Reklama

Mam siedemdziesiąt dwa lata i mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na zielonym osiedlu miasta. Nie narzekam – to moje miejsce. Cicho tu, spokojnie. Czasem może aż za cicho. Od dziewięciu lat, odkąd umarł mój mąż Władek, nikt poza mną nie stuka talerzem o talerz, nikt nie narzeka, że herbata za słaba. Cisza stała się moją codziennością.

Każdy dzień mam ułożony co do minuty: wstaję o szóstej, nastawiam wodę na herbatę, włączam radio – nie żeby słuchać, raczej żeby coś w tle mówiło – i siadam do krzyżówki. Potem może spacer do sklepu, rozmowa z Haliną spod trójki, która zawsze wie, kto umarł, a kto się rozwiódł, i wracam do siebie.

Zbliża się Dzień Babci – moje osobiste święto. Jedyny dzień w roku, kiedy mam pewność, że przyjadą. Moje dzieci, moje wnuki – trójka nastolatków, każdy inny, każdy zajęty sobą, ale w ten jeden dzień zawsze się pojawiają. To moje święta i urodziny w jednym.

Dla nich piekę szarlotkę taką jak kiedyś. Z kruszonką, bez rodzynek – bo Tymek nie lubi. Przygotowuję kakao. Odkładam drobne z emerytury, żeby wsunąć im po stówce do kieszeni. Nowy obrus już leży na stole. Siedzę teraz i nasłuchuję kroków. Dzwonka. Śmiechu na klatce. Dzisiaj będę znów potrzebna. Dzisiaj znów będę babcią.

Nawet nie czekali na ciasto

– Babciu, jesteśmy! – krzyknął Tymek, wpadając do mieszkania jak burza.

Zanim zdążyłam podejść do drzwi, już był w korytarzu. Buty zdjęte w pół kroku, kurtka rzucona na wieszak, torba prezentowa w ręce. Za nim Natalia – jak zwykle z telefonem w dłoni – i najmłodszy Jasiek, który nawet mnie nie pocałował na powitanie, tylko wszedł z jakimś plastikowym pudełkiem w ręce. Wnuki moje kochane. Wielkie, wyrośnięte dzieciaki, ale dla mnie zawsze maleństwa.

– No, babciu, wszystkiego najlepszego z okazji twojego dnia – Natalia podała mi torbę z prezentem i uśmiechnęła się na moment znad ekranu.

– Ojej, dziękuję, kochanie – rozczuliłam się, zaglądając do środka. Czekoladki i krem do rąk. Bardzo miły gest.

Po chwili w progu stanęli też ich rodzice. Córka była zajęta odbieraniem maili na służbowym telefonie, a zięć rozmawiał z kimś, pokrzykując półgłosem. Całe pokolenie w biegu.

– Siadajcie, napijecie się kakao? – zaproponowałam, ale nikt nie odpowiedział. Wszyscy rozsiadali się już przy stole, jakby tylko odhaczali punkt z listy.

Tymek spojrzał na brata, potem na siostrę. Przez chwilę krążyło między nimi jakieś porozumienie.

– Babciu, słuchaj... jest sprawa – zaczął cicho.

– Mówcie, dzieci, co się stało?

Chodzi o taki wyjazd szkolny – Natalia przejęła inicjatywę. – Wszyscy jadą. Tylko my nie. Mama z tatą powiedzieli, że nie mają teraz jak zapłacić.

– Ale ty zawsze nam pomagałaś… To tylko tysiąc – dorzucił Jasiek.

Zamarłam na moment. Tysiąc złotych? Dla mnie to całe oszczędności. Oni patrzyli na mnie jak kiedyś – mali, proszący, ufni. Poszłam do kredensu i wyjęłam kopertę.

– Weźcie. Tylko opowiedzcie mi, jak było. I zdjęcia przywieźcie.

Mój prezent był z przeceny

Drzwi zamknęły się z cichym kliknięciem. Tyle ich widziałam. Już ich nie ma. Podeszłam do stołu, gdzie wciąż parowały cztery kubki kakao. Nikt nie wypił ani łyka. Ciasto też nietknięte – kroiłam je rano z taką starannością, aż zemdliło mnie teraz od jego zapachu.

Usiadłam. Trzymałam jeszcze w dłoni czekoladki i krem. „Zestaw prezentowy – 29,99 zł” – mówił paragon, który wypadł z torby i leżał na podłodze, jakby sam chciał mi się pokazać. Podniosłam go. Spojrzałam raz jeszcze: 29,99 zł. Poczułam, jakby ktoś mnie uderzył w brzuch. Tak po prostu, znienacka. Zabrakło mi powietrza. Przecież nie o cenę chodzi... Ale może jednak?

Zrobiło mi się gorąco. Wstałam, wzięłam kubki i zlałam wszystko do zlewu. Za głośno, jak na puste mieszkanie. Kakao, które miało być z miłością, spłynęło jak resztki przeterminowanego mleka.

Może nie mieli więcej pieniędzy... Może i tak to dużo... – mówiłam sama do siebie, ale głos miałam obcy. Płytki, nieswój.

Wróciłam do salonu, spojrzałam na stół – krem, czekoladki i biały obrus. Obrus, który kupiłam z myślą, że może choć przez chwilę poczują się tu jak w domu.

Ale tysiąc złotych? Dla kremu za trzy dychy? – powiedziałam na głos, sama do siebie.

Ścisnęło mnie w gardle. Zgasiłam światło i usiadłam w fotelu. Nagle zapach Władka – dawny, tytoniowy, ciepły – powrócił. Choć on by mnie nie zostawił z takim uczuciem w sercu.

Sama to sobie zrobiłam

Wieczorem długo siedziałam w ciemności. W końcu wzięłam telefon i zadzwoniłam do córki. Odebrała po kilku sygnałach.

– Mamo? Coś się stało?

– Nie... Tak tylko... chciałam zapytać. Czy ten wyjazd to naprawdę był konieczny? Tysiąc złotych to dla mnie dużo...

Po drugiej stronie zapadła cisza. Potem westchnienie.

– Mamo, przecież dałaś im z własnej woli. Nikt cię nie zmuszał.

Zatkało mnie. Tak po prostu? Odruchowo zacisnęłam palce na kocu, jakby to miało mnie ochronić przed tym, co słyszę.

– Ale chciałam być potrzebna… Myślałam, że…

– Mamo, naprawdę. Dzieci chciały jechać. Ty zawsze byłaś taka kochana. Nie rób teraz z tego problemu.

– Nie robię… tylko się pytam – powiedziałam cicho, ale ona już nie słuchała.

– Dobra, mamo, muszę kończyć. Zadzwonię jutro, dobrze?

– Tak. Dobranoc.

Rozłączyła się. Zostałam sama z dźwiękiem sygnału, który w tej chwili był głośniejszy niż cała rozmowa. Podeszłam do półki i sięgnęłam po stare albumy. Zdjęcia dzieci, potem wnuków – małe rączki umazane czekoladą, uśmiechy bez zębów, laurki z krzywo napisanym „Babciu, kocham cię”.

Kiedy to się tak zmieniło? Zastanawiałam się, czy to ja. Może robię się zrzędliwa, może już nie jestem „fajną babcią”. A może po prostu przestałam być ważna? Spojrzałam na zdjęcie Natalki w przedszkolnym fartuszku. Tuliła się do mnie z lizakiem w ręce. Chciałam wtedy zatrzymać czas. Teraz chciałam cofnąć wszystko – do tamtej chwili, zanim poczułam, że jestem tylko portfelem z kruchą skórą.

Nie chciało mi się z nimi gadać

Przez kolejne dni nie odbierałam telefonów. Ani od córki, ani od wnuków. Dzwonili raz, potem drugi. Za trzecim razem już tylko mignęła wiadomość: „Oddzwonisz?” Nie oddzwoniłam. Zamykałam się w sobie. Całe dnie kręciłam się po mieszkaniu bez celu. Zrobiłam pranie, choć nie pełnej pralki. Przestawiłam wazony. Wyczyściłam kuchenkę. Wszystko po to, żeby nie myśleć. Myśli jednak były silniejsze. Przylatywały wieczorem, kiedy robiło się ciemno. Przypominałam sobie Władka – jak siedzieliśmy razem na balkonie, jak opowiadał o tym, że na stare lata to my to dopiero będziemy rozpieszczani przez wnuki. On nie doczekał. A ja?

Zaczęłam pisać list. Nie dlatego, że chciałam coś wysłać. Nie miałam nawet znaczka. Pisałam dla siebie. „Kochane dzieci” – zaczęłam. – „Nie mam wam za złe, że chcieliście pojechać. Mam za złe, że zapomnieliście, po co naprawdę się do mnie przychodzi”.

Pisałam powoli, z wysiłkiem. Ręka drżała, łzy kapały na papier. Pisałam o tym, że nie chcę być skarbonką. Że chciałabym, żeby przyszli czasem bez powodu. Po prostu na herbatę. Żeby przynieśli swoją obecność, a nie rachunek. Skończyłam, złożyłam list i wsunęłam do szuflady. Nie wiedziałam, czy go kiedykolwiek przeczytają. Może to i lepiej.

Następnego dnia znów zadzwonił telefon. Córka. Znów nie odebrałam. Potem Tymek. Długo dzwonił, prawie minutę. Może myśleli, że coś się stało. A może bali się, że coś w końcu zrozumieli. Nie wiedziałam. Nie chciałam zgadywać. Po raz pierwszy od dawna czułam, że milczenie może być głośniejsze niż jakiekolwiek słowa.

Przestałam już udawać

Dzwonek rozległ się w sobotnie przedpołudnie. Pomyślałam, że to może listonosz. Ale kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam Natalkę. Stała na wycieraczce, w rękach trzymała małą papierową torebkę.

– Babciu… – zaczęła niepewnie. – Mogę wejść?

Odsunęłam się bez słowa. Pachniała jakimiś słodkimi perfumami. Weszła do środka, rozglądając się tak, jakby była tu pierwszy raz. Postawiła torebkę na stole.

Przyniosłam ci coś... sama wybrałam. Tak naprawdę. Nie jak wtedy.

Wyjęła ze środka słoiczek konfitur z róży i ciepłe, wełniane skarpety. Ręcznie robione. Spojrzałam na nie i poczułam coś w klatce piersiowej. Nie wdzięczność. Raczej… zmęczenie.

– Dziękuję, Natalko – powiedziałam spokojnie, siadając. – Może usiądziesz?

Usiadła. Nagle była znowu małą dziewczynką, którą tuliłam po upadku z roweru.

Babciu… przepraszam. My nie myśleliśmy, że… że tak to odbierzesz. Myśleliśmy tylko, że... zawsze jesteś dla nas wsparciem.

Uśmiechnęłam się smutno. Nie chciałam jej pouczać. Nie chciałam nawet wypominać. Nie dziś.

Wiem, ale to boli. Chyba długo jeszcze będzie boleć.

Natalka spuściła głowę. Przez chwilę obie milczałyśmy. Cisza była mniej niezręczna niż poprzednie dni. Wyszłam do kuchni po herbatę. Gdy wróciłam, wnuczka siedziała z kartką.

Znalazłam ten list – wyszeptała w końcu. – W szufladzie. Nie powinnam czytać, wiem…

– Może i dobrze, że przeczytałaś.

Nie powiedziała nic więcej. Wstała, podeszła do mnie i przytuliła mnie nagle, mocno, jak kiedyś.

Chciałam być po prostu z tobą, babciu. Dzisiaj. Nic więcej.

Rzeczywiście została na herbatę. Bez żadnych próśb. Bez telefonu w dłoni. Gdzieś w głębi wiedziałam – coś się już skończyło. Coś we mnie się zamknęło. Miłość nie zgasła. Tylko zaufanie zrobiło się ciche i ostrożne.

Pomyślałam o przyszłości

Wróciłam do codzienności: herbata, radio, krzyżówki. Słońce nieśmiało zaglądało przez firankę, jakby nie chciało przeszkadzać. Na parapecie znów zakwitł storczyk – cichy, jak zawsze. W tle leciała audycja o tym, jak „nie zapominać o starszych ludziach w rodzinie”. Spojrzałam przez okno. Na podwórku dzieci sąsiadów lepiły bałwana. Ich matka stała z boku. Dziewczynka w różowym kombinezonie śmiała się, próbując wetknąć bałwanowi marchewkę. I wtedy... uśmiechnęłam się. Nie tak, jak dawniej. Ten uśmiech był inny – spokojny, do wewnątrz. Mniej ufny. Bardziej ostrożny.

Zrobiłam sobie kakao. Jedną porcję. Usiadłam w fotelu i wyciągnęłam szufladę. List nadal tam był. Nie wyrzuciłam go. Może jeszcze kiedyś ktoś go przeczyta. Może dopiero wtedy zrozumieją wszystko do końca.

Zaczęłam myśleć o testamencie. Nie z żalu, nie z gniewu. Po prostu z rozsądku. Może lepiej, żeby rzeczy trafiały tam, gdzie naprawdę będą znaczyć coś więcej niż tylko wartość w złotówkach. Nie wiedziałam, co mnie jeszcze czeka. Może kolejne Dni Babci z kremami i czekoladkami. Może jakieś ciche pojednanie, które przyjdzie z czasem. A może już tylko rozmowy z radiem i widok dzieci przez szybę. Dzisiaj czułam, że wystarczy, że jestem dla siebie i że to też jest coś warte.

Zofia, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama