Reklama

Mam trzydzieści sześć lat i od ośmiu lat jestem żoną Michała. Kiedyś, jeszcze zanim pojawiły się dzieci, wyobrażałam sobie rodzinę jak z tych wszystkich czułych zdjęć – dużo śmiechu, wieczory przy planszówkach, wspólne wyjazdy, czułość nawet po ciężkim dniu. W rzeczywistości coraz częściej czuję się jak samotna wyspa, na której cumują tylko dzieci: Oliwka – siedmiolatka, wiecznie z nosem w książeczkach i Staś, czterolatek, wulkan energii. Michał... On ostatnio coraz częściej przesiaduje w pracy, a kiedy już jest w domu, to z telefonem albo laptopem. Rozmawiamy o rzeczach koniecznych, rzadko o czymś więcej.

Z utęsknieniem czekałam na ferie zimowe. Wydawało mi się, że wyjazd w góry to będzie nasza szansa – taki restart, jakby zmiana otoczenia mogła przywrócić bliskość. Liczyłam na wspólne spacery, śmiech dzieci na sankach, wieczory przy herbacie. Dzieciaki były podekscytowane, ja trzymałam się tej iskierki nadziei, choć w środku czułam napięcie i lęk. Między mną a Michałem już dawno wdarł się chłód, którego nikt nie nazywał. Próbowałam nie dopuścić do siebie myśli, że może nic się już nie da zrobić. Tak bardzo chciałam wierzyć, że te ferie coś uratują. Albo przynajmniej nie wszystko stracę.

Nie tak to miało wyglądać

Śniadanie w pensjonacie miało być początkiem dobrego dnia. Nakładałam dzieciom jajecznicę, pilnowałam, żeby Staś nie zrzucił talerza. Michał siedział naprzeciwko mnie, wpatrzony w telefon. Oliwka próbowała opowiedzieć mu o wczorajszej wycieczce do lasu, ale Michał tylko kiwał głową.

– Może dziś pójdziemy wszyscy razem na sanki? – zaproponowałam, udając pogodny ton.

– Dziś? – spojrzał na mnie jakby wyrwany z zamyślenia. – Umawiałem się z Wojtkiem na narty, przecież ci mówiłem.

Myślałam, że to rodzinny wyjazd. Chyba nie po to jechaliśmy tyle kilometrów, żeby każdy robił swoje.

Michał westchnął głośno.

– Ty zawsze wszystko planujesz pod siebie. Ja też chciałem trochę odpocząć, w swoim stylu.

– Ty nic nie planujesz, Michał. Ty uciekasz. Nawet teraz, kiedy dzieci patrzą.

W sali zapadła cisza. Oliwka wpatrywała się w talerz, Staś zaczął skubać chleb. Przez chwilę słyszałam tylko szuranie krzeseł.

– Po prostu… chciałem na chwilę się wyłączyć – Michał podjął jeszcze raz.

– Ja od lat jestem wyłączona, tylko nikt tego nie zauważa – rzuciłam, czując, jak żal i złość zaciskają mi gardło.

Oliwka po chwili szarpnęła mnie za rękaw.

– Mamo, czemu wy się znowu pokłóciliście?

Poczułam wstyd – przed dziećmi, przed samą sobą. Kiedy tak właściwie przestaliśmy być zespołem? Kiedy każde nasze zdanie zaczęło brzmieć jak zarzut? Patrzyłam na Michała, ale widziałam tylko obcego człowieka, z którym dzielę łazienkę, kredyt i łóżko, a coraz mniej – życie.

Dzieci jadły dalej w ciszy. Oliwka, nie patrząc na mnie, zapytała szeptem:

– Mamo, a czy wy jesteście teraz pokłóceni na zawsze?

Serce mi zamarło. Chciałam coś odpowiedzieć, ale nie potrafiłam. W tamtej chwili zrozumiałam, jak bardzo wszystko się posypało, i że nie wiem, jak to naprawić.

Wcale nie było lepiej

Wieczorem w pokoju było duszno. Próbowałam wywietrzyć, założyć dzieciom piżamy, jakby codzienne rytuały mogły przykleić wszystko z powrotem do siebie. Michał siedział na brzegu łóżka, przeglądał prognozę pogody na następny dzień. Staś układał samochodziki na parapecie.

Podchodziłam do Michała z jakimś resztkowym odruchem – tyle razy powtarzałam sobie, że jeśli nie pogadamy teraz, zaraz będzie za późno. On jednak wyglądał, jakby wcale nie miał ochoty mnie słuchać.

– Michał, nie możemy tak funkcjonować. Dzieci widzą, że się mijamy.

Nie oderwał wzroku od telefonu.

– Przesadzasz. Po prostu jestem zmęczony, Karolina. Chciałem trochę odpocząć, serio.

– A ja nie? Myślisz, że mi jest lekko? Ty masz gdzie uciec, a ja nawet nie mam gdzie wyjść z tym wszystkim – powiedziałam ostrzej, niż zamierzałam.

Michał wzruszył ramionami.

– No i po co ta rozmowa teraz? Lepiej dajmy im spokój, co? Przyjechaliśmy tu po to, żeby dzieci dobrze się bawiły, nie?

Poczułam, jak łzy podchodzą mi do oczu. Zacisnęłam pięści, żeby nie popłakać się przy dzieciach. Ale głos mi się załamał.

– Widzisz, nawet jak płaczę, to jesteś gdzieś obok. Ty już dawno odszedłeś, tylko ciałem jeszcze tu siedzisz.

Nie odpowiedział. Odwrócił się na bok, udając, że czegoś szuka w walizce. Wtedy Staś bez słowa podszedł do mnie, objął mnie drobnymi rączkami i przytulił. Był taki cichy, jakby bał się wydać z siebie choćby szmer.

Mama, nie płacz – wyszeptał, a ja poczułam, jak coś we mnie gaśnie.

To już nie była tylko złość czy żal. To była czysta bezradność – wobec tego, że moje dzieci zaczynają się mnie bać, bo za często widzą mnie smutną. Michał nawet nie patrzył w naszą stronę. Może nawet nie zauważył, że Staś mnie przytula. Może nie chciał widzieć.

W głowie zapadła decyzja

Wieczór był cichy, dzieci już spały – Staś wtulony w pluszowego lwa, Oliwka zwinięta pod kołdrą, jakby bała się odkryć. Siedziałam na krześle przy oknie, patrzyłam na mrok za szybą i próbowałam zebrać myśli. Michał oglądał coś na laptopie, udając, że nie czuje mojego spojrzenia.

Nie planowałam tej rozmowy ani tych konkretnych słów. Po prostu w którymś momencie zrozumiałam, że nie chcę już wracać do domu w tym samym składzie. Jestem zbyt zmęczona, żeby jeszcze próbować udawać. Weszłam wprost między Michała a ekran telewizora.

Nie wrócę z tobą do domu.

Najpierw wybuchnął cichym śmiechem – krótko, nieprzyjemnie, z jakąś kpiną, która bolała mocniej niż każde słowo.

– No jasne. I co, pójdziesz sobie pieszo? Przestań, Karolina. Nie mam teraz na to ochoty.

Popatrzyłam mu w oczy. Jeszcze raz, spokojnie, jakby już wszystko się we mnie wypaliło.

– Wracam sama z dziećmi. Ty możesz zostać i robić, co chcesz.

Milczał przez chwilę, po czym wstał i podszedł do okna. Zobaczyłam, jak kiwa głową z niedowierzaniem, jakby próbował się obudzić z dziwnego snu.

– Serio zamierzasz się spakować? – spytał cicho.

Nie odpowiedziałam, tylko otworzyłam szafę i zaczęłam wyjmować rzeczy dzieci. Składałam ubrania, szukałam piżam i rajstop Oliwki. Słyszałam, jak oddycha ciężko za moimi plecami. Moje ręce drżały, serce waliło mi jak młot, ale byłam spokojna. Po raz pierwszy od dawna czułam, że jestem gdzieś szczera – w swojej decyzji.

Wtedy chyba pierwszy raz dotarło do Michała, że nie blefuję. Przestał mówić, przestał się śmiać. Patrzył tylko, jak pakuję walizki, i chyba po raz pierwszy od miesięcy zobaczył mnie naprawdę. Nagle w pokoju zrobiło się tak cicho, że słyszałam tylko własne myśli.

Wyjechałam bez pożegnania

Rano z trudem wstałam przed świtem. Spakowane walizki czekały przy drzwiach, dzieci jeszcze spały, ale wreszcie musiałam je obudzić. Staś od razu wtulił się we mnie z cichym „Nie chcę wracać…”, Oliwka bez słowa zaczęła się ubierać. Byli tacy grzeczni, jakby czuli, że tym razem nie ma miejsca na bunt.

W przedpokoju Michał pojawił się nagle, zaspany, w pogniecionym podkoszulku.

– Karolina, co ty wyprawiasz? – głos miał ochrypły, nerwowy i przestraszony jednocześnie.

Nie patrzyłam mu w oczy. Zapięłam Staśkowi kurtkę i poprawiłam Oliwce czapkę.

– Robię to, czego ty nie potrafiłeś zrobić od lat. Ratuję siebie.

Staś chwycił mnie za rękę, Oliwka zaciśniętą szczęką patrzyła gdzieś w bok. Michał zablokował drzwi, wciąż nie dowierzając.

Nie zabieraj dzieci – powiedział nagle, szeptem, jakby bał się, że go usłyszę.

– Nie zabieram. Ja je chronię – odpowiedziałam, głosem, którego nawet sama w sobie nie rozpoznawałam.

Przesunęłam się obok niego, dzieci wyszły za mną po kolei – jakbyśmy grali w jakimś teatrze, w którym nie chcieliśmy już występować. Michał został w korytarzu, nieruchomy, bezradny. Na schodach usłyszałam jeszcze, jak zamyka drzwi. Potem była już tylko cisza.

W pociągu dzieci usiadły przy oknie. Oliwka milczała, wpatrzona w przesuwające się za szybą drzewa. Staś trzymał mnie za rękę, cicho wzdychając. Miało mi być lżej, ale miałam tylko mdłości. Wiedziałam, że nie jestem gotowa na to, co będzie dalej. Było we mnie pusto, jak po burzy. Po raz pierwszy od miesięcy nikt nie mówił, co powinnam czuć. Po raz pierwszy nie było hałasu. Cisza wydawała się jakaś… prawdziwsza.

Wreszcie to do mnie dotarło

Po powrocie do domu działałam jak automat – rozpakowywałam rzeczy, wstawiałam pranie, próbowałam ukryć przed dziećmi własny chaos. Oliwka po raz pierwszy od dawna zasnęła spokojnie, Staś narysował mnie i swoją siostrę trzymające się za ręce. Wśród tych prostych gestów poczułam, jak bardzo jestem zmęczona i samotna.

Anka, moja siostra, wpadła do mnie jeszcze tego samego wieczoru, zanim zdążyłam się rozkleić na dobre. Przyniosła pudełko herbaty i czekoladowe muffinki, jakby czuła, że nie mam siły nawet upiec ciasta.

Naprawdę to zrobiłaś? – spojrzała na mnie z takim niedowierzaniem, jakby wciąż czekała jak na odwołanie alarmu.

– Bałam się. Strasznie się bałam, ale już nie było czego ratować. Wybrałam siebie i dzieci. Nawet jeśli nie wiem, co będzie dalej.

– A dzieciaki co na to? – Ania zerknęła przez uchylone drzwi do pokoju Oliwki.

– Oliwka śpi. Pierwszy raz od tygodni nie obudziła się z płaczem. Staś… rysuje. Chyba przestali się bać, że znów będę płakać w łazience.

Anka przytuliła mnie mocno, aż poczułam, że w końcu mogę rozluźnić ramiona. Przez chwilę nie mówiłyśmy nic. W tej ciszy była ulga, ale i poczucie winy – bo tak bardzo nie chciałam, żeby moje dzieci płaciły za moje wybory. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam. Żadna z nas nie wiedziała, jak się zostaje samotną matką z własnej decyzji.

Przez moment w mojej głowie pojawiła się jednak myśl: przynajmniej spróbowałam coś zmienić. Nie zostałam w tym piekle udawania. Byłam rozdarta – między spokojem a żalem. Gdzieś pod tym wszystkim tliła się jednak iskra nadziei.

Przynajmniej spróbuję

Stoję przy oknie naszego mieszkania. Dzieci bawią się w salonie, układają puzzle na dywanie, śmieją się z jakiegoś żartu. Trzymam kubek herbaty w rękach, choć nie czuję jej smaku. Robię ją bardziej dla ciepła niż dla samego naparu. Patrzę na ulice, na których jeszcze niedawno czekałam, aż Michał wróci z pracy. Czekanie to już inny świat.

Michał nie dzwoni. Nie pisze. Może jest wściekły. Może przestraszony. A może w końcu zrozumiał, że wszystko można przegapić, nawet rodzinę. Czasem mam ochotę usiąść i napisać mu, że jeszcze nie umiem zasypiać sama. Potem przypominam sobie te wszystkie wieczory, kiedy był obok, a ja i tak czułam się samotna. Czasami żal rozlewa się po mnie, jakby ktoś podkręcał radio na smutną piosenkę, której nie da się wyłączyć. Innym razem w tej pustce rodzi się coś zupełnie nowego – spokój.

Nie wiem, co będzie dalej. Może nie dam rady sama. Może kiedyś usiądę z dziećmi przy stole i powiem: spróbowałam, nie wyszło. Na razie jednak nikt już mnie nie zagłuszy, nie zgasi, nie wyrwie mi gruntu spod nóg. W tym mieszkaniu nie będzie już krzyku, kiedy dzieci zasypiają. Nawet jeśli to oznacza koniec rodziny. Może to wcale nie jest koniec. Może to właśnie początek.

Karolina, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama