Reklama

Siedzę na skraju łóżka z kubkiem zimnej herbaty w dłoni i patrzę na tę samą scenę, którą widuję od miesięcy: mój mąż leży rozwalony na kanapie, pilot w jednej ręce, chipsy w drugiej. Ostatni raz powiedział mi coś miłego chyba dwa lata temu. Nie pamiętam już, jak to jest prowadzić z nim rozmowę, czuć się ważną, docenioną. Codzienność z nim zamieniła się w duszną ciszę przerywaną odgłosami telewizora. W końcu zrozumiałam, że jeśli mam jeszcze kiedyś poczuć, że żyję, muszę odejść. Choćby tylko z jedną walizką.

Nie wstaje z kanapy

– Ej, dasz radę przynieść mi coś do picia? – usłyszałam, zanim jeszcze zdążyłam ściągnąć buty po powrocie z pracy.

– Weź sobie sam, masz przecież nogi – odpowiedziałam zmęczonym głosem.

– No ale ja oglądam! – rzucił z oburzeniem, jakby to było logiczne wytłumaczenie.

Weszłam do kuchni, rzuciłam torebkę na krzesło, a kurtkę powiesiłam niechlujnie na oparciu. Przez uchylone drzwi widziałam, jak siedzi w swoim ulubionym miejscu, wytartym od lat kanapowym gnieździe, z piwem na stoliku i pilotem w dłoni. Taki sam układ codziennie od miesięcy. Czasem zmieniał tylko kanały.

Nie miał żadnej pasji, żadnego celu. O pracy nie wspominał od dawna – „znowu nie dzwonili”. Miał całe dnie, żeby wysłać choć jedno CV. Zamiast tego scrollował telefon, a potem utyskiwał na los, polityków i dzisiejsze czasy. A ja? Wracałam z biura, gotowałam, robiłam zakupy, opłacałam rachunki. On tylko mówił, że „kiedyś się odkuje”. Kiedyś. Kiedyś. Kiedyś. Tylko że ja przestałam wierzyć, że to „kiedyś” kiedykolwiek nadejdzie.

Kiedyś był inny

Na początku był czarujący. Naprawdę. Wydawało mi się, że trafiłam na kogoś, kto mnie widzi – nie tylko patrzy, ale naprawdę widzi. Drobne gesty, kawa zaparzona o poranku, wiadomość „miłego dnia” w pracy. Mówił, że jestem wyjątkowa. Że przy mnie chce się starać.

I starał się. Przez jakiś czas. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Z czasem coraz więcej zaczęło się „nie opłacać”. Najpierw rzucił pracę, bo szef był idiotą. Potem nie mógł znaleźć niczego, co by mu odpowiadało, bo „wszędzie teraz wymagają cudów”. Ja jeszcze wierzyłam, tłumaczyłam go znajomym, tłumaczyłam go sobie. Że kryzys, że zły moment, że przecież kiedyś wróci do siebie. Nie wrócił.

Zamiast tego wrosnął w mieszkanie. Stał się jego częścią, jak stary fotel albo zacinający się zamek w drzwiach – obecny, ale martwy. Najgorsze było to, że nie zauważyłam momentu, w którym przestał mi się podobać. W którym jego obecność zaczęła mnie drażnić bardziej niż hałas zza ściany.

Zaczęłam czuć, że on mnie po prostu… oszukał. Albo ja siebie. Może chciałam wierzyć, że znalazłam coś trwałego, a tak naprawdę złapałam się byle czego, żeby nie być sama.

Mówię jak do ściany

– Co o tym sądzisz? – zapytałam któregoś wieczoru, pokazując mu zdjęcia kuchennych frontów, które przeglądałam od tygodnia.

– Mhm – mruknął bez odrywania wzroku od telewizora.

– Czyli...?

– No, może być – rzucił beznamiętnie. – Możesz wziąć, co chcesz. I tak się nie znam.

I tak wyglądała każda nasza rozmowa. O ile można to było jeszcze nazwać rozmową. Miałam wrażenie, że mówię do mebla, a nie do człowieka. Zaczęłam prowadzić swoje życie obok niego, nie z nim. Zakupy robiłam według własnej listy. Decyzje podejmowałam sama, bo i tak jego zdanie było nijakie albo wcale go nie było. A najgorsze było to, że on nawet nie zauważał, że milczymy. Czasem nie mówił do mnie ani słowa przez cały dzień.

Zdarzało się, że zaczynałam temat tylko po to, by sprawdzić, czy jeszcze mnie słyszy. Czy zareaguje. Czasem rzucałam coś absurdalnego, jak:

– Myślę o adopcji świni morskiej z Patagonii.

– Jasne, spoko – odpowiadał, nie odrywając wzroku od ekranu.

Byłam z nim, ale czułam się bardziej samotna niż wtedy, gdy naprawdę byłam sama. Bo tamta samotność przynajmniej była uczciwa.

Walizka spakowana bez żalu

Wiedziałam, że to nie będzie wielka wyprowadzka. Nie potrzebowałam ciężarówki, kartonów ani pomocy sąsiadów. Tylko jedna walizka. Mieściło się w niej wszystko, co nadal było moje. Kilka ubrań, kosmetyczka, dokumenty, książka, której nigdy nie skończyłam czytać. Reszta – łącznie z nim – mogła zostać.

Zaczęłam pakować, gdy wyszedł po piwo. Nie czułam się jak złodziejka. Raczej jak ktoś, kto po latach odzyskuje siebie. Spokój, który czułam, był dziwnie kojący. Zero łez, zero paniki. Tylko chłodna decyzja: koniec.

Gdy wrócił, stałam już w przedpokoju.

– Co jest? Gdzie idziesz? – zapytał, widząc walizkę.

– Wychodzę. I nie wracam.

– Żartujesz? – zaśmiał się nerwowo. – Przecież nic się nie stało.

– Właśnie dlatego. Bo od lat nic się nie dzieje. A ja nie chcę tak żyć.

Nie powiedział nic więcej. Stał tylko i patrzył, jak zakładam buty. Otworzyłam drzwi, wyszłam na klatkę i dopiero wtedy zrozumiałam, jak bardzo ciążył mi ten dom. Jakby dopiero teraz zaczęło się życie – to prawdziwe, w którym oddycham pełną piersią.

Nowe życie pachnie świeżością

Pierwszą noc spędziłam u koleżanki. Spałam jak dziecko. Bez strachu, że obudzę się z wyrzutami sumienia. Rano zaparzyła mi kawę z mleczną pianką, a ja po raz pierwszy od dawna poczułam zapach życia. Świeże pieczywo, cytrusy, ciepła rozmowa bez napięcia.

– Wyglądasz, jakbyś zrzuciła z siebie tonę – zauważyła Asia, podając mi kubek.

– Bo tak się właśnie czuję – odpowiedziałam, patrząc przez okno na świat, który nie runął, mimo że wczoraj zostawiłam w nim wszystko, co znałam.

Zaczęłam szukać pokoju na wynajem. Nie miałam wielkich oszczędności, ale miałam coś więcej – spokój i determinację. Każdego dnia było mi lżej. Zaczęłam się śmiać z rzeczy, które wcześniej mnie drażniły. Oglądałam filmy bez komentarzy z kanapy. Rozmawiałam z ludźmi, którzy naprawdę słuchali.

Nie tęskniłam. Serio. Tylko raz śnił mi się, jak siedzi na tej swojej kanapie – sam, wśród pustych puszek. Obudziłam się i uśmiechnęłam. Wiedziałam, że dobrze zrobiłam. Że już nigdy nie wrócę tam, gdzie siebie zgubiłam.

Wolę być sama

Nie mam już złudzeń. Nie wierzę, że mogłam go zmienić, że coś dałoby się naprawić, gdybyśmy tylko porozmawiali, gdyby on tylko „się ogarnął”. To nie była relacja do naprawy. To było życie na cichym autopilocie, bez zaangażowania, bez emocji, bez wspólnego kierunku. A ja nie chcę być tłem dla czyjejś bierności. Nie chcę być kobietą, która codziennie patrzy na mężczyznę i pyta samą siebie: po co ja tu jeszcze jestem?

Nie znalazłam jeszcze nikogo nowego. I nie szukam. Może kiedyś. Może nie. Nie jestem już kobietą, która potrzebuje kogoś, by poczuć się kompletna. Teraz wystarcza mi, że wracam do mieszkania, gdzie wszystko jest moje. Że nikt nie kręci nosem, gdy włączam muzykę, nikt nie przełącza kanału, gdy oglądam coś innego niż jego serial.

Kiedyś bałam się samotności. Dziś wiem, że znacznie gorsze było życie obok człowieka, który przestał mnie dostrzegać. Samotność boli mniej niż obojętność. Mniej niż życie z kimś, kto zgasł i zgasił przy okazji mnie.

Beata, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama