Reklama

Samotność potrafi być cicha, ale przytłaczająca. Czasem mam wrażenie, że jest moim najwierniejszym towarzyszem – nie wychodzi, nie pyta, tylko siedzi w kącie i patrzy. Mam na imię Helena, mam 72 lata. Mieszkam sama, odkąd Zbyszek – mój mąż – odszedł pięć lat temu. Umarł spokojnie, we śnie. A ja wciąż wstaję rano, robię sobie herbatę i mówię na głos „dzień dobry”, jakby ktoś miał odpowiedzieć.

Mam wnuka, Wojtka. Był kiedyś moim oczkiem w głowie. Po szkole wpadał na zupę, grał ze mną w szachy. Gdy podrósł, kontakt się urwał. Najpierw mówił, że jest zawalony nauką, potem robotą, potem przestał mówić w ogóle.

Nie spodziewałam się niczego na Dzień Babci. Nawet nie upiekłam ciasta. Ot, zwykła sobota – radio w tle, książka na kolanach, kapcie na nogach. Aż tu nagle – dzwonek do drzwi. Pomyślałam: „Pewnie listonosz”. A tam… mój Wojtek. Z bukietem tulipanów, w wełnianym płaszczu, z uśmiechem jak kiedyś. Całuje mnie w rękę, przytula mocno i mówi:

– Cześć, babciu. Masz chwilkę? Mogę wejść?

Poczułam, jak miękną mi kolana.

Dla ciebie zawsze – odpowiedziałam, nie dowierzając własnemu szczęściu.

Wszedł. Zdjął buty. Rozejrzał się, jakby wrócił do siebie.

Radość wyparła wszelkie podejrzenia

Usiadł przy kuchennym stole, tam, gdzie zawsze siadał jako chłopiec. Podłożył ręce pod brodę i rozglądał się po mieszkaniu, jakby czegoś szukał. Może wspomnień? Może siebie sprzed lat?

Co cię do mnie sprowadza, kochanie? – zapytałam, nalewając herbaty. Ręce trochę mi się trzęsły.

– Dzień Babci przecież – uśmiechnął się lekko. – Pomyślałem, że czas się wreszcie zatrzymać i odwiedzić najważniejszą kobietę w moim życiu.

Zamarłam. Wiem, że potrafi być czarujący – zawsze był. Już jako dziecko potrafił sprawić, że człowiekowi topniało serce. Ale teraz... te słowa brzmiały tak ciepło, tak prawdziwie.

– No i jak tu się na ciebie gniewać, Wojtuś – mruknęłam, siadając obok.

Zaczęliśmy wspominać. Opowiadał o tym, jak razem lepiliśmy pierogi, jak raz spalił naleśniki, bo bawił się w szefa kuchni, jak czytałam mu bajki głosem smoka i księżniczki na zmianę. Śmialiśmy się. On – szczerze. Ja – przez łzy.

– Pamiętasz, jak mnie nauczyłaś grać w szachy? – zapytał nagle. – Ciągle pamiętam, że koń nie chodzi wcale jak koń. Tylko w literkę L.

– Bo to był koń magiczny – odpowiedziałam z uśmiechem.

Patrzyłam na niego uważnie. Niby ten sam Wojtek, a jednak nie ten sam. Mężczyzna z kilkudniowym zarostem, ale oczy – te same. Jakby znowu miał dziesięć lat. Czyżby coś się w nim zmieniło? Przemknęła mi przez głowę ta myśl, ale szybko ją odgoniłam. Nie teraz. Teraz chcę się cieszyć chwilą.

Nagle stał się „złotą rączką”

Po herbacie poszliśmy razem do łazienki – Wojtek upierał się, że musi spojrzeć na ten „twój słynny cieknący kran”. Klęknął przy wannie, rozkręcił coś, podrapał się po głowie i mruknął:

– Tu to trzeba by całe zawory wymienić. Babciu, serio, ten dom się trzyma na dobrej wierze. Muszę ci zrobić listę rzeczy do naprawienia. Przyjdę następnym razem z farbą, kuchnię odmalujemy. I może nowa pralka?

Zaniemówiłam. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz ktoś tak po prostu – bez proszenia – zaproponował mi pomoc. I to bezinteresownie.

Dziękuję ci, Wojtuś – powiedziałam cicho. – Nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.

Uśmiechnął się i wrócił do kuchni, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie – że wnuk przychodzi, sprawdza krany, snuje plany remontowe. Popukał w kaloryfery.

– Tu musi być cieplej – rzucił. – Zresztą, ty zasługujesz na ciepło. Na wszystko, co dobre.

Te słowa... tak dawno nikt mi czegoś takiego nie powiedział.

– Wojtek – zaczęłam ostrożnie – naprawdę zamierzasz częściej wpadać?

– No pewnie. Zrobimy plan. Będę tu, pomogę. A ty tylko mów, co potrzeba.

Serce mi zmiękło. Czyżby naprawdę wracał? Może dojrzał? Może zrozumiał, że rodzina to nie tylko słowo? Wtedy... kątem oka zauważyłam, jak zerka w stronę kredensu. Potem rzucił mimochodem:

A jak twoja emerytura? Bo wiesz, babciu, powinnaś mieć lepszą kuchenkę...

Uśmiechał się, niby żartem, ale w jego oczach mignęło coś ostrego. Coś zimnego. Zarejestrowałam to – instynktownie. Tylko się uśmiechnęłam i nic nie powiedziałam.

Odkryłam prawdziwy powód wizyty

Zrobiło się późno. Półmrok wypełnił pokój, lampka migotała ciepło, jakby chciała nas otulić. Wojtek siedział przy oknie i patrzył w ciemniejące niebo. Milczał.

Wszystko w porządku? – zapytałam w końcu, czując, że coś wisi w powietrzu.

Westchnął ciężko, nie odwracając głowy.

– Babciu… Muszę ci coś powiedzieć.

Zamarłam. Nagle zrobiło się dziwnie cicho, jakby mieszkanie też czekało na jego słowa.

Straciłem pracę. Już jakiś czas temu. Próbowałem różnych rzeczy, ale… nic się nie układa. Rachunki mnie duszą. Wynajem, długi, wszystko narasta – przetarł dłonią twarz. – Nie przyszedłem tu tylko z kwiatami. Potrzebuję pomocy. Finansowej.

Nie patrzył na mnie. Gapił się w podłogę, jakby szukał tam ratunku.

Ile? – zapytałam, ledwo słyszalnie.

– Trzy tysiące. Na start, żeby ruszyć. Pożyczka, oczywiście. Oddam. Przysięgam.

Nagle cały dzień przewinął mi się w głowie jak film: uśmiechy, pomoc, szachy, cieknący kran, tulipany. Wszystko złożyło się w jedną całość – nieznośnie logiczną.

– A więc po to przyszedłeś… – powiedziałam cicho.

Nie zaprzeczył. Tylko spuścił głowę jeszcze niżej.

– Wiesz, Wojtek – zaczęłam po chwili milczenia – ja wiedziałam, że to zbyt piękne. Że to nie może być ot tak. Ale i tak chciałam wierzyć. Bo jak człowiek nie wierzy w swoich bliskich, to co mu zostaje?

Nie odpowiedział. Cisza znów zawisła między nami, gęsta jak dym.

To była decyzja z serca

Siedzieliśmy w milczeniu. On – jak przyłapane dziecko, ja – jak ktoś, komu znów pękło serce. Mimo wszystko chciałam, żeby zaprzeczył, żeby powiedział, że przyszedł dla mnie. Nie dla pieniędzy.

– Wiesz, Wojtek... – odezwałam się w końcu spokojnie. – Serce mi się kraje, bo przez cały dzień czułam, że jesteś znowu „mój”. Ten sam chłopak, który nosił zeszyty w plecaku i podbierał ciasteczka z puszki.

Podniósł na mnie wzrok. Był w nim wstyd. Może też coś jeszcze.

– Babciu, to wszystko… to nie było udawane. Przysięgam. Ja naprawdę chciałem przyjść. Zobaczyć cię. Tylko… bałem się przyjść z pustymi rękami. Chciałem najpierw znów być blisko. Żeby nie wyglądało, że tylko po to.

Patrzyłam na niego długo. Widziałam, że się kruszy, że walczy ze sobą, albo świetnie grał. Nie wiedziałam. Może nie chciałam wiedzieć. Wstałam. Powoli podeszłam do kredensu, sięgnęłam do górnej półki. Wyjęłam białą kopertę. Trzymałam ją tam na czarną godzinę. Tylko że ta godzina zawsze była cudza, nie moja.

Dam ci te pieniądze – powiedziałam, kładąc kopertę na stole. – Nie dlatego, że mnie oczarowałeś. Nie dlatego, że mi cię żal. Dam ci je, bo cię kocham. Bo jesteś moim wnukiem. Bo... wciąż wierzę, że może kiedyś wrócisz, nie tylko po pieniądze.

Wojtek wstał. Ucałował mnie w czoło, jak kiedyś, gdy był dzieckiem.

Zadzwonię w tygodniu, babciu. Obiecuję.

Uśmiechnęłam się słabo.

– Będę czekać, Wojtuś.

Wciąż miałam nadzieję

Zostałam sama. Cisza znów zapanowała w mieszkaniu, ale tym razem bolała bardziej niż zwykle. Jeszcze przed chwilą śmialiśmy się przy stole, jeszcze parę godzin temu czułam jego obecność jak ciepły koc na ramionach. Teraz znowu było chłodno.

Sprzątałam powoli. Wkładałam brudne kubki do zlewu, ścierałam stół. Nawet nie było co zmywać – nic nie jedliśmy. Tulipany w wazonie opadły lekko, jakby i one wiedziały, że coś w tej historii było nie tak. Wojtek wyszedł w pośpiechu. Miał zadzwonić. Nie zadzwonił.

Mijały dni. Z każdym kolejnym próbowałam się oszukiwać. Może zapomniał. Może się wstydzi. Może pracuje nad sobą. Może... cokolwiek. Ale z każdym kolejnym wieczorem nadzieja gasła powoli, jak gasnący płomień świecy, której nikt nie dopilnował.

Patrzyłam w okno. Ten sam widok, co zawsze – bloki, parkujące samochody, pies sąsiadów. Tylko we mnie coś było inne. Jakby coś we mnie się złamało. Nie z hukiem. Cicho. Bezszelestnie. Usiadłam przy stole. W miejscu, gdzie jeszcze kilka dni temu siedział on. Spojrzałam na zwiędłe tulipany. I wtedy, cicho, niemal szeptem, powiedziałam do nich – a może do siebie?

– Wojtuś... proszę, dotrzymaj chociaż jednej obietnicy.

Będę na niego czekać

Minął miesiąc. Potem drugi. Telefon milczał. Kwiaty w końcu wyrzuciłam. Tak samo jak cichą nadzieję, że może jednak coś się odmieni. Że pojawi się nagle, jak wtedy – z uśmiechem, z tulipanami, bez słowa wyjaśnienia, ale z obecnością, której tak bardzo mi brakowało.

Nie przyszedł. Nie napisał. Nie oddał pieniędzy. Czasem budzę się w nocy i zastanawiam, czy w ogóle je jeszcze ma. Czy poszły na długi, czy na przyjemności, czy może na kolejną obietnicę – złożoną komuś innemu.

Nie opowiadam nikomu o tamtym dniu. Koleżanki z osiedla pytają, czy wnuk mnie odwiedzał. Mówię: „Tak, był. Przyniósł kwiaty”. To przecież prawda. Uśmiecham się, żeby nie drążyły. Mam wrażenie, że każdy człowiek nosi w sobie jakąś cichą tęsknotę. Moją jest on. Ten sam chłopiec, który kiedyś tulił się do mnie z książką i mówił: „Babciu, opowiedz jeszcze jedną bajkę”. Teraz bajka się skończyła.

Została zwykła codzienność. Herbata z cytryną, krzyżówki, radio. Wspomnienie dnia, w którym znów poczułam się potrzebna. Choćby na chwilę. Choćby nie do końca szczerze. Nie wiem, czy wróci. Nie wiem, czy jeszcze coś kiedyś usłyszę. Czasem – zupełnie bez sensu – stawiam drugi kubek na stole. Tak, jakby miał zaraz wejść. Czasem... przez sekundę, naprawdę w to wierzę.

Helena, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama