem mówiła, że jestem zbyt surowa, że nie idę z duchem czasu. Ale przynajmniej nigdy nie miałam się czego wstydzić.

Od kilku lat coraz częściej nachodzą mnie wątpliwości. Czasy się zmieniły – wiem, bo widzę to w oczach moich wnuków. Piotrek, siedemnaście lat. Wpatrzony w ten swój telefon, jakby życie toczyło się na ekranie. Chce ciągle czegoś nowego – nowy smartfon, nowe buty, nowy laptop. Stary już nie taki, już go nie cieszy, już za wolny, za stary, za mało „cool”. A jeszcze jak coś nie działa tak, jak chce, to potrafi się obrazić, jakby mu kto świat zabrał.

Agnieszka, piętnaście lat, moja wnuczka. Wszędzie jej pełno, póki wszystko idzie po jej myśli. Wystarczy, że zabraknie ulubionego deseru czy ktoś nie zrozumie jej żartu – już się obraża, trzaska drzwiami, wszyscy są przeciw niej. Kiedyś dzieci się cieszyły, że babcia coś upiekła, a dziś... Jak nie wegańskie, to foch. Jak nie modne, to wstyd.

Czasem, gdy zamykam się w swojej kuchni, wstydzę się własnych wnuków. Wstydzę się, że nie rozumieją wdzięczności, że nie szanują ani mnie, ani rodziców, ani nawet siebie nawzajem. Czuję wtedy taki ból, jakby ktoś wyrwał mi serce. Zaczynam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak. Może źle wychowałam Monikę, skoro jej dzieci potrafią się zachowywać tak bez szacunku? Może to ja popełniłam jakiś błąd, którego już nie naprawię?

Kiedyś byłam dumna ze swojej rodziny. Dziś czuję, że stoję z boku, jak mebel, który już nikomu nie pasuje do wystroju. Najgorsze jest to poczucie, że moje wartości – te, które niosłam przez całe życie – po prostu zniknęły, rozpłynęły się gdzieś między jednym a drugim selfie Piotra i fochami Agnieszki. Nie wiem już, czy mam jeszcze siłę walczyć o szacunek. Ale nie umiem przestać próbować.

Liczyłam na miłe spotkanie

Tamtego wieczoru szykowałam zwyczajną kolację. Monika zadzwoniła wcześniej, zapowiadając, że wpadną z całą rodziną, bo dawno nie jadła mojego barszczu. Nakryłam do stołu, a potem przez chwilę usiadłam przy kuchennym oknie, żeby zebrać myśli i nie dać się ponieść emocjom. Wiedziałam, że dzieci nie będą zachwycone, bo zawsze było coś nie tak, ale miałam nadzieję, że może tym razem będzie spokojnie.

Gdy przyszli, Piotrek od razu wszedł do pokoju z telefonem w dłoni. Nawet nie spojrzał na mnie, tylko usiadł na kanapie, przewijając coś na ekranie. Monika udawała, że tego nie widzi, od razu zabrała się za rozpakowywanie zakupów, które przyniosła. Agnieszka weszła ostatnia, spojrzała na stół i już wtedy widziałam w jej oczach niezadowolenie.

– Nie ma mojego deseru? – rzuciła z wyrzutem.

– Zrobiłam sernik i drożdżówkę, twoje ulubione, myślałam, że się ucieszysz – odpowiedziałam cicho, czując w sobie jakąś dziwną niepewność.

– Ale to nie jest wegańskie! – podniosła głos. – Przecież mówiłam, że nie jem już takich rzeczy. Nikt mnie nigdy nie słucha!

Odłożyła talerz, aż zabrzęczał na stole, a potem skrzywiła się tak ostentacyjnie, jakbym uraziła ją do żywego. Patrzyłam na nią jak na kogoś obcego.

Czułam się niepotrzebna

Po chwili Piotr zaczął marudzić, nawet nie odkładając telefonu.

– Mamo, ten laptop to jakiś żart. Znowu się zawiesił, no nie mogę tak funkcjonować. Potrzebuję nowego. Wszyscy mają.

– Piotruś, przecież twój tata już się rozgląda za czymś lepszym, zobaczysz, na święta będzie nowy sprzęt – zaczęła go uspokajać Monika, jakby nie zauważyła jego roszczeniowego tonu.

Agnieszka burknęła:

– Wszystko u nas jest zawsze najtańsze. Wstyd przed znajomymi, serio.

Poczułam, jak narasta we mnie bezsilność. Próbowałam zachować spokój, choć głos mi drżał.

– Dzieci, może byście podziękowali, że ktoś się stara? Może byście raz spróbowali po prostu zjeść kolację, zamiast narzekać?

– Babciu, to już nie te czasy, teraz się inaczej żyje – Piotrek spojrzał na mnie z politowaniem, a Agnieszka teatralnie przewróciła oczami.

Monika tylko westchnęła, wyciągając rękę do córki.

– Dzieci teraz takie są, mamo. Wszystko się zmieniło, trzeba być bardziej wyrozumiałym.

Wtedy coś we mnie pękło. Oparłam dłonie o stół i nie wytrzymałam.

Nie takie powinny być! – powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam. – Tak was nie wychowywałam, Monika. Nie tego chciałam dla tej rodziny.

Zapadła cisza, przerywana tylko przez ciche brzdęknięcia sztućców, kiedy Marek, mój zięć, próbował nie zwracać na siebie uwagi. Zobaczyłam, jak wszyscy patrzą na mnie z tym samym wyrazem twarzy – jakbym była kimś obcym, kto nagle przerwał ich wieczór. Poczułam się niepotrzebna, potraktowana jak obowiązek do odhaczenia. Przeszło mi przez myśl, że jestem tylko dodatkiem do tych rodzinnych spotkań, nikim więcej.

Kiedy skończyli jeść, wyszłam do kuchni, niby po herbatę, a naprawdę po to, żeby złapać oddech i nie pokazać im, jak bardzo boli mnie ich obojętność. W głowie kłębiły mi się pytania – czy gdzieś po drodze straciłam tę rodzinę? Może powinnam była być inna? Czy to już zawsze tak będzie wyglądać?

Nie pasowałam do rodziny

Następnego dnia długo zbierałam się, żeby zadzwonić do Moniki. W końcu poszłam do niej bez zapowiedzi. Otworzyła mi zaskoczona, a w mieszkaniu unosił się zapach kawy.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam od razu. – Twoje dzieci mnie zawstydzają. Coś tu poszło nie tak.

Monika spojrzała na mnie z lekką irytacją.

– Mamo, czasy się zmieniły. Ty wychowywałaś mnie twardą ręką, pamiętasz? Chciałam, żeby moje dzieci miały więcej luzu.

Westchnęłam.

– To nie luz, tylko brak szacunku. Tak nie powinno być, Moniko. Nie umiem się z tym pogodzić.

– Zawsze ci coś nie pasuje – odpowiedziała chłodno, patrząc na mnie z wyrzutem. – Całe życie krytykowałaś wszystko, co robię.

Zabrakło mi słów. Wiedziałam, że nie przekonam jej ani dziś, ani jutro. Byłam dla niej kimś z innego świata. Pożegnałam się szybko i wyszłam, czując ciężar na sercu. Po raz pierwszy dotarło do mnie, jak bardzo nie pasuję już do tej rodziny.

Było mi za nich wstyd

Następna rodzinna kolacja odbyła się u Moniki. Siedziałam na końcu stołu, z kubkiem herbaty, słuchając rozmów. Nikt nie czekał na moje zdanie. Piotrek, jak zwykle, trzymał telefon.

– Babciu, a czemu nie masz żadnych platform streamingowych? To trochę żenujące, wiesz? – rzucił z lekceważeniem.

Agnieszka spojrzała na mnie z ironią.

– Babcia zawsze wszystko krytykuje. Nudziara z niej.

Marek siedział cicho, patrząc gdzieś w okno. Monika sprawdzała coś w telefonie. Poczułam w sobie narastającą falę gniewu. Z każdą sekundą trudniej było mi się powstrzymać. Wstałam nagle od stołu, nie zważając, czy ktoś patrzy.

– Dość! – powiedziałam, głośniej niż zamierzałam. – Nie wiecie, co to wdzięczność. Nie umiecie nawet powiedzieć „dziękuję”, a ja was tyle lat kochałam i poświęcałam się dla was. Wstyd mi za was!

Głos mi się łamał. W oczach pojawiły się łzy, które szybko wytarłam ręką. Przez chwilę miałam nadzieję, że ktoś odpowie, że zareaguje. Ale nikt nic nie powiedział. Piotr patrzył w stół. Agnieszka wzruszyła ramionami. Monika udawała, że coś czyta na ekranie.

Stałam przez moment, potem wyszłam do przedpokoju. Czułam się upokorzona i samotna jak nigdy wcześniej. Miałam wrażenie, że już nic nie znaczę w tej rodzinie.

Czułam żal i smutek

Wróciłam do domu późnym wieczorem. W korytarzu panowała cisza, a moje kroki odbijały się echem. Usiadłam w fotelu, wzięłam do rąk album ze zdjęciami. Przewracałam kartki powoli, oglądając fotografie Moniki z dzieciństwa, uśmiechniętej, z opaską we włosach, ściskającej moją dłoń.

Zaczęłam się zastanawiać, czy to ze mną było coś nie tak. Może byłam zbyt wymagająca, za mało okazywałam czułości? Czy to ja nauczyłam Monikę tej ostrożności wobec własnych dzieci, tego unikania konfliktów? A może po prostu świat zmienił się tak bardzo, że nie potrafię już za nim nadążyć? Poczułam się stara, niepotrzebna, odstawiona na bok. Przypomniałam sobie, jak wyobrażałam sobie starość – pełną bliskości, rodzinnych spotkań, zapachu domowego ciasta i dziecięcych głosów.

Zamiast tego siedziałam sama, patrząc na zdjęcia, próbując odnaleźć w nich sens. Tak bardzo bolało mnie to, że jestem ignorowana. Najbardziej pragnęłam zwyczajnej rozmowy z wnukami, prawdziwego kontaktu, poczucia, że coś jeszcze dla nich znaczę. Czułam żal i smutek. To nie tak miało wyglądać moje życie.

Coś zaczęło się zmieniać

Parę dni później postanowiłam spróbować jeszcze raz, choć miałam same wątpliwości. Zadzwoniłam do Piotrka i zaprosiłam go na spacer. Przyszedł niechętnie, w słuchawkach na uszach, trochę z łaski, ale nie chciałam się już wycofać. Szliśmy powoli przez park, a ja długo szukałam słów. W końcu przerwałam milczenie.

– Pamiętasz, jak uczyłam cię jeździć na rowerze? Trzy razy się przewróciłeś, ale za czwartym pojechałeś sam. Byłam wtedy z ciebie bardzo dumna.

Piotr wzruszył ramionami.

– No… coś tam pamiętam.

Zatrzymałam się i spojrzałam na niego uważnie.

– Nie chcę, żebyś mnie lubił na siłę. Chcę, żebyś zrozumiał, że nie wszystko, co masz, jest oczywiste. Że szacunek do drugiego człowieka to nie jest przeżytek. Nawet ja… nie będę żyła wiecznie.

Piotr popatrzył na mnie z lekkim zmieszaniem, spuścił wzrok. Przez chwilę milczał, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie oczekiwałam od niego wielkich słów, ale pierwszy raz od dawna zobaczyłam w jego oczach nie obojętność, ale chwilę zastanowienia. Może nie zrozumiał wszystkiego, może wcale nie zmienił się w jednej chwili, ale poczułam, że coś delikatnie drgnęło. Że zobaczył we mnie nie tylko babcię, która upomina, ale zwyczajnego człowieka.

To nie była rozmowa, która cokolwiek rozwiązała. Ale była inna niż wszystkie nasze dotychczasowe. Wróciliśmy do domu w milczeniu. Zostawiłam mu ciasto na stole, a on, odchodząc, spojrzał na mnie inaczej niż zwykle.

Halina, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama