Reklama

Zawsze mówiłam, że starość nie jest dla mięczaków. Człowiek całe życie się stara, troszczy, poświęca, a potem siedzi sam przy kuchennym stole, popijając herbatę z torebki, bo po co kupować liściastą, skoro i tak nie ma z kim jej wypić.

Dzieci mam troje, wnucząt kilkoro, ale to Karolina, najmłodsza córki, zawsze była moją iskierką. Kiedy była mała, tuliła się do mnie i mówiła, że jestem jej najlepszą przyjaciółką. Teraz ma 22 lata, studiuje w Warszawie, i… no cóż. Ostatnio częściej pyta o przelewy niż o to, co u mnie słychać. Ale czekam. Zbliża się Dzień Babci – może zadzwoni. Może chociaż SMS-a napisze.

Czekałam na życzenia

Wstałam o szóstej. Nawet nie z budzikiem, tylko tak sama z siebie. Starość to taka pora życia, kiedy człowiek budzi się wcześnie, nawet jeśli nie ma po co. Zaparzyłam kawę, tę lepszą, rozpuszczalną, którą trzymam „na gości”. Ubrałam się w czystą bluzkę i lekko się umalowałam. Głupie? Może. Ale przecież Dzień Babci, może ktoś wpadnie. Albo chociaż zadzwoni.

Włączyłam radio. Grało stare przeboje, które pamiętam z czasów, gdy dzieci były jeszcze małe. Upiekłam jabłecznik. Taki, jak lubi Karolina. Postawiłam na stole. I czekałam.

Z każdą mijającą godziną przestawałam mieć nadzieję. Marta nie zadzwoniła. Tomek też nie. Nawet Basia, najmłodsza córka, tylko wysłała MMS z laurką narysowaną przez swojego Stasia. "Dla babci" – nawet nie dopisała imienia. Może i dobrze, nie musiała się wysilać.

Telefon w końcu zadzwonił dopiero po osiemnastej. Spojrzałam – Karolina. Serce zabiło mi mocniej. Odebrałam szybko, niemal drżąc.

– Cześć babciu, słuchaj… Masz może chwilkę?

– Oczywiście, kochanie! – rozpromieniłam się. – Myślałam, że zapomniałaś…

– Yyy… nie wiem, o czym mówisz.... Wiesz co, jestem w trudnej sytuacji. Potrzebuję trochę pieniędzy. Pożyczysz?

Zamilkłam. W pokoju zrobiło się nienaturalnie cicho. Spojrzałam na jabłecznik, nienaruszony, zimny.

– A… a jak się masz, Karolinko? – spytałam cicho.

– No mówię przecież, że mam ciężko. Pożyczysz czy nie?

A ja, choć serce mi pękało, skinęłam głową, jakby mogła to zobaczyć.

– Dobrze. Ile potrzebujesz?

Byłam rozżalona

Wieczorem długo krążyłam po mieszkaniu, nie mogąc się uspokoić. Niby to tylko pieniądze. Ale to nie o pieniądze przecież chodziło. Zadzwoniła do mnie wnuczka, której kiedyś czytałam bajki do snu, która całowała mnie w policzek i szeptała, że nigdy mnie nie zostawi – i jedyne, co miała mi do powiedzenia w Dniu Babci, to że brakuje jej na koncie.

Nie wytrzymałam. Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Marty, jej matki. Odbierała niechętnie, jak zawsze, gdy dzwonię po dwudziestej.

– Tak, mamo? Co się stało?

– Marta… Czy z Karoliną wszystko w porządku?

– A co ma być? Żyje, studiuje, wiadomo, swoje życie. A czemu pytasz?

– Bo dziś Dzień Babci. Nie złożyła mi życzeń. Zadzwoniła tylko, żeby zapytać, czy pożyczę jej pieniądze.

Po drugiej stronie zapadła cisza. A potem Marta westchnęła – krótko, ciężko, bez emocji.

– Mamo… A czego się spodziewałaś? Sama ją tak nauczyłaś. Zawsze jej dawałaś. Nawet jak nie trzeba było. Jak dziecku w sklepie wszystko kupujesz, to potem się nie dziw, że nie pyta, czy może.

– Ale to moja wnuczka… Ja ją kochałam. Myślałam, że… że coś dla niej znaczę – powiedziałam cicho, próbując nie płakać.

– Znaczysz tyle, ile jesteś w stanie dać. Gdybyś nie dała tych pieniędzy, może by się w końcu nauczyła – rzuciła Marta sucho. – Ale ty znowu się złamałaś, prawda?

Nie odpowiedziałam. Siedziałam w kuchni, w świetle żarówki nad zlewem, ściskając telefon. Wnuczka zapomniała o mnie jako o babci, ale pamiętała, że można mnie prosić o kasę. Czułam się jak bankomat z ciepłym sercem.

Zorganizowałam rodzinną kolację

Zaprosiłam ich wszystkich na kolację. Powiedziałam, że chcę się spotkać. Bez okazji. Marta westchnęła, Karolina niechętnie zgodziła się przyjść. Tomasz obiecał, że będzie. Basia odmówiła – „zostaje u teściów, może innym razem, mamo”. Trudno. I tak dobrze, że ktoś się zjawi.

Zrobiłam rosół, pieczeń, upiekłam sernik z kruszonką. Całe popołudnie w kuchni. Talerze poukładane, stół nakryty białym obrusem, jak dawniej. Pomyślałam, że może, jeśli będzie jak dawniej, to i oni przypomną sobie, kim dla siebie byliśmy.

Zebrali się około osiemnastej. Marta siedziała sztywno. Tomasz się uśmiechał, próbował rozładować atmosferę. Karolina przewracała oczami, wpatrzona w ekran telefonu. Zaczęliśmy jeść w milczeniu.

W końcu położyłam łyżkę na stole i odezwałam się:

– Zaprosiłam was, bo czuję, że coś się między nami popsuło. Że nie jesteśmy już rodziną, tylko grupą ludzi, którzy od czasu do czasu siedzą razem przy stole i pożyczają sobie pieniądze.

Karolina westchnęła ostentacyjnie.

 Babciu, naprawdę musimy o tym gadać? To tylko pieniądze. Pożyczyłaś, nie? To o co ta cała afera?

Spojrzałam na nią. I coś we mnie pękło.

– Nie, Karolinko. To nie tylko pieniądze. To o to, że moje serce pękło. Bo ja całe życie dawałam ci miłość. Pamiętasz, jak płakałaś, kiedy poszłaś pierwszy raz do przedszkola? Pamiętasz, kto cię wtedy tulił? Ja. A teraz? Nawet nie spytałaś, jak się czuję. Zadzwoniłaś tylko, żeby coś dostać.

Tomasz pokiwał głową, spojrzał na Karolinę poważnie.

– Przesadziłaś, Karola. Serio.

Marta milczała. Karolina wzruszyła ramionami.

– Dobra, już. Przepraszam, jeśli cię to jakoś zabolało, babciu. Ale nie róbmy z tego tragedii, okej?

Zamiast odpowiedzieć, wstałam od stołu. I płakałam. Pierwszy raz przy nich. Tak zwyczajnie. Jak kobieta, której nikt już nie słucha.

Nie mogłam zasnąć

Siedziałam w fotelu, owinięta w koc, patrzyłam w okno na ciemne podwórko i próbowałam poskładać myśli. Dobrze, że chociaż śnieg spadł – biel przytłumia szarość. Ale w środku jakoś tak pusto. Może bardziej niż zwykle.

Sięgnęłam po album. Stare zdjęcia, z czasów, gdy dzieci były jeszcze małe. A potem Karolinka. Uśmiechnięta, z kokardą we włosach. Trzyma mnie za rękę i pokazuje palcem tort urodzinowy. Miała wtedy pięć lat. Pod spodem dopisałam: „Babcia i najlepsza przyjaciółka – tak powiedziała sama.”

Zakręciło mi się w głowie. Przymknęłam oczy i nagle byłam znowu tam – w kuchni, gdy razem piekłyśmy pierniczki. Karolina stała na stołku, cała w mące, a ja udawałam, że jestem szefową kuchni.

– Babciu, a mogę dodać więcej cynamonu? Bo lubię, jak pachnie jak święta.

– No jasne, kochanie. Zrobimy takie, że nawet aniołom w niebie ślinka poleci.

Pamiętam, jak przytulała się do mnie w łóżku i słuchała bajek. Jak mówiła: „Zawsze będziesz moją babcią, nawet jak będę dorosła i sławna.”

A teraz? Teraz moja wnuczka traktuje mnie jak bankomat.

Otarłam łzy rękawem.

– Może nie jestem już potrzebna – szepnęłam do siebie. – Może starość to właśnie to – powolne znikanie z czyjegoś życia. Z życia, które się kiedyś wypełniało po brzegi miłością, a teraz jest jak szuflada z nieaktualnymi zdjęciami.

Wstałam, schowałam album z powrotem.

Wnuczka coś zrozumiała

Karolina przyszła trzy dni później. Bez zapowiedzi. Bez kwiatów. Bez laurki. Tylko w tej swojej zimowej kurtce i z telefonem w dłoni, który odłożyła na półkę w przedpokoju, jakby robiła mi łaskę.

– Masz chwilę? – zapytała cicho.

– Zawsze mam. – Skinęłam głową i wskazałam ręką na fotel.

Usiadła niepewnie. Tak jakoś niezręcznie, jakby była w domu obcej osoby. Przez chwilę milczałyśmy. Czekałam, aż coś powie. W końcu podniosła na mnie wzrok.

– Babciu… przepraszam. Serio. Po prostu… jakoś mi się to wszystko wymknęło. Nie miałam głowy. Egzaminy, praca, życie…

– Nie chodzi o to. – Przerwałam jej. – Chodzi o serce.

Wzruszyła ramionami, jakby nie wiedziała, co odpowiedzieć. Patrzyła na swoje dłonie.

– Wiem. Jesteś zła. Masz prawo. Ale nie chciałam cię zranić.

– Ale zraniłaś. Bo kiedy się kogoś kocha, to się o niego pamięta. Nie tylko wtedy, gdy się czegoś potrzebuje.

Chciałam jej powiedzieć więcej. Że pamiętam, jak mówiła, że zawsze będzie blisko. Że ja nie potrzebuję prezentów, tylko odrobiny czułości. Ale nie miałam już siły. Tylko siedziałam i patrzyłam, jak dorosła kobieta, którą kiedyś tuliłam, nie wie, jak okazać uczucia.

Wstała po chwili. Zapięła kurtkę.

– To… ja będę już lecieć.

– Dobrze. – Podniosłam się wolno. – Idź. Ale pamiętaj, Karolinko… czasem ludzie się odwracają i odchodzą, myśląc, że jeszcze mają czas na naprawę. A potem zostaje tylko żal i nieodebrane połączenia.

Nie odpowiedziała. Pocałowała mnie w policzek, bardzo szybko, jakby się spieszyła, jakby coś ją parzyło. I wyszła. Nie zatrzymałam jej.

Helena, 75 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama