Reklama

Odkąd mój syn wyprowadził się z domu, żyłam w przekonaniu, że dobrą matkę poznaje się po tym, że nigdy nie odmawia pomocy. Zwłaszcza własnemu dziecku. Kiedy więc mówił, że jest mu ciężko, że potrzebuje czasu, żeby „stanąć na nogi”, bez wahania otwierałam portfel. Długo wierzyłam, że wspieram jego start w dorosłość. Dopiero po latach zrozumiałam, że popełniłam błąd.

Czułam się winna

Kiedy Paweł skończył studia, był pełen planów. Przynajmniej tak mi się wydawało. Siedzieliśmy przy kuchennym stole, a on bawił się łyżeczką, unikając mojego wzroku.

– Mamo, rynek pracy jest teraz trudny. Wysłałem kilka CV, ale cisza – powiedział. – Potrzebuję trochę czasu.

– Oczywiście – odpowiedziałam odruchowo. – Masz gdzie mieszkać, zawsze możesz wrócić.

– Nie, nie chcę wracać. Chcę być samodzielny. Tylko… gdybyś mogła przez jakiś czas pomóc mi z czynszem.

Patrzył na mnie tak, jak patrzył w podstawówce, gdy zapominał stroju na WF. Z tą samą mieszanką wstydu i oczekiwania. Serce mi zmiękło.

To tylko przejściowe – zapewnił.

Przez pierwsze miesiące faktycznie wierzyłam, że to przejściowe. Przelewałam pieniądze, a on dziękował krótką wiadomością. Czasem wpadał na obiad, opowiadał, że „coś się kroi”, że ma rozmowę kwalifikacyjną, że „znajomy coś obiecał”.

– Trzeba cierpliwości, mamo – powtarzał.

Minął rok. Potem drugi. Coraz rzadziej słyszałam o rozmowach kwalifikacyjnych. Coraz częściej o zmęczeniu, o tym, że „to nie jest praca dla niego”, że „nie chce brać byle czego”.

– Nie po to studiowałem, żeby pracować za minimalną – rzucił kiedyś, gdy zasugerowałam, że może warto zacząć od czegoś prostszego.

Zrobiło mi się głupio, jakbym go obraziła.

– Masz rację, przepraszam – powiedziałam szybko.

Zaczęłam dorabiać nadgodzinami. Tłumaczyłam sobie, że to inwestycja w jego przyszłość. Gdy koleżanki z pracy pytały, czemu nie jadę z nimi na wycieczkę, uśmiechałam się tylko.

Paweł potrzebuje teraz wsparcia.

Któregoś popołudnia przyszłam do niego bez zapowiedzi. Chciałam zrobić mu niespodziankę – przywieźć słoiki z obiadem. Otworzył po dłuższej chwili, w dresie, zaspany.

Spałeś? – zapytałam zdziwiona. – Jest czternasta.

– W nocy oglądałem szkolenia w internecie – odpowiedział szybko. – Rozwijam się.

W mieszkaniu panował bałagan. Na stole stała konsola, telewizor był włączony, a na kanapie leżały opakowania po jedzeniu na wynos.

– To wszystko kosztuje – wyrwało mi się.

– Mamo, naprawdę zaczynam czuć presję – westchnął. – Myślałem, że mnie wspierasz.

Te słowa mnie zabolały. Wspieram. Przecież właśnie to robiłam. Wróciłam do domu z poczuciem winy, że zamiast być dla niego oparciem, zaczynam go rozliczać. Następnego dnia przelałam mu więcej niż zwykle. Żeby nie czuł tej presji. Nie zauważyłam momentu, w którym pomoc stała się obowiązkiem, a jego prośby – czymś oczywistym. Gdy dzwonił, rzadko pytał, co u mnie. Zwykle rozmowa zaczynała się od:

– Mamo, mam mały problem…

I za każdym razem wierzyłam, że to już ostatni.

Nabrałam podejrzeń

Moment przełomowy przyszedł zupełnie niepozornie. Siedziałam przy biurku, przeglądając wyciąg z konta. Raty za mieszkanie, rachunki, a obok – regularne przelewy do Pawła. Kwoty rosły. Najpierw czynsz, potem „chwilowa pożyczka”, potem „opłata za kurs, który zmieni wszystko”. Zadzwonił wieczorem.

– Mamo, potrzebuję trochę więcej w tym miesiącu. Wysypał mi się projekt.

– Jaki projekt? – zapytałam spokojnie.

Zapadła chwila ciszy.

– No… ten, o którym mówiłem.

Nie mówił o żadnym. Nabrałam podejrzeń.

– Pawle, ile wysłałeś w tym miesiącu CV?

– Mamo, znowu zaczynasz? – w jego głosie pojawiła się irytacja. – Ciągle mnie kontrolujesz.

– Ja tylko pytam.

Nie jestem dzieckiem.

Te słowa zawisły między nami ciężko. Nie jesteś dzieckiem. A jednak co miesiąc czekał na przelew jak na kieszonkowe. Kilka dni później spotkałam jego dawną koleżankę z roku. Rozpoznała mnie w sklepie.

– Pani syn ma szczęście, że może sobie pozwolić na tak długą przerwę – powiedziała z uśmiechem. – My wszyscy pracujemy od razu po studiach.

– Przerwę? – powtórzyłam.

– No tak. On mówił, że nie musi się spieszyć, bo ma wsparcie. Że może wybierać.

Wracałam do domu z torbą zakupów i wrażeniem, jakby ktoś zdjął mi z oczu opaskę. Nie musi się spieszyć. Może wybierać. Wieczorem pojechałam do niego bez zapowiedzi. Otworzył szybko, jakby się mnie nie spodziewał.

– Mamo? Coś się stało?

– Chcę porozmawiać.

Usiedliśmy naprzeciw siebie. Pierwszy raz od dawna nie zaczęłam od pytania, czy czegoś potrzebuje.

Czy ty w ogóle szukasz pracy? – zapytałam wprost.

– Oczywiście.

– Ile rozmów miałeś w ostatnim miesiącu?

Odwrócił wzrok.

– Jedną.

– A w poprzednim?

Milczał.

– Pracuję na dwa etaty, żebyś ty mógł „wybierać”. Wiesz o tym?

Nikt ci nie kazał – odpowiedział chłodno. – To twoja decyzja.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakikolwiek krzyk. Nikt mi nie kazał. Rzeczywiście. To była moja decyzja.

– Myślisz, że ja nie chcę pracować? – dodał po chwili. – Po prostu nie chcę byle czego.

– A ja nie chcę być bankomatem – odpowiedziałam cicho.

Zobaczyłam w jego oczach zdziwienie. Jakby ta myśl nigdy wcześniej mu nie przyszła do głowy.

– Czyli co? Przestaniesz mi pomagać?

W jego głosie pojawił się lęk, ale też pretensja. Jakbym łamała jakąś umowę.

– Tak – powiedziałam, choć serce waliło mi jak oszalałe. – Od przyszłego miesiąca nie będzie przelewów. Jeśli chcesz pożyczyć, możemy spisać umowę. Jednak stałego wsparcia już nie będzie.

Wstał gwałtownie.

– Świetnie. Właśnie pokazałaś, jak bardzo we mnie wierzysz.

– Właśnie zaczynam w ciebie wierzyć – odpowiedziałam.

Wyszłam, zanim zdążył coś dodać. W samochodzie trzęsły mi się ręce. Bałam się, że zrobiłam błąd. Że zostawiłam go bez zabezpieczenia. Przez kilka dni nie dzwonił. Cisza była głośniejsza niż nasze wcześniejsze rozmowy. Sprawdzałam telefon co godzinę. Chciałam napisać pierwsza, zapytać, czy sobie radzi. Powstrzymywałam się. W kolejnym miesiącu nie zrobiłam przelewu. Siedziałam przy komputerze i patrzyłam na ekran. Jedno kliknięcie, a wszystko wróciłoby do starego porządku. Zamknęłam bankowość internetową. Nie wiedziałam wtedy, czy właśnie ratuję jego przyszłość, czy niszczę naszą relację.

Byłam z niego dumna

Zadzwonił po miesiącu ciszy. Zobaczyłam jego imię na ekranie i serce podeszło mi do gardła.

– Mamo… – zaczął, a w jego głosie nie było już pretensji. – Możemy się spotkać?

Umówiliśmy się w małej kawiarni niedaleko mojego domu. Przyszedł punktualnie. Usiadł naprzeciw mnie i przez chwilę mieszał łyżeczką w filiżance jak wtedy, po studiach.

Znalazłem pracę – powiedział w końcu.

Spojrzałam na niego uważnie.

– Jaką?

– W magazynie. Na razie na umowę zlecenie. Nie jest to praca marzeń.

Nie skomentowałam. Czekałam.

– Pierwsze dni były trudne – przyznał. – Bolały mnie plecy, byłem zmęczony. I zły. Na ciebie.

Te słowa ukłuły mnie, ale kiwnęłam głową.

Myślałem, że mnie zostawiłaś, kiedy było mi ciężko – ciągnął. – Ale wiesz, co było najgorsze? Że nikt w pracy nie pytał, czy mi się chce. Po prostu trzeba było zrobić swoje.

Uśmiechnął się krzywo.

– I zrobiłem.

W jego oczach zobaczyłam coś, czego dawno tam nie widziałam. Nie złość. Nie rozżalenie. Dumę.

Wynająłem mniejsze mieszkanie – dodał. – Sprzedałem część rzeczy. Musiałem coś zmienić.

– Radzisz sobie? – zapytałam cicho.

– Tak. I… dziękuję, że przestałaś mi pomagać.

Zamarłam.

– Co?

– Gdybyś dalej przelewała pieniądze, pewnie nadal bym czekał na „lepszą okazję”. Zawsze był jakiś powód, żeby odłożyć wysiłek na jutro.

Odetchnęłam głęboko. Nie wiedziałam, że tak bardzo potrzebowałam tych słów.

Bałam się, że mnie znienawidzisz – wyznałam.

– Przez chwilę byłem wściekły – przyznał szczerze. – Ale potem zrozumiałem, że traktowałaś mnie jak dorosłego. Chociaż ja sam się nim nie czułem.

Siedzieliśmy w ciszy, która tym razem była spokojna. Nie pełna napięcia, tylko zwyczajna. OD tego dnia minęło kilka miesięcy. Paweł nie tylko utrzymał pracę, ale zaczął szukać kolejnej – już z doświadczeniem w CV. Tym razem naprawdę wysyłał zgłoszenia. Czasem dzwonił, by opowiedzieć o rozmowie kwalifikacyjnej, o stresie, o drobnych sukcesach. Nie po pieniądze. Któregoś dnia przyszedł do mnie z kopertą.

– To pierwsza rata – powiedział, kładąc ją na stole.

– Jaka rata?

– Za te lata. Wiem, że nie muszę. Chcę.

Nie przyjęłam pieniędzy. Zamiast tego przytuliłam go najmocniej, jak potrafiłam. Zrozumiałam wtedy coś, czego wcześniej nie chciałam widzieć. Pomoc nie zawsze polega na dawaniu. Czasem prawdziwą pomocą jest odmowa. Pozwolenie komuś, by poczuł ciężar własnych decyzji i siłę własnych rąk. Dziś mamy lepszy kontakt niż kiedykolwiek. Nie dlatego, że znów go utrzymuję. Tylko dlatego, że przestałam to robić. A on w końcu przestał być chłopcem, który czeka na przelew od mamy.

Elżbieta, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama