Reklama

Ostanie sześć lat z przerwami spędziłem w Niemczech, powtarzając sobie, że rozłąka to inwestycja w przyszłość. Danka prowadziła sklep w naszym miasteczku, ja wysyłałem jej pieniądze i odliczałem dni do powrotu. Wierzyłem, że jesteśmy drużyną. Kiedy zdecydowałem się wrócić na stałe, myślałem, że zaczniemy wreszcie normalne życie. Nie spodziewałem się, że zamiast spokoju dostanę pytanie, które rozbije mnie od środka.

Próbowałem się dopasować

Pierwsze tygodnie po moim powrocie były dziwne. Niby wszystko było na swoim miejscu – kubki w tej samej szafce, zapach proszku do prania ten sam, nawet zegar w kuchni wciąż spóźniał się o pięć minut. A jednak czułem się jak gość. Danka krzątała się po domu bardziej niż kiedyś. Odpowiadała półsłówkami, jakby bała się dłuższej rozmowy. Kiedy siadałem obok niej na kanapie, potrafiła wstać pod pretekstem sprawdzenia czegoś w sklepie.

Muszę jeszcze podjechać po fakturę – rzuciła któregoś wieczoru, zakładając kurtkę.

– O tej porze? – zapytałem, zerkając na zegarek. Była prawie dwudziesta pierwsza.

– Zapomniałam wcześniej. To tylko chwila.

Nie chciałem zaczynać od podejrzeń. Powtarzałem sobie, że to ja muszę się na nowo nauczyć bycia w domu. Przez lata byłem gościem na weekendy i święta. Teraz byłem tu codziennie.

Telefon stał się jej przedłużeniem ręki. Kiedy wchodziłem do pokoju, ekran gasł. Gdy pytałem, z kim pisze, odpowiadała: z hurtownią. Z klientką. Z księgową. Niby logiczne, a jednak w jej głosie było coś nerwowego.

Pewnego popołudnia spotkałem się z moją siostrą, Eweliną. Siedzieliśmy u niej w kuchni, a ona mieszała herbatę tak długo, aż łyżeczka zaczęła stukać o szklankę.

– Maciek… – zaczęła ostrożnie. – Może przesadzam, ale ludzie gadają.

– O czym?

Widziano Dankę z Tymonem. Często. Na siłowni, w kawiarni. Nawet pomagał jej niby w sklepie.

To imię obiło mi się o uszy. Kojarzyłem gościa – wysoki, zawsze uśmiechnięty, typ, który z każdym był na „ty”.

– I co z tego? – próbowałem brzmieć obojętnie.

Ewelina spojrzała na mnie uważnie.

– Tylko mówię. Może warto z nią porozmawiać.

Wróciłem do domu z ciężarem w klatce piersiowej. Danka stała przy kuchence.

Kto to jest Tymon? – zapytałem bez wstępów.

Zamarła na sekundę.

– Znajomy z siłowni. Pomagał mi przenieść kilka kartonów do sklepu. Czemu pytasz?

– Bo słyszę, że widywano was razem częściej niż przy kartonach.

Odłożyła łyżkę z głośnym stuknięciem.

– Czyli już zaczyna się kontrola? Wróciłeś i teraz będziesz mnie rozliczał z każdego kroku?

– Pytam. To różnica.

– A ja odpowiadam. Nic między nami nie było.

Patrzyła mi w oczy z wyzwaniem. Chciałem jej wierzyć. Przez chwilę nawet uwierzyłem. Ale w nocy leżałem obok niej i czułem dystans większy niż te wszystkie kilometry między Polską a Niemcami.

Kilka dni później oznajmiła, że jest w ciąży. Stałem w przedpokoju z torbą zakupów w ręku, a ona trzymała w dłoni test.

– Naprawdę? – zapytałem, czując jak kolana robią mi się miękkie.

– Tak – uśmiechnęła się niepewnie. – To był grudzień, Maciek. Wiesz…

Wiedziałem. Byłem wtedy w domu. Byliśmy wtedy sobie bliscy jak dawniej. Teraz objąłem ją, ale w głowie pojawiło się jedno, natarczywe pytanie. Czy to na pewno moje?

Wreszcie się przyznała

Nie wytrzymałem długo. Pytania krążyły mi po głowie jak natrętne echo. Patrzyłem na Dankę i zamiast cieszyć się wiadomością o dziecku, analizowałem każdy jej gest. Czy unika mojego wzroku? Czy za szybko zmienia temat?

Pewnego wieczoru siedzieliśmy w salonie. Telewizor grał w tle, ale żadne z nas nie śledziło programu.

– Chcę pogadać – powiedziałem w końcu.

Westchnęła ciężko.

– O czym?

– O Tymonie. I o tym, czy między wami było coś więcej.

Zapadła cisza. Danka wpatrywała się w swoje dłonie. Minęła minuta, może dwie. Czułem, jak serce wali mi w uszach.

– Maciek, mówiłam ci… – zaczęła cicho, ale jakby się przełamała. – Nie chciałam, żebyś dowiedział się w ten sposób.

To jedno zdanie wystarczyło. Poczułem, jak coś we mnie gaśnie.

– Czyli jednak.

Byłam sama – podniosła głos. – Przez lata. Ty miałeś swoje życie tam, ja swoje tutaj.

– Moje życie? – zaśmiałem się bez radości. – Pracowałem po kilkanaście godzin dziennie, żebyśmy mogli spłacić kredyt. Żebyś miała ten sklep.

– A ja wracałam do pustego domu! – odpowiedziała ostro. – Nie było cię przy zwykłych rzeczach. Przy awarii w sklepie, przy chorobie mamy, przy świętach. Byłeś głosem w telefonie.

Słuchałem jej i pierwszy raz dopuściłem do siebie myśl, że może naprawdę była samotna. Ale to nie zmieniało faktów.

Spałaś z nim? – zapytałem wprost.

Zamknęła oczy.

– Tak.

To słowo uderzyło mnie mocniej niż jakikolwiek krzyk. Usiadłem ciężko na fotelu.

– Od kiedy?

– Kilka miesięcy. Zaczęło się od rozmów. Pomagał mi w sklepie, potem… przekroczyliśmy granicę.

– I kiedy to się skończyło?

– Kiedy wróciłeś na święta. Zrozumiałam, że to nie ma sensu.

– Na pewno wtedy? – zapytałem cicho.

Otworzyła oczy i spojrzała na mnie z mieszaniną wstydu i uporu.

Chciałam, żeby tak było.

To „chciałam” zabrzmiało gorzej niż przyznanie. Podszedłem do okna. Śnieg padał gęsto, przykrywając chodnik białą warstwą. Pomyślałem, że chciałbym, żeby tak samo dało się przykryć to, co właśnie usłyszałem.

A dziecko? – odwróciłem się do niej. – Jesteś pewna?

– Tak. Terminy się zgadzają. To grudzień, Maciek. Wiem, kiedy to się stało.

A jeśli się mylisz?

– Nie mylę się.

Była stanowcza, ale w jej oczach dostrzegłem cień niepewności. Może tylko mi się wydawało. Może już nie potrafiłem patrzeć na nią bez podejrzeń.

Chcę mieć pewność – powiedziałem w końcu. – Kiedy dziecko się urodzi, zrobimy badania.

Zabolało ją to. Widziałem, jak zacisnęła usta.

– Myślałam, że mi ufasz.

– Ja myślałem, że mnie nie zdradzisz.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak obcy ludzie. Ona z poczuciem winy, ja z narastającym chłodem w środku. Najgorsze było to, że mimo wszystkiego nadal ją kochałem. Dlatego bolało podwójnie. Tamtej nocy spałem na kanapie. Wpatrywałem się w sufit i próbowałem policzyć miesiące, tygodnie, dni. Szukałem matematyki tam, gdzie rządziły emocje.

Ta chwila zmieniła wszystko

Miesiące mijały monotonnie. Wreszcie poród zaczął się nad ranem. Danka obudziła mnie cichym:

– Maciek… to chyba już.

Jej twarz była blada, ale spokojna. W drodze do szpitala trzymałem kierownicę tak mocno, że pobielały mi knykcie. Nieważne były tamte rozmowy, podejrzenia, kłótnie. Liczyło się tylko to, żeby zdążyć.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem płacz syna, wszystko we mnie zmiękło. Stałem przy łóżku Danki i patrzyłem na mały, pomarszczony nos, na zaciśnięte powieki. Pielęgniarka podała mi go ostrożnie.

Proszę, tatusiu.

To słowo przeszyło mnie na wskroś.

– Cześć, mały – wyszeptałem, czując, jak drży mi głos.

Danka obserwowała mnie uważnie.

– Widzisz? – powiedziała cicho. – Ma twoje brwi.

Rodzina szybko podchwyciła ten trop.

Wypisz wymaluj Maciek – śmiała się Ewelina. – Nawet marszczy czoło tak samo.

Chciałem w to wierzyć. Przez chwilę nawet zapomniałem o wszystkim. Kiedy kilka tygodni później odebraliśmy wyniki badań, ręce trzęsły mi się tak bardzo, że ledwo otworzyłem kopertę.

– No? – Danka patrzyła na mnie z napięciem.

Przebiegłem wzrokiem po zdaniach, szukając jednego słowa. Potwierdzenie. Ojcostwo zgodne. Usiadłem ciężko na krześle.

Jest mój – powiedziałem.

Danka rozpłakała się z ulgą. Podbiegła i objęła mnie mocno.

Wiedziałam. Mówiłam ci.

Przytuliłem ją, ale w środku czułem coś więcej niż radość. To była ulga wymieszana z goryczą. Biologicznie byłem ojcem. Jednak rysa między nami nie zniknęła. Ja zostałem mimo wszystko.

Podjąłem trudną decyzję

Któregoś wieczoru siedzieliśmy przy łóżeczku syna. Patrzyłem, jak śpi.

– Wiem, że możesz mi nigdy w pełni nie zaufać – powiedziała cicho.

– Może nie – odpowiedziałem. – Ale mogę zdecydować, że będę próbował.

Nie wróciliśmy do dawnej wersji siebie. Tamto małżeństwo skończyło się, kiedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Zaczęliśmy budować nowe – bardziej ostrożne, mniej naiwne.

Minął rok. Nie było już Tymona, nie było plotek. Były za to zwykłe dni: zakupy, spacery z wózkiem, zmęczenie i śmiech syna. Czasem łapałem się na tym, że patrzę na Dankę i zastanawiam się, czy znów potrafiłaby mnie zranić. Ale częściej widziałem kobietę, która naprawdę stara się naprawić to, co zniszczyła.

Zrozumiałem, że zaufanie nie wraca nagle. Ono rośnie powoli, jak coś kruchego, co łatwo złamać. Dziś nie jestem już tym samym człowiekiem, który wyjechał za granicę. Wiem, że pieniądze nie zastąpią obecności. Wiem też, że miłość bez rozmowy zamienia się w iluzję. Zostałem. Świadomie. Nie dlatego, że było łatwo. Ale dlatego, że uznałem, iż warto spróbować jeszcze raz – dla syna i dla siebie.

Maciej, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama