Reklama

Zawsze byłam ambitna. Kiedy po latach pracy w niewielkiej firmie dostałam ofertę życia – etat z wysoką pensją, prestiżowym stanowiskiem i szansą na rozwój – nie wahałam się ani chwili. Mój mąż na początku się cieszył. Mówił, że jest dumny, że teraz to „jego żona rządzi”. Myślałam, że będziemy się wspierać, że pieniądze pomogą nam spełniać marzenia. Nie przewidziałam, że sukces, który miał być naszym wspólnym zwycięstwem, zamieni się w cichy konflikt. Że z zazdrości o pensję i pozycję, zacznie się oddalać. A potem już nie było odwrotu.

Wiedziałem, że ci się uda

– Zrobimy dziś jakąś kolację na twoją cześć? – zapytał Michał, kiedy wróciłam do domu po rozmowie kwalifikacyjnej.

– Nie zapeszaj, jeszcze nie mam nic pewnego – zaśmiałam się.

A potem przyszedł telefon. Zostałam przyjęta. Stanowisko menedżerskie w dużej korporacji, pensja trzy razy wyższa niż dotychczas. Serce mi waliło z ekscytacji.

– Wiedziałem, że ci się uda – powiedział Michał i pocałował mnie w czoło. – Zawsze powtarzałem, że jesteś zdolna.

Z początku wszystko układało się idealnie. Kupiliśmy nowy ekspres do kawy, zaczęliśmy planować weekend w Pradze. Michał nadal pracował jako programista, zdalnie, w tej samej firmie co od lat. Zarabiał nieźle, ale teraz ja przynosiłam do domu więcej. Na początku tylko żartował:

– No, szefowo, jak tam u góry?

Albo:

Muszę się postarać, bo jeszcze mnie zostawisz dla jakiegoś dyrektora.

Uśmiechałam się, bo wydawało mi się, że żartujemy razem. Nie zauważałam, że jego oczy nie śmieją się z ustami. Z czasem przestał pytać, jak mi minął dzień. Pracował niby tak samo, ale wieczorami siedział cicho, skrolował coś na telefonie. Ja byłam pełna energii, a on coraz bardziej wycofany. Nie rozumiałam wtedy, że to dopiero początek.

Już nie widzisz świata poza korpo

Zawsze dużo ze sobą rozmawialiśmy. O pracy, głupotach z internetu, planach na przyszłość. Nagle te rozmowy zniknęły. Michał coraz częściej odpowiadał półsłówkami, wzruszeniem ramion, jakby go to wszystko już nie dotyczyło. W domu było cicho. Niby normalnie, niby spokojnie, ale ta cisza była jak wrzask. Jakby krzyczała: „coś jest nie tak”.

– Wszystko okej? – zapytałam któregoś wieczoru, siadając obok niego na kanapie.

– No jasne. Po prostu zmęczony jestem – odburknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

Zamknęłam laptopa i odłożyłam na bok dokumenty. Też byłam zmęczona, ale przecież chodziło o nas. Próbowałam znów coś rozruszać, zaproponować wspólny wypad, kolację. Albo chociaż film. Zbywał mnie. „Nie teraz”, „innym razem”, „weź odpocznij, pracujesz jak wół”. Zaczęłam zauważać, że coraz częściej dogaduje mi coś w niby żartach. „Już nie widzisz świata poza korpo”. Albo: „Fajnie tak mieć służbowy samochód i wszystko opłacone, co?”. Zaczynało mnie to boleć. Najgorsze były momenty, gdy próbowałam mu coś opowiedzieć – o sukcesie, kliencie, awansie jednego z moich ludzi. Kiwał głową, udawał zainteresowanie. Widziałam, że udawał. A potem zapadała ta nieznośna cisza. I wiedziałam, że choć siedzi tuż obok, to już jest gdzieś indziej.

Kto tu teraz jest głową rodziny?

Zbliżała się nasza rocznica. Kiedyś Michał planował takie rzeczy z wyprzedzeniem – śmieszne bilety, kolacje w nietypowych miejscach, spacery w środku nocy. Tym razem zapomniał. Przypomniałam mu dopiero, gdy wróciłam do domu z tortem.

– O cholera... – powiedział tylko i podrapał się po głowie. – Przepraszam, wypadło mi z głowy.

– Wypadłam ci z głowy? – zapytałam cicho.

Wzruszył ramionami, jakby to nie miało znaczenia. Tego wieczoru długo siedzieliśmy w milczeniu, każde z nas po swojej stronie kanapy. Tydzień później przyszła premia. Dostałam dodatkowe piętnaście tysięcy za projekt, który mój zespół dowiózł przed czasem. Michał wieczorem rzucił:

– No i kto tu teraz jest głową rodziny?

– Serio? – spytałam, zaskoczona.

– Nie no, gratuluję. Fajnie tak zarabiać więcej niż facet. Nie każdy potrafi.

Zabolało. Nie tylko przez słowa, ale przez ton – sarkastyczny, lodowaty. Już nie był dumny. Już nie mówił, że to nasz wspólny sukces. Patrzył na mnie jak na rywala, nie partnera. Jakby pieniądze, które miały nas zbliżyć, stały się murem między nami.

Czy ty mnie jeszcze kochasz?

W pracy czułam się potrzebna, kompetentna, doceniana. W domu – jakby mojej obecności nikt nie zauważał. Michał przestał mnie całować na dzień dobry, przestał się pytać, jak mi minął dzień. Ja przynosiłam rozmowy, on przynosił chłód. Któregoś wieczoru wróciłam z prezentacją, którą wygłosiłam przed zarządem. Dostałam owacje. Nawet szef z Londynu uścisnął mi dłoń. Wróciłam pełna emocji, podekscytowana jak dziecko.

– Michał, wyobraź sobie! Cała sala klaskała! – opowiadałam z błyskiem w oczach.

– No i super – powiedział beznamiętnie. – Możesz przynieść chipsy?

Zamarłam. Miałam ochotę krzyczeć. Wyjść. Trzasnąć czymkolwiek. Ale tylko westchnęłam, poszłam po te głupie chipsy. W środku wszystko we mnie buzowało. Zaczęłam unikać domu. Zostawałam dłużej w biurze, jadłam kolacje z zespołem. Tam mnie słuchano, tam się śmiano z moich żartów. Tam czułam się sobą. Kiedyś zapytałam:

– Michał, ty mnie jeszcze kochasz?

– Nie wiem – odpowiedział po chwili ciszy.

To było gorsze niż „nie”. „Nie wiem” oznaczało, że mu się nie chce nad tym nawet zastanowić. Że może czeka, aż to ja podejmę decyzję. A ja już zaczynałam czuć, że to tylko kwestia czasu.

Nic więcej nie zrobimy

Pewnego wieczoru wróciłam wcześniej. Zrezygnowałam z kolacji służbowej, bo pomyślałam, że może jednak warto spróbować. Może jeszcze coś się da uratować. Kupiłam jego ulubione ciasto. Zgasiłam światła, zapaliłam świeczki. Michał wszedł do mieszkania, rzucił klucze na szafkę i nawet nie spojrzał w moją stronę.

– Masz gościa? – spytał z przekąsem, widząc kolację.

– Nie. Czekałam na ciebie – odpowiedziałam cicho.

– Nie trzeba było – mruknął. – I tak nie jestem głodny.

Usiadł do komputera, założył słuchawki. Miałam ochotę podejść i je zerwać. Zamiast tego poszłam do sypialni i zamknęłam drzwi. Tam pierwszy raz powiedziałam to na głos. „To koniec”. Nie wiem, czy bardziej płakałam z żalu, czy z ulgi. Dwa tygodnie później powiedział, że może lepiej będzie, jeśli się rozstaniemy. Że nie umie ze mną być, gdy czuje się gorszy. Nie miał do mnie żalu. Twierdził, że to jego problem. Że próbował, ale nie potrafił znieść tego, że jestem „lepsza”. Nie odchodził złością. Odchodził smutkiem. A ja nie zatrzymałam go. Chociaż serce mi się rwało, wiedziałam, że nic więcej nie zrobimy. Miłość, która nie wytrzymała presji sukcesu, przestała być domem.

Czy to naprawdę chodziło tylko o pieniądze?

Nie było spektakularnych kłótni, trzaskania drzwiami, dramatycznych pożegnań. Michał spakował się cicho, bez pretensji. Zostawił mi klucze na kuchennym stole. Patrzyłam, jak zamyka za sobą drzwi i miałam wrażenie, że coś się kończy, ale też... coś we mnie wraca. Spokój? Godność? Wiele razy analizowałam, co poszło nie tak. Czy to naprawdę chodziło tylko o pieniądze? Czy może o to, że jego poczucie wartości nie udźwignęło mojej siły? Że nie chciał być mężem kobiety, która staje się coraz bardziej samodzielna? Może bał się, że któregoś dnia naprawdę mu powiem: „Już cię nie potrzebuję”? A może po prostu nie umiał dorosnąć do partnerstwa.

Nie potrafię go znienawidzić. Przez lata był moim przyjacielem, kochankiem, rodziną. Ale dziś wiem, że miłość to nie tylko czułość. To także umiejętność cieszenia się z sukcesów tej drugiej osoby. Wsparcie wtedy, gdy komuś się uda. I pokora, by nie czuć się przez to mniej wartym. Zostałam sama. Może ostrożniejsza. Ale też silniejsza. I wdzięczna – że nie dałam się wciągnąć w jego kompleksy. I że nie wycofałam się tylko po to, żeby ktoś inny mógł się lepiej poczuć.

Weronika, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama