Reklama

Emerytura smakuje kawą rozpuszczalną, chłodem zza okna i ciszą, która z każdym dniem staje się coraz bardziej wymowna. Nazywam się Kazik, mam 76 lat, jedno mieszkanie i trzy osoby, które regularnie o nie pytają. O mnie – niekoniecznie.

Mam swoje rytuały. Wstaję wcześnie, bo starsi ludzie zawsze wstają wcześnie – nie wiem, czy to kwestia przyzwyczajenia, czy organizm po prostu uznaje, że szkoda życia na sen. Robię sobie kawę – dwie łyżeczki, nie więcej – zasiadam przy oknie i patrzę na ludzi biegnących do pracy. Kiedyś biegałem razem z nimi. Teraz tylko ich odprowadzam wzrokiem. Potem krzyżówki, żeby poćwiczyć mózg.

Około południa idę karmić gołębie. Trochę z przyzwyczajenia, trochę żeby mieć powód, by się ruszyć z mieszkania. A wieczorem, jak w zegarku, telefon. Czasem od syna, czasem od synowej. I zawsze niby niewinnie.

– Cześć, tato, co tam u ciebie? – zaczyna zazwyczaj Jarek. A ja już wtedy wiem, że to tylko intro.

– W porządku – odpowiadam krótko. – A u was?

– No właśnie, wiesz, Bartek już taki dorosły, kończy studia, z Justynką chcą wynająć coś razem, ale wiadomo, jak z cenami… – tu następuje westchnienie. – Może warto coś zaplanować, póki jesteś w formie, co?

Nie odpowiadam od razu. Zamiast tego patrzę w kubek po kawie, w dno, jakby tam miała być odpowiedź. Ale wiem, że nie chodzi o odpowiedź, tylko o reakcję. Sprawdzenie gruntu.

– Przemyślę to – rzucam w końcu. A w środku już wiem, że to znów to samo. Że dla nich jestem już nie „tata”, tylko „ten, co ma mieszkanie”.

Bartka kiedyś kochałem jak własne dziecko. Może dlatego, że byłem samotny, wdowiec od lat, a Bartek miał we mnie dziadka i ojca w jednym. Przyjeżdżał na wakacje, grał ze mną w warcaby, opowiadał o dziewczynach, które mu się podobały. Ale teraz te wizyty są inne. Takie... oficjalne.

Wpada z laptopem, pokazuje projekty, rzuca „a jakbyś to kiedyś przepisał, to można by się budować”. Czasem coś przywiezie, kawę z marketu, czekoladę. Jakby chciał mnie przekupić. Nie mówię o tym głośno, jeszcze nie, ale czuję, że we mnie coś pęka. Powoli, cicho, jak porcelanowa filiżanka, której nikt nie widzi, dopóki się nie rozsypie.

Przyszedł tylko po jedno

Bartek wszedł bez pukania, jak zwykle. Miał w rękach pudełko z ciastem, pachniało jabłkami i cynamonem. Uśmiechnął się szeroko, chociaż jego oczy błądziły gdzieś za mną. Usiadł na krześle przy stole, jakby już tu mieszkał, jakby to było jego miejsce, nie moje.

– No to wszystkiego najlepszego, dziadku – powiedział, wyciągając dłoń. – Dzień Dziadka dzisiaj przecież.

Podałem mu rękę, ścisnąłem lekko. Nie odpowiedziałem nic, bo i co miałem mówić? Sam przypomniałem sobie o tym święcie dopiero wtedy, gdy zadzwonił domofon. Nie przyszedł z życzeniami, tylko z planem.

Zaparzyłem kawę, pokroiłem ciasto. Usiadł wygodnie, jakby mu się należało. Zaczął od wspomnień, jak kiedyś jeździliśmy na ryby, jak uczyłem go rozpoznawać grzyby w lesie, jak bał się pająków i chował się za moimi plecami. Było miło. Zbyt miło. Przesadnie ciepło, jak przed burzą.

– Dziadku, chciałem z tobą porozmawiać poważnie – zaczął w końcu, nie patrząc mi w oczy. – Z Justyną myślimy o przyszłości, wiesz... Chciałbym się ustatkować. Myśleliśmy, żeby się tu wprowadzić. Może już byś przepisał to mieszkanie?

Poczułem, jakby mi ktoś wlał zimną wodę za kołnierz. Nie odpowiedziałem od razu. Oparłem się na łokciu i spojrzałem przez okno. Śnieg prószył, na chodniku biegały dzieci z sankami. Były głośniejsze niż kiedykolwiek.

– A tobie się nie wydaje, że ja jeszcze trochę pożyję? – spytałem spokojnie.

Bartek się zmieszał, spojrzał na mnie jakby pierwszy raz od dawna naprawdę mnie dostrzegł.

– Ale dziadku, to tylko formalność – wymamrotał.

Tylko formalność. W moim własnym mieszkaniu. Człowiek całe życie płaci raty, skrobie na remont, szoruje podłogi, a potem przychodzi wnuk z cynamonowym ciastem i mówi, że to tylko formalność. Skinąłem głową, jakby mnie to nie ruszało.

– Przemyślę to – powiedziałem. – Jak wrócisz za tydzień, pogadamy.

Wyszedł pół godziny później. Nie zabrał reszty ciasta. Zostawił je na stole, jakby mi coś dawał. Po jego wyjściu usiadłem z powrotem przy stole i przez dłuższą chwilę patrzyłem na pusty fotel. Jeszcze niedawno ten chłopak pytał mnie o wszystko – dlaczego liście opadają, jak zawiązać krawat, czy miłość boli. Teraz nie pytał już o nic, tylko przynosił papiery.

Podjąłem trudną decyzję

Tej nocy nie zmrużyłem oka. Przewracałem się z boku na bok, liczyłem oddechy, próbowałem znaleźć choć jeden sensowny powód, żeby udawać, że to wszystko jest w porządku. Ale nie było. Coś we mnie się spięło, zacięło, jak stary zamek, którego nikt od lat nie naoliwił. Nie potrafiłem już udawać, że jestem tylko zadowolonym emerytem, który grzecznie przepisał mieszkanie i czeka na śmierć z pilotem w ręce.

Wstałem wcześnie, szybciej niż zwykle. Ubrałem się porządnie, jak kiedyś do pracy i wyszedłem z domu. Nikt mnie nie pytał, dokąd idę. Od lat nikt nie pyta. Poszedłem prosto do banku. Doradca był młody, pachniał wodą kolońską i mówił szybko, jakby wszystko w życiu można było załatwić na trzy kliki. Opowiedziałem mu, czego chcę.

– Kredyt pod hipotekę. Mam mieszkanie, żadnych długów, żadnych zobowiązań. Chcę z tego skorzystać, póki mam siłę – powiedziałem.

Spojrzał na mnie z zainteresowaniem, ale nic nie powiedział. Wstukał coś w komputerze, pokiwał głową, podał papiery.

– Jest pan pewien? – zapytał w końcu.

– Chcę żyć, a nie sponsorować cudze ambicje – odpowiedziałem.

Załatwiłem, co trzeba. Potem poszedłem do notariusza.

Chciałbym zmienić testament – powiedziałem bez zbędnych uprzejmości.

Spojrzał na mnie znad okularów, ale nie komentował. Zaczął pisać, dyktować, wszystko w czystym języku, bez emocji. Jakby chodziło o kupno mebli.

– Zmieniłem zdanie. Testament będzie inny – dodałem. – Jeżeli ktoś chce to mieszkanie, może je spłacać. Tak jak ja je kiedyś kupowałem – rata po racie.

Po powrocie do domu usiadłem w fotelu i przez chwilę nic nie robiłem. Nie czułem triumfu, nie czułem też strachu. Tylko spokój. Po raz pierwszy od dawna czułem, że coś jeszcze mogę. Że nie jestem tylko punktem na mapie cudzych planów.

Nie była to łatwa decyzja. Przez głowę przelatywały obrazy: twarz żony przy pierwszej kawie w tym mieszkaniu, dziecięce łóżeczko Bartka w salonie, ślady kredek na ścianie. Ale te wspomnienia należały do mnie. I nikt nie miał prawa mi ich odebrać tylko dlatego, że teraz przydałoby się więcej metrów kwadratowych.

Miałem własny plan

Nie trzeba było długo czekać. Wystarczyło kilka dni, żeby się zorientowali. Zadzwonili rano. Najpierw syn.

– Tato, możemy wpaść? Musimy pogadać – usłyszałem w słuchawce.

– Jasne – odpowiedziałem. – Przyjdźcie.

Nie zapytałem, o co chodzi. Wiedziałem. Czułem to w głosie Jarka – tym wymuszonym spokoju, za którym czaiła się niecierpliwość. Przyszli we trójkę: on, jego żona i Bartek. Siedzieli naprzeciwko mnie jak komisja egzaminacyjna. Na stole czekała herbata, ale nikt po nią nie sięgnął.

– Dowiedzieliśmy się, że... zmieniłeś testament – zaczął syn. – I że wziąłeś kredyt pod hipotekę. Chcemy zrozumieć, o co chodzi. Przecież nie jesteś już młody. To nielogiczne.

– Nielogiczne? – powtórzyłem, patrząc mu w oczy. – Właśnie dlatego. I po raz pierwszy robię coś tylko dla siebie.

Bartek siedział nieruchomo, ale w końcu się odezwał:

– Ale ja chciałem tu założyć rodzinę...

– A ja chciałem ją mieć – przerwałem mu ostro. – Ale wy wolicie mieszkanie.

Zapadła cisza. Patrzyli na mnie jak na obcego człowieka. Jakbym nagle przestał być tym dziadkiem, co gra w warcaby i zawsze ma cukierki w szufladzie. Nie umieli tego zrozumieć. Bo nie przyszli tu zrozumieć. Przyszli przekonać mnie, żebym się rozmyślił.

– Tato, myśleliśmy, że to dla ciebie też będzie... ulga – powiedziała synowa, głosem, który miał być miękki, ale brzmiał fałszywie.

– Ulga? Od czego? Od własnego życia?

Wstali. Podziękowali chłodno, nie patrząc mi w oczy. Bartek na koniec podszedł i uścisnął mi dłoń. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował.

Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, usiadłem z powrotem. Nie było we mnie złości. Był smutek. Ale był też rodzaj dumy. Zrobiłem coś, czego nikt się po mnie nie spodziewał. Po raz pierwszy od dawna nie byłem biernym punktem w cudzym planie. Miałem własny.

Dopiero zacząłem żyć

Wylądowałem w Rzymie. Z małą walizką, lekką kurtką i planem, którego nikt poza mną nie znał. Kupiłem bilet bez powrotu, zarezerwowałem kilka noclegów i postanowiłem, że nie będę się spieszył. Na wszystko miałem czas.

Pachniało kawą, ludzie mówili głośno, żywo, bez pośpiechu. Chodziłem po mieście jak w filmie, który ktoś kręcił tylko dla mnie. Watykan, Koloseum, fontanna di Trevi. Patrzyłem, słuchałem, nie pstrykałem żadnych zdjęć. Wszystko chciałem zachować w głowie.

W Hiszpanii zatrzymałem się w małym miasteczku nad morzem. Przypadkiem, bo pociąg miał opóźnienie, a ja nie lubiłem się śpieszyć. Właścicielka pensjonatu mówiła łamanym angielskim i częstowała winem. Poznałem parę starszych Niemców, którzy od dziesięciu lat podróżowali po Europie starym kamperem. Rozmawialiśmy o książkach, o gotowaniu, o tym, jak się człowiek starzeje, ale nie musi rdzewieć.

W Portugalii siedziałem na plaży i pierwszy raz od lat zanurzyłem stopy w oceanie. Był zimny, słony i prawdziwy. Obok mnie usiadła młoda kobieta z chłopcem. Spytała, skąd jestem. Gdy odpowiedziałem, uśmiechnęła się i powiedziała, że jej dziadek był z Krakowa. Rozmawialiśmy chwilę. Nie pytała, co tu robię.

– Mam siedemdziesiąt sześć lat i dopiero teraz zaczynam żyć – powiedziałem jej, zanim odeszli.

Uśmiechnęła się ale nic nie powiedziała i to było najlepsze. Nie byłem już dziadkiem do przepisywania majątku, do dzwonienia w święta, do siedzenia na kanapie z kocykiem. Byłem sobą. Człowiekiem, który zamiast zostawić wszystko po sobie, postanowił coś jeszcze przeżyć.

Niczego nie żałowałem

Wróciłem do Polski późną jesienią. Mieszkanie było już sprzedane, kredyt spłacony, reszta oszczędności wystarczała mi na spokojne życie w kawalerce pod miastem. Mało kto wiedział, gdzie jestem. I dobrze.

Wszystko, co miałem, nosiłem teraz w sobie. Zdjęcia w głowie, słowa usłyszane od obcych ludzi, których już nigdy nie spotkam. Czułem się dziwnie lekko. Nikt niczego ode mnie nie oczekiwał. Nie musiałem być nikim więcej, niż byłem.

Relacje z rodziną ucichły. Po tamtym spotkaniu nie było telefonów, odwiedzin, nawet pretensji. Może czekali, aż zmienię zdanie. Może przestali czekać. Czasem myślałem o Bartku. O tym, że kiedyś pytał mnie, jak naprawić rower, a potem – jak załatwić przepisanie nieruchomości.

Pewnego dnia usiadłem przy biurku i napisałem list, odręcznie. Nie dlatego, że byłem sentymentalny. Po prostu chciałem, żeby musiał go rozpakować, przeczytać powoli, z uwagą. Nie mógł przewinąć.

„Bartek, niczego nie żałuję. Ani podróży, ani decyzji, ani tego, że zrobiłem coś wbrew waszym oczekiwaniom. Zasłużyliście na to. Nie chcę, żebyś myślał, że to kara. To konsekwencja. Nie jestem tylko domem ani lokalem do przepisania. Byłem człowiekiem. Dziadkiem, może nawet przyjacielem. Ale kiedy przestaliście mnie takiego widzieć, a zaczęliście planować za mnie – zrozumiałem, że już nie chodzi o mnie, tylko o metry. Jeśli kiedyś mnie zrozumiesz – odwiedź. Nie po to, by coś dostać. Po prostu. Spadek to nie miłość”

Podpisałem tylko: Kazik. Wysłałem go i nie czekałem na odpowiedź. Nie robiłem tego, żeby coś naprawić. Tego już nie trzeba było naprawiać. Sam, ale nie samotny – tak o sobie myślałem. I to wreszcie była prawda.

Kazimierz, 76 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama