Reklama

Odkąd przeszłam na emeryturę, moje życie wyraźnie zwolniło. Kiedyś dom był pełen dźwięków: śmiechu córki, tupotu małych stóp, krzątaniny w kuchni. Teraz cisza jest moim codziennym towarzyszem. Włączam radio, by zagłuszyć pustkę, ale ono nie gada do mnie tak, jak kiedyś Basia czy mała Julia. Julia ma już siedemnaście lat. Jest wysoka, zgrabna, z tym wiecznym telefonem przyklejonym do dłoni. Gdy przychodzi do mnie z Basią, niby jest obecna, ale jakby nieobecna. Siedzi w fotelu, przewija coś na ekranie, czasem rzuci „tak, babciu”, ale nie wiem nawet, czy słyszy, co mówię.

Nie jestem na nią zła, tylko… jest mi po prostu przykro. Czasem zastanawiam się, czy w ogóle mnie jeszcze zna. Kim jestem w tym jej świecie aplikacji i emotek? Starą kobietą od kotletów i życzeń na Facebooku?

Zbliżał się Dzień Babci. Pomyślałam, że pewnie znów dostanę bukiet i zdjęcie z podpisem „Najlepsza babcia na świecie” — takie samo jak dziesiątki innych, tylko z moim imieniem w roli głównej. I znów będzie buziak, szybkie „kochamy cię” i znikną w pośpiechu, bo „Julia ma korki”. Pogodziłam się z tym. Nawet specjalnie nie kupiłam niczego słodkiego. Po co? Nikogo się nie spodziewałam.

Uśmiechnęłam się nieśmiało

— Dzień dobry, babciu — usłyszałam zza drzwi.

Podniosłam głowę znad robótki i aż zamarłam. W progu stała Julia. Sama. Bez matki, bez telefonu w ręku, bez znudzonej miny. Tylko z małym, nieco zmiętym bukiecikiem tulipanów.

— Julia…? — Podeszłam ostrożnie, jakby mogła się rozpłynąć. — Co się stało?

— Nic. Przyszłam do ciebie — odpowiedziała cicho. — Sama. I bez telefonu. Zostawiłam go w domu. Dzisiaj jestem tylko dla ciebie.

Zamrugałam. Coś mi się śni? Julia? U mnie? Sama? Bez telefonu?

— A telefon ci się nie zepsuł? — zapytałam z niedowierzaniem.

— Nie… po prostu chciałam być tu naprawdę. Bez rozpraszaczy. Tylko ty i ja, okej?

Okej? Ja nie byłam pewna, czy oddycham. Serce mi waliło jak młotem. Uśmiechnęłam się nieśmiało i zaprosiłam ją do kuchni. Szłam ostrożnie, jakbym niosła coś kruchego i drogocennego, może dlatego, że czułam, że ten moment jest właśnie taki.

— Usmażyć naleśniki? — spytałam.

— Tylko jeśli pokażesz mi, jak to robisz — uśmiechnęła się Julia.

Nie umiałam nic odpowiedzieć. Chyba pierwszy raz od lat coś drgnęło między nami. Jeszcze nie wiedziałam, dlaczego przyszła i skąd ten nagły zwrot. Ale nie pytałam. Bałam się zapeszyć. Wolałam słuchać. Patrzeć. Cieszyć się tym, że Julia tu jest: cała, obecna, prawdziwa. Choć przez chwilę.

Raz po raz coś komentowała

— To gdzie masz ten swój legendarny zeszyt z przepisami, babciu? — zapytała Julia, siadając przy stole.

Zamarłam na sekundę. „Legendarny”? Kiedy ostatni raz coś ją naprawdę interesowało? Sięgnęłam po stary brulion z pożółkłymi kartkami i śladami po cieście drożdżowym. Położyłam go przed nią, a Julia zaczęła go kartkować z autentycznym zainteresowaniem.

— O matko, co to za zapis? „Dodać szczyptę cierpliwości”? — Wybuchnęła śmiechem.

— Bo bez niej pierogi nie wychodzą — odpowiedziałam z przekąsem, ale też z uśmiechem.

— To ty jesteś mistrzynią zen, nie kuchni! — parsknęła, kręcąc głową.

— Nie wiem, co to zen, ale wiem, że bez spokoju ciasto się buntuje.

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się śmiałyśmy. Przypomniało mi się, jak kiedyś z moją Basią lepiłyśmy uszka, słuchając radia. Te same rozmowy, ten sam śmiech. Tylko wtedy Basia miała warkocze, a ja ciemniejsze włosy. Julia wzięła się za krojenie jabłek, a ja zagniatałam ciasto. Raz po raz coś komentowała: moje zapiski, krzywe litery, rzucała uwagi typu „Zupa nie powinna być zła — tak mówiła Zosia z sąsiedztwa”.

Kim była ta Zosia? — spytała nagle.

— Sąsiadka sprzed czterdziestu lat. Gotowała zupy, które leczyły złamane serca.

— A ty też potrafisz? — Spojrzała na mnie poważnie.

Czasem próbuję.

Zamilkłyśmy na moment. W kuchni pachniało cynamonem i smażonym jabłkiem. Julia wstała, sięgnęła po fartuch i bez słowa zaczęła zmywać. Bez pytania. Bez telefonu. A ja stałam tam i miałam wrażenie, że właśnie odzyskałam coś, co myślałam, że straciłam na zawsze.

Zapadła cisza

Obiad był prosty: naleśniki z jabłkami i pierogi ruskie. Ale dla mnie to była uczta. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Julia jadła powoli, jakby naprawdę chciała poczuć smak. A nie tylko wcisnąć coś między lekcje a scrollowanie. Patrzyłam na nią. Już nie była dzieckiem. Miała w oczach coś dojrzałego, choć wciąż trochę zbuntowanego. I wtedy nie wytrzymałam.

— Wiesz… To najpiękniejszy Dzień Babci od lat — powiedziałam cicho, odsuwając talerz. — Taki prawdziwy. Taki, jakiego już się nie spodziewałam.

Julia spojrzała na mnie zaskoczona.

— Babciu…

— Ja już się przyzwyczaiłam, że jestem… no, taka do przytulenia raz w roku. Kwiatki, buziak i „do widzenia”. Ale dzisiaj… dzisiaj jesteś tu naprawdę. I ja… ja nie wiem, co powiedzieć. — Głos mi zadrżał.

Zapadła cisza. Julia odłożyła widelec.

— Ja też nie wiedziałam, że tego potrzebuję — przyznała. — Ostatnio w domu jest tak… jakoś zimno. Mama ciągle pracuje, tata tylko mówi „ogarniasz szkołę?”, i koniec rozmowy. A ja niby mam tysiąc znajomych… Ale wiesz, że od tygodni nikt nie zapytał mnie, jak się czuję?

Spojrzałam na nią i zobaczyłam w niej dziewczynę, która nie potrzebuje kolejnych lajków, tylko kogoś, kto jej po prostu wysłucha.

— A ja cię będę słuchać — powiedziałam, chwytając ją za rękę. — Zawsze.

Julia ścisnęła moją dłoń i… po prostu się rozpłakała. Tak, jakby spuszczała z siebie jakiś ciężar. Wstałam, przytuliłam ją i tak stałyśmy przez chwilę, nie mówiąc już nic.

Widziałam, że rozumie mój strach

Została do wieczora. Pomagała mi obrać ziemniaki, podgrzała bigos, przyniosła świeczki z kredensu, które kiedyś robiła ze mną na święta. Kiedy zapaliła je i zgasiłyśmy światło, w kuchni zrobiło się… ciepło. I spokojnie.

Tęskniłam za tym — powiedziała nagle, nalewając mi herbaty. — Za spokojem. U nas w domu to tylko hałas. Telewizor, powiadomienia, mama się spieszy, tata się złości, brat wrzeszczy. Tu… cisza aż dzwoni w uszach. Ale taka dobra.

— Bo tu się nigdzie nie biegnie — odparłam. — Tu można być.

Siedziałyśmy długo, aż herbata wystygła. Patrzyłam na Julię i już wiedziałam, że coś się zmieniło. Ale nie umiałam się tym cieszyć do końca. Bo w głowie miałam jedno pytanie, które nie dawało mi spokoju.

— A co będzie jutro? — zapytałam w końcu, cicho, niepewnie. — Znów wrócisz do telefonu? Do tamtego świata?

Julia spojrzała mi w oczy. I widziałam, że rozumie mój strach.

— Może trochę… Ale nie tak jak wcześniej. Obiecuję. Odinstalowałam TikToka. Serio. Chcę mieć więcej takich dni, jak dziś. I chcę częściej przychodzić.

Chciałam wierzyć. Naprawdę. Ale w moim wieku… już się człowiek nie łudzi tak łatwo.

— Mam nadzieję — powiedziałam tylko. Bo serce się cieszyło, ale rozum szeptał: nie rozpalaj się za mocno, Halino. Bo znów przyjdzie rozczarowanie.

Nie oczekuję cudów

Odprowadziłam Julię do drzwi. Na pożegnanie mocno mnie przytuliła i powiedziała:

— Dziękuję, babciu. Za wszystko.

Ja też ci dziękuję, kochanie — odpowiedziałam, głaszcząc ją po policzku. — Za to, że byłaś. Naprawdę byłaś.

Kiedy drzwi się za nią zamknęły, dom znów spowiła cisza. Ale tym razem nie była aż tak przytłaczająca. Pachniało bigosem, w kuchni wciąż tliły się świeczki, a na stole leżały dwie nieumyte filiżanki. Ślady obecności. Usiadłam w fotelu, tam, gdzie zawsze. Spojrzałam na półkę, gdzie stała ramka ze zdjęciem Julii, gdy miała może cztery latka. W fartuszku, oblepiona mąką, śmiejąca się do obiektywu z dumnie trzymanym pierogiem.

— Dziękuję — powiedziałam cicho do siebie.

Nie wiem, czy to się powtórzy. Może to był tylko impuls, może znów pochłonie ją ekran. Ale na te kilka godzin odzyskałam wnuczkę. A może raczej… ona odzyskała mnie? Nie oczekuję cudów. Już nie. Ale dziś… dziś miałam ją tylko dla siebie. I to wystarczy. Na razie.

Halina, 74 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama