Reklama

Gdy przeszłam na emeryturę, myślałam, że w końcu odpocznę, będę sobie chodzić po sklepikach, czytać książki, może nawet pójdę na jogę dla seniorów, choć na samą myśl o rozciąganiu się przed obcymi czuję ból w krzyżu. Przez tyle lat byłam na każde zawołanie: córka, zięć, wnuków… Obiad? Babcia zrobi. Opieka? Babcia zawsze w gotowości. Czasem miałam wrażenie, że tylko listonosz przychodził do mnie z potrzeby, reszta z potrzeby własnej wygody.

Zapomnieli o mnie

I kiedy wreszcie przestałam się poświęcać – zniknęli. Telefony stały się rzadkie, odwiedziny jeszcze rzadsze, oprócz jednego stałego elementu: Włodka, sąsiada z klatki obok. Od roku jest ze mną. Pije ze mną kawę, przeklina polityków razem z moim telewizorem i, jak nikt inny, rozumie mnie. Jest lepszy niż cała moja rodzina.

W Dzień Babci o siódmej trzydzieści usłyszałam dzwonek do drzwi – to pora tylko dla listonosza z emeryturą. A tu proszę: Piotrek, mój wnuk, który od miesięcy nie miał czasu. Stał z ciastem w ręce, kwiatami i uśmiechem tak sztucznym, że nawet moje plastikowe storczyki się skrzywiły. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, podał mi to wszystko jak jakiś akt skruchy.

– Dzień dobry, babciu. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci.

Wzięłam ciasto i kwiaty, odwróciłam się i bez słowa poszłam do kuchni. Usłyszałam za plecami lekkie chrząknięcie, więc musiał domyślić się, że ma iść za mną. Usadziłam go przy stole, a sama zaczęłam grzebać w szafce, szukając herbaty.

– Kawy nie pijesz, prawda? – rzuciłam w przestrzeń, bez spojrzenia w jego stronę.

– Herbata będzie w porządku.

Nie spodziewałam się go

Ton miał miękki, jakby zaraz miał mnie poprosić o wybaczenie, choć jeszcze nie padło żadne „przepraszam”. Przyszedł z prezentami, żeby coś przykryć – widziałam to od razu. Po tylu latach życia nie trzeba wielkiej psychologii, żeby rozpoznać, kiedy ktoś udaje. Zanim czajnik zdążył zagotować wodę, z salonu przyszedł Włodek. Spojrzał na Piotra, uśmiechnął się lekko.

– A kto tu zamieszkał? – Piotrek nie potrafił ukryć zaskoczenia. – Nowy hydraulik na pełen etat?

Włodek nie stracił rezonu. Podał mu rękę.

– Nie hydraulik, raczej partner. Z imieniem. Jestem Włodek.

Mój wnuk najpierw nie zareagował, jakby próbował przetrawić to, co usłyszał. Po chwili uniósł brwi i zbyt szybko wypalił:

– Aha. No proszę.

Zrobiłam dwa kroki w jego stronę i oparłam się o blat, patrząc mu prosto w oczy.

– Nie jestem tutaj dla twojego sumienia. Jeśli chcesz grać wnuczka, idź na casting.

Było mu głupio

Dopiero wtedy naprawdę spojrzał na mnie. Może zobaczył coś, czego nie widział wcześniej – kobietę, która już nie będzie robić z siebie darmowego dodatku do rodzinnych świąt.

– Babciu… ja po prostu chciałem cię odwiedzić.

– Po prostu? – uśmiechnęłam się chłodno. – A to nowość.

Woda w czajniku zaczęła bulgotać. Odwróciłam się i zalałam herbatę. Piotrek siedział dalej, sztywno, jakby bał się ruszyć. Włodek zrobił sobie herbatę i spokojnie wrócił do salonu. Podałam Piotrowi kubek i usiadłam naprzeciw. Mój wnuk postanowił nagle sobie przypomnieć, że ma babcię – tylko że zapomniał, że ja mam pamięć lepszą niż jego aplikacje w telefonie. Siedzieliśmy przy stole, a między nami niezręczne milczenie rozciągnęło się jak guma do żucia. Piotrek bawił się uszkiem od kubka, jakby szukał odwagi w jego porcelanie.

– Fajnie tu u ciebie, babciu. Cicho, spokojnie… – powiedział w końcu, patrząc na swoją herbatę, nie na mnie.

– Cisza nie przyszła znikąd – odpowiedziałam. – Przychodzi wtedy, kiedy już nikt nie dzwoni i nikt nie wpada „na chwilę”.

Atmosfera była niezręczna

Piotrek westchnął. Mimo wszystko próbował.

– Praca mnie zżera, wiesz, jak jest. Życie to wyścig. Wszyscy dokądś pędzą, każdy chce więcej… Ja też próbuję nadążyć i chyba przez to… jakoś umknęło mi, że czas tak szybko leci.

– Nie jestem z tych, co stoją przy trasie z wodą dla biegaczy – przerwałam mu ostro. – Nikt nie biegnie dla mnie. I dobrze, nie lubię sportu.

Zmieszał się. Spodziewał się babci, która głaszcze po głowie, a zobaczył kobietę, która nie zamierza udawać, że ostatnie miesiące się nie wydarzyły. Patrzył na mnie, jakby chciał cofnąć czas, choć sam przestał się w nim pojawiać.

– Wiem, że nie dzwoniłem… – zaczął.

– Jak często trzeba dzwonić, żeby nie być obcym? Co dwa tygodnie wystarczy?

– Babciu, nie wiedziałem, że liczysz minuty

– Nie liczę minut. Liczę tylko tych, którzy przestali o mnie pamiętać.

Miał wyrzuty sumienia

Wtedy naprawdę ucichł. Miał oczy wbite w kubek, jakby tam miał znaleźć odpowiedź. Może zrozumiał, że nie jestem już babcią na zawołanie. Nie jestem tu po to, żeby ktoś miał lepszy dzień, bo spełnił swój obowiązek odwiedzin.

– Chciałem dobrze – powiedział cicho.

– Nie wątpię. Tylko że dobrze to za mało. Trzeba być, nie tylko wtedy, kiedy sumienie zaczyna piszczeć.

Następnego dnia pojawił się znów, jakby chciał udowodnić, że mu zależy. Przyniósł drożdżówki i powiedział, że chciałby porozmawiać „spokojnie”. Usiedliśmy, jak poprzednio.

– Chciałem przeprosić – zaczął.

– Nie trzeba – przerwałam mu. – Przeprosiny nie zmieniają tego, co było. Zmieniają to, co będzie.

Popatrzył na mnie z lekkim zdziwieniem. Może liczył na łatwe wybaczenie, na ulgę, a ja nie miałam już w sobie tej miękkości, która wybacza dla świętego spokoju.

– Babciu… ale przecież cię kocham…

– To nie miłość, Piotrusiu. To wyrzut sumienia. Nie chcę być punktem z listy do odhaczenia. Nie jestem samotna. Jestem tylko zmęczona byciem potrzebną wyłącznie od święta.

Podniósł się i wyszedł. Wreszcie zrozumiał, że nie dostanie ode mnie nagrody za dobre chęci.

Dostał nauczkę

Stałam przy oknie, patrząc, jak Piotrek idzie w stronę samochodu. Nie odwrócił się ani razu. Nie czekałam na to. Tym razem naprawdę zrozumiał, że nie jestem już dla niego tym, czym byłam kiedyś. I dobrze. Włodek podszedł do mnie, bez słów. Położył mi rękę na ramieniu i spojrzał za okno razem ze mną.

– Może kiedyś wróci – powiedział cicho. – Już jako człowiek, nie aktor.

– Będę czekać, ale nie jest dla mnie najważniejsze – odpowiedziałam.

Podeszłam do stołu, gdzie stała jeszcze herbata. Wzięłam łyk. Nie jestem jego wspomnieniem z dzieciństwa. Jestem kobietą, która w końcu przestała czekać, aż ktoś ją pokocha i zaczęła kochać samą siebie.

Grażyna, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama