Reklama

Zawsze myślałam, że byłam dobrą matką. Surową, owszem, wymagającą, ale przecież inaczej się nie dało. Czasy były trudne – trzeba było trzymać wszystko w ryzach. Anna i Monika miały być grzeczne, posłuszne, uczyć się dobrze i nie sprawiać kłopotów. Nie głaskałam ich po głowie, nie tuliłam do snu. Ale dbałam – miały co jeść, miały buty na zimę, książki do szkoły, porządek w domu. Uważałam, że to wystarczy.

Dziś mam ponad siedemdziesiąt lat i siedzę sama w swoim mieszkaniu. Monika mieszka niedaleko, ale wpada rzadko. Anna – ta to już w ogóle, w innym mieście, w innym świecie. O Zosi, mojej wnuczce, wiem tyle, co mi Monika albo Anna powiedzą. Że zdolna, że wrażliwa, że dużo czyta. A ja? Ja dla niej jestem chyba tylko starszą panią, która zawsze mówi „załóż szalik” i „nie siedź zgarbiona”.

Dzień Babci zbliżał się, a ja nawet nie czekałam na telefon. Co roku jest to samo – góra SMS. Czasem kwiatek, czasem nie. I nagle, zupełnie niespodziewanie, przyszła koperta. Ręcznie zaadresowana. Pachniała różanym zapachem. To był list od Zosi.

Bałam się otworzyć ten list

List od Zosi leżał na stole już od trzech godzin, a ja wciąż go nie otworzyłam. Chodziłam wokół niego jak kot. Raz po raz parzyłam sobie nową herbatę, ścierałam kurz z parapetu, nawet zaczęłam układać obrus, który i tak był równiutki. Serce waliło mi jak głupie. Jakby to był jakiś egzamin. Bo co siedemnastolatka może napisać babci, z którą nie rozmawia?

W końcu usiadłam, wzięłam głęboki wdech i przecięłam kopertę nożem do masła. Drżały mi ręce.

„Babciu…” – zaczynało się ciepło. Nawet ładnie pisała, taka równa ręka. Ale potem... Potem list stawał się coraz trudniejszy. Coraz bardziej bolał.

„Nie wiem, czy powinnam do Ciebie pisać. Nie znamy się zbyt dobrze. Ale właśnie dlatego piszę. Bo od dziecka czułam, że jesteś… obok, ale nie ze mną. Nigdy nie pamiętam, żebyś mnie przytuliła. Nigdy nie powiedziałaś, że mnie kochasz. Może to nie było dla Ciebie ważne. Ale dla mnie było.”

Czytałam te słowa z coraz większym ciężarem w piersi. Myślałam, że to będzie jakiś ciepły liścik, może miłe życzenia. A to był rachunek. Spokojny, bez krzyku, ale do bólu szczery.

„Mama mówi, że byłaś dla niej bardzo surowa. Że nie potrafiłaś okazać jej czułości. Wiem, że czasy były inne. Ale czy to naprawdę znaczy, że nie można było nas kochać…?”

Zamknęłam list, jakby parzył mnie w dłonie. Siedziałam długo w ciszy, słysząc tylko tykanie zegara i czajnik, który się wyłączył. Popłakałam się.

Nie mogłam w to uwierzyć

– Monika, przyjedź dziś do mnie na herbatę – powiedziałam przez telefon, starając się, by głos mi nie drżał. – Chciałabym z tobą porozmawiać.

– Coś się stało? – zapytała od razu podejrzliwie.

– Nie. Po prostu… przyjdź.

Nie lubię się tłumaczyć. Nigdy nie lubiłam. Ale tego dnia czułam, że coś muszę. Bo list od Zosi nie dawał mi spokoju, a słowa „czy naprawdę nie można było kochać nas na głos?” brzmiały mi w uszach cały ranek.

Monika przyszła jak zwykle – bez pukania, w sportowej kurtce, z torbą zakupów w ręku.

– Zrobiłam ci zakupy – rzuciła z przyzwyczajenia. – Bułki, kefir…

– Usiądź – przerwałam jej i wskazałam krzesło. – Muszę ci coś pokazać.

Podałam jej list. Usiadła z nim ostrożnie, jakby trzymała coś świętego. Czytała długo, w ciszy, raz tylko mruknęła pod nosem. Gdy skończyła, nie podniosła od razu wzroku.

– To… to prawda? – zapytałam w końcu.

Monika wzruszyła ramionami.

– Mamo, nie wiem, co chcesz usłyszeć.

Czy naprawdę byłam… taka?

Wtedy spojrzała mi prosto w oczy. I nagle coś w niej pękło.

– A jak myślisz? Nigdy nas nie przytuliłaś. Nigdy nie zapytałaś, jak się czujemy. Wszystko było ważniejsze – żeby był porządek, żebyśmy się uczyły, żeby nikt ci nic nie zarzucił.

– Ale przecież robiłam to dla was…

– Może. Ale nie tak się kocha, mamo.

Wstała i zaczęła chodzić po kuchni. Ja siedziałam jak zamurowana.

– Wiesz, co najbardziej pamiętam z dzieciństwa? – powiedziała w końcu. – Jak zabroniłaś mi płakać po tym, jak zgubiłam misia. Miałam wtedy pięć lat.

Nie miałam już nic do powiedzenia. Tylko cisza między nami zrobiła się gęsta.

Byłam zbyt zimna

Długo nie mogłam zasnąć tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, słysząc w głowie głos Moniki: „Nie tak się kocha, mamo”. Jak inaczej? Tego nikt mnie nie nauczył. Moja matka była zimna jak lód, ojciec surowy, nieobecny. Miłości u nas się nie mówiło. Miłość się okazywało… jedzeniem, czystym mieszkaniem, porządkiem. Tak myślałam.

Rano wzięłam pudełko z szafy. To, które trzymałam tam od lat, pełne starych zdjęć. Usiadłam przy stole i zaczęłam je przeglądać. Monika z kokardką, Anna w mundurku szkolnym. Ja – młoda, zacięta, poważna. Na żadnym zdjęciu się nie śmieję. Dzieci też jakby spięte, jakby na baczność. Czy to możliwe, że tak wyglądała nasza codzienność?

Zadzwoniłam do Ani.

– Halo?

– Cześć… To ja. Chciałam porozmawiać.

– Coś się stało?

– Nie… Zosia przysłała mi list na Dzień Babci. Poruszył mnie.

Po drugiej stronie zapadła cisza. W końcu Anna powiedziała spokojnie:

– Cieszę się, że go przeczytałaś. Może wreszcie coś do ciebie dotrze.

– Co masz na myśli?

– Mamo… Zosia napisała to, czego ja nigdy nie umiałam ci powiedzieć. Że karałaś nas milczeniem, chłodem, tym, że wiecznie coś było „ważniejsze”. Ja wiem, że nie robiłaś tego ze złości. Ale to niczego nie zmienia.

– Myślałam, że jak będę was trzymać w ryzach, to wam to w życiu pomoże…

– Może i pomogło. Ale przy okazji złamało. Ciebie też, prawda?

Zamilkłam. Bo miała rację. Co z tego, że wychowałam je na ludzi, skoro teraz patrzyłam na stare zdjęcia i nie potrafiłam sobie przypomnieć ani jednej wspólnej chwili śmiechu?

Odpisałam wnuczce

List do Zosi pisałam trzy razy. Pierwszy był chłodny. Taki „dorosły”, jakbyśmy omawiały jakiś raport. Drugi był defensywny – tłumaczyłam się, próbowałam udowodnić, że wszystko robiłam najlepiej, jak potrafiłam. Ale kiedy przeczytałam go na głos, usłyszałam tylko żal i pretensje. Nie tego chciałam. Trzeci list był inny. Usiadłam przy kuchennym stole z kartką w kratkę i zwykłym długopisem. Pisałam wolno, skreślając, poprawiając. I płakałam. Cicho, prawie bezgłośnie, jakbym się wstydziła własnych łez.

„Zosiu. Nie wiem, czy ten list coś zmieni. Ale jeśli piszesz, że chcesz zrozumieć, to spróbuję też zrozumieć Ciebie. I siebie.”

Wyznałam jej, że nikt mnie nie nauczył mówić „kocham cię”, że moje dzieciństwo to była cisza i obowiązki. Że nosiłam to potem w sobie całe życie i nie wiedziałam, że można inaczej.

„Myślałam, że jak się będzie miało wszystko poukładane, to będzie dobrze. Że ciepło to luksus, który się dostaje dopiero po spełnieniu wszystkich obowiązków. Ale teraz widzę, że to nieprawda.”

Pisałam, że żałuję. Że nie umiałam być taką babcią, jakiej potrzebowała. I że to nie jej wina, że się mnie bała, że się nie czuła przy mnie ważna.

Podpisałam się: Babcia Barbara, która chciałaby, żebyś poznała ją na nowo.

Włożyłam list do zwykłej białej koperty. Nie pachniała różami. Ale trzymałam ją w ręku z taką samą nadzieją, z jaką kiedyś wysyłałam dzieci do szkoły.

Teraz będzie lepiej między nami

Usłyszałam pukanie do drzwi w sobotnie popołudnie. Wstałam od stołu powoli, jakby każda sekunda miała dać mi więcej odwagi. Gdy otworzyłam, Zosia stała na klatce razem z Anną. Obie wyglądały inaczej niż je zapamiętałam. Zosia… miała w oczach coś, czego wcześniej nie widziałam – spokój. Może to był smutek, może dojrzałość. Anna trzymała w rękach ciasto w papierowej torbie.

– Cześć, babciu – powiedziała Zosia i uśmiechnęła się lekko. – Dziękuję za list.

Zrobiło mi się gorąco. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Cofnęłam się i tylko gestem zaprosiłam je do środka. Anna weszła pierwsza, potem Zosia. Usiadły przy stole, a ja nalałam herbaty. Dłonie mi się trzęsły. Przez chwilę tylko siorbanie i łyżeczki dzwoniące o filiżanki. Potem Zosia wyciągnęła rękę i podała mi kubek.

– Fajnie, że odpisałaś. Dużo o tym myślałam.

– Nie wiedziałam, co mam napisać – odezwałam się w końcu. – Nie umiałam. Nigdy nie umiałam.

Zosia skinęła głową.

– Ale zrobiłaś to. I to się liczy.

Spojrzała mi prosto w oczy. Zawstydziło mnie to spojrzenie. Miałam wrażenie, że widzi we mnie więcej, niż bym chciała pokazać.

– Zosiu… ja naprawdę chciałabym… jeszcze się czegoś nauczyć – wyszeptałam.

Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Ale wtedy, pierwszy raz w życiu, sama ujęłam jej dłoń.

Kocham cię – powiedziałam cicho.

I choć głos mi zadrżał, ona się nie wystraszyła. Uśmiechnęła się.

– Ja ciebie też.

Irena, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama