„Wróciłem z pracy za granicą specjalnie na walentynki z żoną. Gdy zobaczyłem buty w korytarzu i wiedziałem już wszystko”
„Stałem w przedpokoju dłużej, niż powinienem. Patrzyłem na podłogę. Obok moich, lekko zakurzonych butów, stała para innych. Męskich. Ciemnych, zadbanych, ustawionych równo przy ścianie. Nie były ani moje, ani takie, jakie Emilia kupiłaby dla mnie”.

Drzwi do mieszkania zamknęły się za mną ciszej, niż planowałem. W ręku ściskałem torbę, a w głowie miałem jedną myśl – zdążę, zaskoczę ją, pokażę, że warto było czekać. Walentynki miały być naszym świętem, dowodem, że rozłąka niczego nie zniszczyła. Jeszcze wtedy wierzyłem, że wszystko jest na swoim miejscu.
Chciałem jej zrobić niespodziankę
Wracałem z lotniska z uczuciem, którego dawno nie znałem. Nie było w nim zmęczenia ani tej ciężkiej rezygnacji, z jaką zwykle wsiadałem do samolotu w drugą stronę. Tym razem wszystko miało sens. Walentynki. Jeden dzień, który miał skleić nasze małżeństwo z powrotem w całość. Emilia zawsze mówiła, że liczy się gest, nie data, ale ja wierzyłem, że właśnie ta data coś jeszcze znaczy.
W taksówce poprawiałem w myślach plan. Klucze do mieszkania miałem schowane w bocznej kieszeni kurtki, czekoladki w torbie, a pod koszulą serce biło mi jak przed pierwszą randką. Wyobrażałem ją sobie przy stole, może zaskoczoną, może rozczuloną. Przez chwilę nawet się uśmiechnąłem. Przecież obiecywała, że czeka.
Kiedy wszedłem na klatkę schodową, poczułem znajomy zapach – mieszankę detergentu i starego drewna. Nasze piętro zawsze wydawało mi się spokojne, trochę odcięte od świata. Otwierając drzwi, byłem przekonany, że za nimi zacznie się coś dobrego. Coś, co usprawiedliwi wszystkie rozmowy przez telefon urywane w pół zdania, wszystkie „oddzwonię później”, wszystkie noce, gdy zasypiałem sam.
W przedpokoju było ciepło. Zdjąłem kurtkę i już wtedy coś mnie tknęło. Nie umiałem tego nazwać, więc to zignorowałem. Przeszedłem kilka kroków dalej, wciągając powietrze. Pachniało inaczej niż zwykle. Nie domem, nie Emilią. Raczej jakimś obcym porządkiem, staraniem.
– Emilia? – zawołałem półgłosem, bardziej dla uspokojenia siebie niż z potrzeby odpowiedzi.
Cisza. Tylko cichy szum, jakby woda gdzieś płynęła. Pomyślałem, że może mnie nie usłyszała. Że zaraz wyjdzie z uśmiechem, a ja będę się śmiał z własnej nadwrażliwości. W końcu wróciłem wcześniej bez zapowiedzi. Każdy mógłby się zdziwić. Zrobiłem jeszcze jeden krok i spojrzałem w dół. Wtedy po raz pierwszy poczułem, jak ekscytacja powoli ustępuje miejsca czemuś cięższemu. Jeszcze nie wiedziałem czemu. Jeszcze próbowałem wierzyć, że to tylko zmęczenie po podróży. Że wszystko za chwilę wróci na swoje miejsce.
Coś tu się nie zgadzało
Stałem w przedpokoju dłużej, niż powinienem. Patrzyłem na podłogę, jakby miała mi coś wyjaśnić. Obok moich, lekko zakurzonych butów stała para innych. Męskich. Ciemnych, zadbanych, ustawionych równo przy ścianie. Nie były ani moje, ani takie, jakie Emilia kupowałaby dla mnie. Poczułem ukłucie, ale od razu próbowałem je zagłuszyć.
„Może ktoś z pracy” – pomyślałem. „Może ktoś wpadł na chwilę”. Tłumaczenia przychodziły same, szybkie i nerwowe, jakby bały się, że nie zdążą. Przecież nigdy nie była nieostrożna. Przecież zawsze mówiła, że dom to nasza twierdza.
Ruszyłem w stronę kuchni. Każdy krok był coraz wolniejszy. Na stole stały dwa talerze. Nie jeden, nie trzy – dwa. Starannie ułożone sztućce, serwetki złożone w coś, co miało wyglądać elegancko. Świece. Te same, które kiedyś schowała głęboko w szafce, bo powiedziałem, że nie lubię tego sztucznego nastroju. Teraz paliły się cicho, jakby ktoś bardzo chciał, żeby ten wieczór był idealny.
Zapach uderzył mnie mocniej niż widok. Nie był jej. Znałem Emilię na pamięć, nawet z odległości tysięcy kilometrów potrafiłem rozpoznać, kiedy zmieniła płyn do prania. To było coś innego, obcego, nachalnie obecnego. Wciągnąłem powietrze jeszcze raz, jakbym liczył, że się mylę. Nie pomogło.
Oparłem się o blat, czując, że robi mi się słabo. Przypomniałem sobie nasze ostatnie rozmowy. Jak często była zmęczona, jak szybko kończyła połączenia. Jak mówiła, że ma dużo spraw na głowie, że musi ogarniać życie za dwoje. Wtedy czułem wdzięczność. Teraz te same słowa zaczęły brzmieć inaczej.
– Może przesadzam – powiedziałem cicho do siebie. – Po prostu przesadzam.
Ręce jednak lekko mi drżały. Spojrzałem na zegarek. Walentynki. Dzień, który miał być dowodem. Dowodem na co? Na to, że wciąż do siebie pasujemy? Że czekanie ma sens? Coraz trudniej było mi w to wierzyć.
Z głębi mieszkania znów dobiegł ten dźwięk. Leciała woda. Równo, nieprzerwanie. Tym razem nie udawałem już, że jej nie słyszę. Zrozumiałem, że te buty nie są przypadkiem, a kolacja nie jest dla mnie. I że za drzwiami łazienki dzieje się coś, na co nie byłem gotowy, choć powinienem.
Miałem tysiąc myśli
Szum wody stał się nagle jedynym dźwiękiem w całym mieszkaniu. Nie słyszałem niczego innego. Regularny, spokojny, zupełnie niepasujący do tego, co działo się we mnie. Stałem na środku salonu i czułem, jak czas zwalnia, jakby ktoś celowo wydłużał każdą sekundę. Nie miałem odwagi się ruszyć od razu. Bałem się, że jeśli podejdę bliżej, wszystko stanie się nieodwracalne.
Usiadłem na skraju kanapy. Tej samej, na której Emilia pewnie siadała, kiedy dzwoniłem wieczorami. Widziałem ją oczami wyobraźni: z telefonem przy uchu, z tym lekkim uśmiechem, którego nie potrafiłem rozszyfrować. Zawsze mówiła, że cieszy się na moje powroty. Że to tylko etap. Teraz zastanawiałem się, czy mówiła to do mnie, czy raczej do siebie.
Woda w łazience nie milkła. Ktoś brał prysznic bez pośpiechu. Jak u siebie. To było najbardziej bolesne – ta swoboda. Jakby ten dom przestał być tylko nasz dużo wcześniej, zanim ja to zauważyłem. Pomyślałem o wszystkich chwilach, których nie było. O obiadach jedzonych osobno, o pustych rozmowach, o zdjęciach wysyłanych z opóźnieniem.
Wstałem i podszedłem pod drzwi łazienki. Nie dotknąłem klamki. Po prostu stałem, słuchając. Cisza między strugami wody była ciężka, dusząca. W tej ciszy mieściło się wszystko, czego nie powiedzieliśmy sobie przez ostatnie lata. Wszystkie niewypowiedziane pretensje i zmęczenie, które Emilia coraz gorzej ukrywała.
Przypomniałem sobie jedną rozmowę sprzed kilku miesięcy. Powiedziała wtedy:
– Andrzej, ja czasem czuję, że jestem zupełnie sama.
Odpowiedziałem jej czymś rozsądnym, logicznym. O pieniądzach, o przyszłości, o tym, że to dla nas. Teraz te słowa wróciły do mnie jak echo, którego nie da się uciszyć.
Woda nagle została zakręcona. Zapadła cisza tak głęboka, że aż zadzwoniło mi w uszach. Serce zaczęło mi bić szybciej. Wiedziałem, że za chwilę ktoś wyjdzie. Że nie da się już udawać, że to wszystko to tylko gra wyobraźni. Odsunąłem się o krok, czując, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Nie byłem gotowy na to, co miało się wydarzyć, ale jednocześnie czułem, że ta chwila była nieunikniona. Że prawda czekała za tymi drzwiami od dawna, a ja po prostu przyjechałem za późno.
Oni mieli swoje plany
Drzwi łazienki otworzyły się powoli. Najpierw zobaczyłem parę dłoni, potem sylwetkę Emilii. Zatrzymała się w pół kroku, jakby spodziewała się wszystkiego, tylko nie mnie. Jej twarz nie wyraziła jednak szoku. Raczej zmęczenie. To uderzyło mnie mocniej niż krzyk czy łzy.
– Andrzej… – powiedziała cicho, bez radości, bez gniewu.
Stałem naprzeciwko niej i poczułem się jak intruz we własnym domu. Chciałem zapytać, co tu się dzieje, ale słowa utknęły mi w gardle. Spojrzałem ponad jej ramieniem. Za nią pojawił się mężczyzna. Obcy, a jednocześnie zbyt pewny siebie; jak ktoś, kto zna to miejsce. Miał na sobie koszulę, którą Emilia kiedyś prasowała dla mnie.
– To jest Kacper – powiedziała, jakby przedstawiała nas na neutralnym spotkaniu, a nie w środku walentynkowego wieczoru.
Skinąłem głową, nie wiedząc po co. Kacper odpowiedział tym samym, wyraźnie zakłopotany, ale nie wycofał się. W tej jednej chwili zobaczyłem całą prawdę: oni mieli już za sobą rozmowy, decyzje, może nawet plany. Ja byłem pojawiłem się bez zapowiedzi.
– Miałeś wrócić jutro – dodała Emilia, spuszczając wzrok.
– Chciałem ci zrobić niespodziankę – odpowiedziałem. Brzmiało to dziecinnie nawet dla mnie.
Zapadła cisza. Nikt nie wiedział, co zrobić dalej. W końcu Emilia westchnęła i spojrzała mi prosto w oczy.
– Nie chciałam, żebyś dowiedział się w ten sposób.
Nie zaprzeczyła. Nie próbowała się tłumaczyć. To było najbardziej bolesne. Zrozumiałem, że w jej głowie ta rozmowa odbyła się już dawno. Może setki razy, w myślach, w bezsennych nocach.
– Jak długo? – zapytałem w końcu.
– Wystarczająco długo, żeby przestać się oszukiwać – odpowiedziała.
Kacper cofnął się o krok.
– Ja… chyba powinienem… – zaczął, ale Emilia zatrzymała go gestem.
– Nie – powiedziała stanowczo. – To dotyczy nas wszystkich.
Patrzyłem na nią i widziałem kobietę, którą kochałem, ale też kogoś zupełnie obcego. Zmęczoną samotnością, którą ja jej zafundowałem, wyjeżdżając i wierząc, że pieniądze załatwią wszystko. Poczułem gniew, ale szybko ustąpił miejsca pustce. Wiedziałem już, że nie da się uciec od tej rozmowy. Nawet jeśli teraz wyjdę, prawda zostanie z nami na zawsze.
Przegapiłem ten moment
Usiedliśmy przy stole, przy tym samym, na którym stygła kolacja. Świece wciąż się paliły, jakby uparcie trzymały się planu, który już nie miał prawa dojść do skutku. Kacper stał z boku, wyraźnie nie na miejscu, ale obecny wystarczająco, by przypominać mi, że to wszystko wydarzyło się naprawdę.
– To wcale nie zaczęło się od niego – powiedziała Emilia, zanim zdążyłem zadać kolejne pytanie. – To zaczęło się dużo wcześniej.
Słuchałem, a każde jej słowo układało się w obraz, który znałem, tylko nigdy nie chciałem go zobaczyć w całości. Mówiła o samotnych wieczorach, o decyzjach podejmowanych bez konsultacji, o tym, że z czasem przestała mi opowiadać drobiazgi, bo i tak mnie przy nich nie było. Fizycznie. A potem coraz częściej też w inny sposób.
– Wracałeś zmęczony, skupiony na pracy. Ja też byłam zmęczona – dodała. – Tylko że ja nie miałam dokąd wyjechać.
Chciałem się bronić. Powiedzieć, że robiłem to dla nas, że miałem plan, że to miało być przejściowe. Prawda była jednak taka, że ten plan zawsze miał więcej wspólnego z przyszłością niż z teraźniejszością. A ona żyła tu i teraz, sama.
Spojrzałem na Kacpra. Nie wyglądał na wygranego, triumfującego. Raczej jak ktoś, kto wszedł w miejsce, które już istniało. Zrozumiałem wtedy, że zdrada nie była początkiem końca. Była tylko jego widocznym znakiem.
– Czy jest jeszcze coś do ratowania? – zapytałem bardziej z obowiązku niż z poczucia nadziei.
Emilia długo milczała. W końcu pokręciła głową.
– Nie chcę już walczyć z poczuciem, że czekam na kogoś, kto jest coraz dalej.
Te słowa zabolały najbardziej, bo były spokojne. Bez oskarżeń. Bez dramatyzmu. Jak decyzja podjęta dawno temu, którą teraz tylko wypowiadała na głos. Zrozumiałem, że jeśli zostanę, będę tylko przedłużał coś, co i tak się skończyło. Że jedyną rzeczą, jaką mogę jeszcze zrobić, jest odejść z resztką godności i przyznać się przed sobą, że przegapiłem moment, w którym można było to uratować.
Przestałem się oszukiwać
Wstałem od stołu bez pośpiechu. Nikt mnie nie zatrzymywał. Emilia patrzyła na mnie uważnie, jakby chciała zapamiętać ten moment, ale nie zrobiła ani kroku w moją stronę. Kacper odsunął się jeszcze bardziej, dając mi przejście. To było symboliczne – całe moje małżeństwo właśnie się rozsunęło, robiąc miejsce na coś innego.
W przedpokoju założyłem kurtkę. Obce buty nadal stały tam, gdzie wcześniej. Teraz już nie budziły we mnie gniewu. Były tylko dowodem na to, że przegapiłem chwilę, w której powinienem wrócić nie na walentynki, ale wcześniej. Dużo wcześniej.
– Andrzej… – odezwała się Emilia zza moich pleców.
Odwróciłem się.
– Życzę ci, żebyś już nie musiał żyć na odległość – dodała cicho.
Skinąłem głową. Nie potrafiłem odpowiedzieć niczego mądrego. Wyszedłem, zamykając za sobą drzwi do miejsca, które przez lata nazywałem domem. Na klatce schodowej było chłodno i pusto. Zszedłem powoli po schodach, czując, że każdy stopień oddala mnie od życia, które uważałem za pewnik.
Na zewnątrz miasto było pełne świateł. Ludzie śmiali się, spieszyli gdzieś z kwiatami w rękach. Walentynki trwały w najlepsze. Ja stałem przez chwilę na chodniku z torbą przy nodze i po raz pierwszy od dawna nie wiedziałem, dokąd iść. Jednocześnie wiedziałem, że to, co się skończyło, nie skończyło się tej nocy. Ta noc była tylko momentem, w którym w końcu przestałem się oszukiwać. Odwróciłem się i ruszyłem przed siebie. Sam. Bez planu. Z bolesną świadomością, że teraz przynajmniej wiem, kim jestem i czego już nie chcę powtarzać.
Andrzej, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gniłem w nudnym związku, bo tak było mi wygodniej. W te walentynki zrozumiałem, że oszukiwałem się przez całe życie”
- „W walentynki przywitała mnie awaria ogrzewania. Nie miałam pojęcia, że to właśnie to pomoże mi odkryć zdradę faceta”
- „Planowałem walentynki jak z komedii romantycznej, a ona wolała być sama. Nie rozumiałem tego aż do jednej chwili”

