Reklama

Nigdy nie uważałam się za osobę naiwną, chociaż wiek już swoje zrobił i niejedna zmarszczka przypominała mi, że więcej życia mam za sobą niż przed sobą. Lubiłam obserwować, jak wokół mnie zmieniają się ludzie, jak z dziecka, które tuliłam na kolanach, wyrasta pewna siebie kobieta, co to myśli, że świat już zna od podszewki. A ja sobie siedziałam w swoim fotelu, udając, że nic nie widzę, że nie słyszę tych szeptów na klatce schodowej, tej wyliczanki: „ile babcia ma pieniędzy, czy już spisała testament, co tam po niej zostanie”. Takie czasy. Każdy chciałby mieć pewność, że mu się coś należy, choćby nie miał za grosz wdzięczności. Ja za to miałam czas. Czas i cierpliwość, bo życie nauczyło mnie, że ten, kto wydaje się najsłabszy, potrafi ugryźć najmocniej. I wcale nie zamierzałam nikomu tego ułatwiać.

Słyszałam już w tej rozmowie więcej

Kiedyś, jeszcze zanim życie zrobiło się aż tak skomplikowane, wnuczka wpadała do mnie po szkole, zostawiała plecak w przedpokoju, a ja już czekałam z talerzem klusek. Teraz widywałam ją głównie wtedy, gdy miała interes albo… gdy zbliżały się moje urodziny. Zwykle pachnąca drogimi perfumami, z telefonem przy uchu, rozbiegana, ale zarazem z wyrazem twarzy osoby, która łaskawie znalazła dla mnie czas. Dlatego zdziwiło mnie, gdy w ostatnim czasie zaczęła odwiedzać mnie częściej.

– Babciu, wiesz, jak ciężko teraz z tymi studiami? – zaczęła od progu, nie odkładając nawet torby na podłogę.

– A to studia uczą też, jak się wchodzi do mieszkania? – rzuciłam z przekąsem, unosząc brwi. – Kiedyś to chociaż „dzień dobry” się mówiło.

Westchnęła, spojrzała na mnie tak, jakbym robiła z igły widły, po czym usiadła na kanapie, poprawiając zamaszyście włosy.

– No dobrze, dzień dobry, babciu. Naprawdę, nie rozumiesz, jakie czasy teraz są? Wszystko kosztuje, stypendium marne, a do pracy nie mam kiedy iść…

– To cię ktoś zmuszał na te wszystkie kursy językowe, kurs prawa jazdy i ten nieszczęsny taniec brzucha? – zapytałam, nalewając jej kompotu. – Życie nie polega na tym, żeby tylko brać.

– Oj, babciu, babciu… – mruknęła, łapiąc szklankę. – Ty to zawsze musisz swoje.

Popatrzyłam na nią uważnie. Słyszałam już w tej rozmowie więcej, niż ona by chciała. Czekała, aż zacznę zapewniać, żeby się nie martwiła, że mam pieniądze, że przecież wszystko jej zapiszę. Zamiast tego uśmiechnęłam się słodko.

Po prostu chcę spędzić z tobą czas

Następne dni minęły spokojnie. Wnuczka pojawiła się po tygodniu, kiedy znalazła chwilę pomiędzy swoimi zajęciami, a moim ulubionym serialem. Usłyszałam pukanie do drzwi. Weszła z miną niewiniątka, niosąc w rękach jakieś ciastka z supermarketu.

– Babciu, pomyślałam, że może masz ochotę na coś słodkiego – zagadnęła i usiadła na sofie.

– Masz jakieś interesy do załatwienia, że taka miła jesteś? – zapytałam z rozbawieniem.

Zachichotała nerwowo, rozplatając włosy i przyglądając mi się spod rzęs.

– Aż taka przezroczysta jestem? – zażartowała, lecz nie odpuściła. – Po prostu chcę spędzić z tobą czas.

– O, ciekawe. Przez dwadzieścia lat nie miałaś czasu zapytać, to teraz nagle się zainteresowałaś? – pomyślałam w duchu, sięgając po jednego „herbatnika”.

Ale wnuczka już zajęta była przeglądaniem telefonu.

Przyjdzie czas, to się dowiecie

Po tej rozmowie wnuczka nie dzwoniła przez kilka dni. Sądziłam, że da sobie spokój, ale myliłam się – przyszła w kolejną sobotę, tym razem w towarzystwie matki, mojej synowej, która rzadko mnie odwiedzała. Z miejsca zrozumiałam, że coś knują. Usadziły się obie przy kuchennym stole, a synowa, jak to miała w zwyczaju, zaczęła od spraw organizacyjnych.

– Mamusiu, tak myślałam… Może pomóc ci z rachunkami? – zaproponowała, zerkając ukradkiem na stosik papierów na półce.

– Wszystko opłacone, nie jestem jeszcze ślepa – odparłam spokojnie. – A jak czegoś nie zauważę, to sobie o mnie przypomną raz dwa.

Wnuczka skrzywiła się, szukając wsparcia w oczach matki. Synowa nie zamierzała jednak odpuszczać.

– Widzisz, chodzi nam tylko o twoje bezpieczeństwo. Tyle się słyszy o oszustach i naciągaczach. Ludzie w twoim wieku bywają naiwni – dodała z udawanym współczuciem.

– Nie jestem taka głupia – odparłam natychmiast. – Poza tym kto by mnie miał naciągnąć, jak już każdy swoje dostał?

Wnuczka nie wytrzymała, wybuchła:

– Babciu, po prostu się o ciebie martwimy. Ktoś może cię tak zmanipulować, że jeszcze przepiszesz majątek obcym.

Spojrzałam na nią uważnie.

– Czyli nie chodzi o mnie, tylko o to, żeby nic się nie zmarnowało? – spytałam powoli, aż zapadła cisza.

Matka i córka spojrzały po sobie.

– My tylko chcemy wiedzieć, co planujesz – wydukała synowa.

– Żeby sobie już wszystko w głowie rozdzielić? Spokojnie, przyjdzie czas, to się dowiecie. A może wtedy się zdziwicie – dodałam z uśmiechem.

Obie się spłoszyły, jakby pierwszy raz zrozumiały, że nie mają nade mną żadnej władzy.

Kto ostatnio pytał mnie, czego ja potrzebuję?

Od tamtej wizyty zrobiło się jakoś ciszej. Wnuczka przysyłała co najwyżej suche wiadomości na telefon – „Babciu, jak się czujesz?”, „Babciu, będziesz w domu po południu?”. Żadnych czułości, tylko kontrola. Synowa natomiast przez kilka dni obraziła się na cały świat. Myślała pewnie, że jak nie będę z nimi współpracować, to jeszcze pożałuję. Cóż, widocznie w tej rodzinie zapomniano, kto tu naprawdę rządzi. Pewnego popołudnia, zadzwonił dzwonek. Wnuczka. Tym razem bez matki, ale za to z bardzo poważną miną.

– Babciu, musimy porozmawiać – zaczęła, nawet nie zdejmując kurtki. – Może usiądziemy?

– Oczywiście, droga wolna – odparłam, wskazując krzesło przy stole.

Usiadła naprzeciwko mnie i wpatrywała się chwilę w blat.

– Babciu, to nie tak, że mi chodzi tylko o pieniądze. Ale w końcu jestem twoją wnuczkę, a rodzinie się pomaga, prawda?

– Pomaga, powiadasz? – uśmiechnęłam się. – A kto ostatnio pytał mnie, czego ja potrzebuję?

Zarumieniła się, zaczęła grzebać w torebce, jakby szukała wyjścia z sytuacji.

– No… może faktycznie rzadko pytam. Przepraszam.

– Pieniądze nie powinny być powodem, żeby ktoś o nas pamiętał.

Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o tej naszej rozmowie – czy naprawdę coś do niej dotarło, czy to była tylko chwilowa skrucha? Czasami wydawało mi się, że jeszcze potrafię ocenić ludzi, ale wnuczka tak często grała różne role, że trudno było się połapać, gdzie kończy się udawanie, a zaczyna prawda. Następnego dnia zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy może może wpaść po zajęciach. Zaprosiłam ją na obiad.

Przyszła po południu, tym razem już bez telefonu w ręce, bez pośpiechu, bez tej swojej maski ważnej pani ze świata, której wszystko się należy. Zrobiłam rosół z kluskami domowej roboty, usiadłyśmy razem przy stole, a przez chwilę żadne z nas się nie odzywało. Czułam, że czeka na moją decyzję – może o spadku, może o wybaczeniu, może o czymś jeszcze, czego nie potrafiła sama nazwać.

– Babciu, wiesz… – zaczęła nieśmiało, mieszając łyżką w talerzu. – Ja tak sobie wszystko przemyślałam. I może naprawdę nie powinnam była liczyć na to, że coś mi się należy. Może powinnam była częściej po prostu przyjść, pogadać, pomóc ci w czymś. Tak jak teraz.

Patrzyłam na nią długo, widząc w niej wreszcie kogoś, kto przemyślał pewne sprawy.

– Lepiej późno niż wcale – odpowiedziałam spokojnie. – A co do spadku… Wiesz, zawsze uważałam, że najważniejsze, co można komuś zostawić, to nie pieniądze. To pamięć, wspomnienia, trochę życzliwości. Pieniądze to tylko papiery.

– Wiem babciu.

– Dlatego, kochanie, moje decyzje zostawię na sam koniec. Żeby nikomu nie przyszło do głowy planować mojego życia za mnie.

Resztę dnia spędziłyśmy razem. Bez planowania, bez wyliczania, tylko ja, ona i kubek herbaty.

Aniela, 76 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama