„Wstydzę się świętować Dzień Singla. Mam 40 lat i ciągle jestem sama jak palec, bo wybrzydzam”
„Spojrzałam na swoje odbicie w oknie. Nie wyglądałam na przegraną. Raczej na kobietę, która ma swoje życie poukładane. Praca, mieszkanie, niezależność. A jednak w środku czułam coś, czego nie dało się zamknąć w żadnej definicji sukcesu”.

Poranek Dnia Singla niczym nie różnił się od innych, a jednak od pierwszej chwili czułam w ciele ciężar, którego nie potrafiłam zignorować. Telefon podsuwał mi żarty o wolności i dumie z bycia solo, a ja miałam wrażenie, że patrzę w krzywe lustro. Uśmiechałam się do ekranu, choć w środku narastał wstyd, cichy i lepki, skierowany wyłącznie do mnie samej.
Jestem 40-letnią singielką
Obudziłam się wcześniej, niż planowałam, choć budzik był ustawiony jak zwykle. Przez chwilę leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit, jakby to on miał mi podpowiedzieć, czy ten dzień czymkolwiek się różnił od wczorajszego. Różnił się. Wiedziałam to, zanim jeszcze sięgnęłam po telefon.
Ekran zapalił się serią powiadomień. Grafiki, hasła, ironiczne wpisy. „Dzień Singla – święto niezależnych”, „Najlepszy związek to ten z samą sobą”. Przewijałam to wszystko z obojętną miną, którą znałam aż za dobrze. Wyćwiczoną. Bezpieczną. Tylko że tym razem coś nie działało. Żaden z tych tekstów mnie nie bawił.
Wstałam i poszłam do kuchni. Czajnik zaszumiał, kawa zaczęła pachnieć, a ja nagle poczułam, że to wszystko jest zbyt głośne. Czterdzieści lat. Ta liczba pojawiła się w głowie bez zaproszenia, jak natrętna myśl, której nie da się zignorować.
„Przecież dobrze ci samej” – powiedziałam do siebie na głos, jakbym sprawdzała, czy to zdanie wciąż brzmi wiarygodnie. Odpowiedziała mi cisza. Nie zaprzeczyła, ale też nie potwierdziła.
Przez lata byłam dumna z tego, że nie brałam byle czego. Że umiałam odejść, kiedy coś mi nie pasowało. Ambicja za mała, rozmowy zbyt płaskie, plany nieprzystające do moich. Zawsze miałam argumenty. Racjonalne, spokojne, niepodważalne. Tylko dziś, w ten konkretny poranek, one nagle straciły ostrość.
Spojrzałam na swoje odbicie w oknie. Nie wyglądałam na przegraną. Raczej na kobietę, która ma swoje życie poukładane. Praca, mieszkanie, niezależność. A jednak w środku czułam coś, czego nie dało się zamknąć w żadnej definicji sukcesu. Jakby ktoś delikatnie, ale konsekwentnie przypominał mi, że ten scenariusz, który kiedyś wydawał się oczywisty, dawno się rozsypał.
Nie wstydziłam się przed ludźmi. Przed nimi potrafiłam mówić o wyborach, wolności i wysokich standardach. Wstydziłam się przed sobą. Przed tą wersją mnie sprzed lat, która była pewna, że wszystko jeszcze przed nią. Dzień Singla okazał się lustrem, w którym zobaczyłam nie dumę, a pytanie, którego dotąd unikałam: czy naprawdę jestem ponad to, czy tylko bardzo dobrze nauczyłam się udawać?
Zderzyłam się z cudzym szczęściem
Z Moniką miałyśmy wypić szybką kawę. Taką bez zobowiązań, między jednym obowiązkiem a drugim. Weszłam do małej kawiarni kilka minut wcześniej i odruchowo wybrałam stolik pod ścianą. Lubiłam mieć wszystko w zasięgu wzroku. Drzwi, ludzi, możliwość wyjścia.
Monika wpadła spóźniona, jak zwykle, z włosami niedbale związanymi i torbą, z której wystawał rysunek dziecka. Uśmiechnęła się do mnie szeroko, tym swoim uśmiechem, który był jednocześnie zmęczony i prawdziwy.
– Przepraszam, chaos – powiedziała, siadając ciężko. – Rano jedno nie chciało się ubrać, drugie zgubiło but.
Skinęłam głową, jakbym słuchała opowieści z innego świata. Ona zaczęła mówić dalej, o szkole, o zakupach, o tym, że wieczorem padnie na twarz. Patrzyłam na nią i łapałam się na tym, że szukam rys. Dowodów na to, że moje wybory były słuszne.
– A ty? – zapytała w końcu. – Co u ciebie?
– Spokojnie – odpowiedziałam bez zastanowienia. – Dużo pracy, ale wiesz… mam czas dla siebie.
To zdanie zabrzmiało znajomo. Jak hasło, które wielokrotnie powtarzałam. Monika uśmiechnęła się, ale w jej spojrzeniu było coś, co mnie zaniepokoiło. Nie litość. Raczej zrozumienie, które bolało bardziej.
Kiedy opowiadała o weekendzie z rodziną, o drobnych sprzeczkach i wspólnych śniadaniach, poczułam ukłucie. Zazdrość? Może. Ale zaraz potem przyszła ulga. Widząc jej zmęczenie, myślałam o swoich porankach w ciszy. O wolności, której nikt mi nie odbierał.
– Czasem mam dość – przyznała nagle. – Ale nie wyobrażam sobie inaczej.
To zdanie zawisło między nami. „Nie wyobrażam sobie inaczej”. Ja potrafiłam wyobrazić sobie wszystko. I chyba właśnie to było problemem.
Patrzyłam na Monikę i widziałam życiową stabilność. Nie idealne życie, ale takie, które miało ciąg dalszy. Ja przez lata odchodziłam, kiedy coś było „prawie wystarczające”. Zawsze z przekonaniem, że zasługuję na więcej. Teraz pierwszy raz przyszło mi do głowy, że być może to „więcej” było tylko inną nazwą dla dystansu.
Kiedy się żegnałyśmy, poczułam ciężar w klatce piersiowej. Zderzenie z cudzym szczęściem nie polegało na zazdrości. Polegało na tym, że jej życie, z całym swoim bałaganem, było czymś, czego ja już nie byłam pewna, czy kiedykolwiek doświadczę.
Wróciły wspomnienia
Wiadomość od Pawła przyszła wieczorem, zupełnie bez zapowiedzi. Krótka, uprzejma, jakbyśmy widzieli się wczoraj, a nie lata temu. Przez chwilę patrzyłam na ekran, nie otwierając jej od razu. Poczułam znajome napięcie, ten sam ucisk w żołądku, który towarzyszył mi, gdy kiedyś wracałam do domu i wiedziałam, że czeka tam on — spokojny, przewidywalny, pewny nas.
Odpisałam dopiero po kilkunastu minutach. Wymieniłyśmy kilka zdań, neutralnych, ostrożnych. A jednak każde kolejne słowo otwierało we mnie coś, co dawno było zamknięte. Paweł zaproponował spotkanie. „Na kawę. Bez zobowiązań” — dodał, jakby wyczuwał, że inaczej bym się wycofała.
Usiedliśmy naprzeciwko siebie w miejscu, które dobrze pamiętałam. On prawie się nie zmienił. Ta sama uważność w spojrzeniu, ten sam spokój w ruchach. Poczułam ulgę, a zaraz potem irytację. Zawsze tak na mnie działał.
– Dobrze wyglądasz – powiedział cicho.
– Ty też – odpowiedziałam automatycznie.
Rozmowa toczyła się gładko, aż za gładko. Jakbyśmy nigdy się nie rozstali, tylko zrobili długą przerwę. W pewnym momencie Paweł spojrzał na mnie uważniej.
– Czasem się zastanawiałem, czy mogłem coś zrobić inaczej – powiedział.
Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż się spodziewałam. Przecież to ja odeszłam. To ja mówiłam, że czegoś mi brakuje, że duszę się w tej stabilności, że potrzebuję więcej. Wtedy byłam tego pewna. Teraz ta pewność zaczęła się kruszyć.
Wracałam myślami do tamtych dni. Do jego troski, do planów, które snuł spokojnie, bez fajerwerków. Pamiętałam też swoje rozdrażnienie. To uczucie, że jeśli zostanę, to przestanę być sobą. Tylko czy naprawdę wiedziałam wtedy, czego się bałam?
– To nie była twoja wina – powiedziałam w końcu, choć nie byłam pewna, czy mówię prawdę.
Pożegnaliśmy się bez obietnic. Idąc do domu, czułam, jak nostalgia miesza się z niepokojem. Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że może problemem nie byli mężczyźni, których zostawiałam. Może to ja byłam tą, która nie potrafiła zostać, kiedy robiło się naprawdę blisko.
Szukałam w nim wad
Łukasza poznałam niedawno, w sposób zupełnie zwyczajny. Bez historii w tle, bez wspólnych znajomych, bez przeszłych wersji mnie, które musiałby znać. To miała być jego największa zaleta. I była. Przynajmniej na początku.
Był uważny. Punktualny. Słuchał, kiedy mówiłam, i pamiętał drobiazgi, które innym umykały. Miał pracę, swoje pasje, spokój w głosie. Taki zestaw, który przez lata uznawałam za minimum. A jednak zamiast ekscytacji czułam czujność.
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy stole, rozmawiając o planach na najbliższe tygodnie. Łukasz mówił o wyjeździe, który chciał zaplanować z wyprzedzeniem. Skinęłam głową, uśmiechnęłam się, a w środku zaczęłam szukać pęknięcia.
„Za spokojny”, pomyślałam. „Za mało spontaniczny”. Kilka minut później: „Za bardzo poukładany”. Jakby mój umysł gorączkowo potrzebował znaleźć powód, by nie podejść bliżej.
– Wszystko w porządku? – zapytał w pewnym momencie.
– Tak – odpowiedziałam zbyt szybko.
Prawda była taka, że im mniej miałam mu do zarzucenia, tym większy niepokój czułam. Każda jego konsekwencja odbijała się we mnie jak lustro, w którym widziałam własną niestabilność. Z Pawłem uciekałam przed bezpieczeństwem. Przy Łukaszu zaczynałam rozumieć, że uciekałam też przed własnymi niedoskonałościami.
Po spotkaniu analizowałam każde zdanie, każdy gest. Zamiast czuć, pozwalać, sprawdzałam. Jakbym próbowała zachować kontrolę, zanim jeszcze coś zdążyło się wydarzyć.
Po raz pierwszy dopuściłam do siebie myśl, że moje wysokie wymagania były czymś więcej. Były tarczą. Chroniły mnie przed sytuacją, w której ktoś mógłby zobaczyć mnie taką, jaka jestem naprawdę. Niepewną. Wahającą się. Zdolną do pomyłki. Łukasz nie był problemem. Problemem było to, że nie potrafiłam przestać szukać powodu, by nim został.
Czułam się dziwnie
Do matki zadzwoniłam bez planu. Ot tak, z impulsu, którego nie potrafiłam zatrzymać. Odebrała po drugim sygnale, jakby czekała.
– Co słychać? – zapytała zwyczajnie.
To „zwyczajnie” rozbroiło mnie bardziej niż jakiekolwiek pytanie. Zaczęłam mówić o drobiazgach, o pracy, o pogodzie. Aż w końcu westchnęłam ciężej, niż chciałam.
– Irena? – odezwała się czujniej. – Co się dzieje?
Zawsze mnie to złościło. Ta jej umiejętność słyszenia rzeczy niewypowiedzianych.
– Nic – skłamałam. – Po prostu… dziś jest ten cały Dzień Singla.
– Aha – powiedziała po chwili. – I co z tego?
– Wszyscy się z tego śmieją – odpowiedziałam ostrzej, niż planowałam. – A ja nie wiem, czy mam się śmiać.
Matka nie weszła ze mną w żart. Jak zwykle.
– Wiesz – zaczęła powoli – my nie myśleliśmy tyle, co wy. Nie analizowaliśmy wszystkiego w nieskończoność.
Poczułam opór.
– Mamo, to nie jest takie proste. Czasy były inne.
– Ludzie byli ci sami – przerwała łagodnie. – Tylko mniej bali się pomyłek.
To zdanie zostało ze mną dłużej, niż chciałam. Po rozmowie siedziałam w ciszy, z telefonem odłożonym ekranem do dołu. Już nie było kogo obwiniać. Ani matki, ani mężczyzn, ani okoliczności.
Wieczór w Dzień Singla spędziłam sama. Siedząc w półmroku, przyznałam przed sobą coś, czego nigdy wcześniej nie nazwałam: nie jestem sama dlatego, że wybrałam samotność. Jestem sama, bo konsekwentnie wybierałam dystans. To nie było katharsis. Raczej ciche, bolesne uznanie faktu. Wstyd nie zniknął. Ale po raz pierwszy nie próbowałam go zagłuszyć. Pozwoliłam mu być. I to było najbardziej przełomowe, co wydarzyło się tego dnia.
Nie wiem, co dalej
Następnego dnia obudziłam się później niż zwykle. Nie dlatego, że byłam zmęczona, ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna nie czułam przymusu, by natychmiast czymś się zająć. Telefon leżał na stoliku, wyciszony. Dzień Singla minął. Nie przyniósł ulgi, ale też nie zostawił po sobie pustki, jakiej się obawiałam.
Zaparzyłam kawę i usiadłam przy oknie. Patrzyłam na ludzi wychodzących do pracy, na pary idące obok siebie w milczeniu, na kobiety podobne do mnie — same, skupione, zamknięte we własnych myślach. I po raz pierwszy nie próbowałam się od nich odróżniać ani stawiać ponad nimi. Byłyśmy częścią tego samego krajobrazu.
W głowie wracały słowa matki, spojrzenie Moniki, spokój Pawła i uważność Łukasza. Każdy z nich był fragmentem układanki, którą przez lata rozrzucałam, przekonana, że szukam idealnego obrazu. Dopiero teraz zobaczyłam, że problemem nie była niekompletność tych relacji, ale mój lęk przed tym, co się wydarzy, gdy obraz stanie się zbyt wyraźny.
Nie zadzwoniłam do Pawła. Nie napisałam do Łukasza. To nie była decyzja o zamknięciu ani o nowym początku. To była decyzja o uczciwości. Najpierw wobec siebie. Wiedziałam już, że jeśli kiedykolwiek wejdę w relację, nie zrobię tego z pozycji wyższości ani kontroli. Nie będę szukać rys, żeby mieć pretekst do ucieczki.
Samotność przestała być hasłem, którym się zasłaniałam. Stała się faktem, który mogłam wreszcie zobaczyć bez upiększeń. I paradoksalnie właśnie wtedy przestała mnie paraliżować. Nie była już wyborem ani porażką. Była konsekwencją — a konsekwencje można zrozumieć, jeśli ma się odwagę spojrzeć wstecz bez usprawiedliwień.
Nie wiem, czy będę potrafiła pokochać niedoskonałą miłość. Ale wiem, że wybrzydzanie było łatwiejsze niż nadzieja. I że jeśli coś ma się w moim życiu zmienić, zacznie się od zgody na to, że ja też nie muszę być idealna, żeby zasługiwać na bliskość.
Irena, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki zamiast miłości poczułam odór zdrady. Nawet bukiet czerwonych róż nie pomógł go zamaskować”
- „Chciałam dla syna jak najlepiej, a on związał się z samotną matką. W naszej rodzinie nie było miejsca na cudze dziecko”
- „Przesiąkłem zapachem perfum kochanki, więc szybko kupiłem takie same żonie. Kłamstwo wyszło na jaw”

