„Wnuczka traktowała mnie jak bankomat, a ja udawałam, że tego nie widzę. Bałam się, że ją stracę, jak coś powiem”
„Ważniejsze było to, że przychodziła. Że siadała przy stole, że w mieszkaniu znów było słychać czyjś głos. Paragony mogły ginąć. Byleby ona nie zniknęła”.

Dni po śmierci Witolda układały mi się w równe, ciche rzędy. Poranna herbata, otwarte okno, ten sam widok na podwórko. Jedyną zmienną w tym porządku były wizyty Klary. Na nie czekałam jak na święto, choć z czasem zauważyłam, że coraz częściej pretekstem do rozmowy stawało się coś bardzo przyziemnego.
Dawałam jej pieniądze
Klara przyszła tamtego dnia zdyszana, z włosami związanymi byle jak. Stała w progu, już ściągając buty, jakby bała się, że się rozmyślę.
– Babciu, mogę cię o coś poprosić? – zapytała jeszcze zanim zdążyłam zaproponować herbatę.
Serce zabiło mi szybciej. Zawsze tak reagowałam na te słowa. Prośba oznaczała, że jestem potrzebna.
– Oczywiście, dziecko. Wejdź, usiądź – odpowiedziałam i odsunęłam krzesło, to samo, na którym kiedyś siadał Witold.
– Bo wiesz… – zaczęła, przeszukując torbę – zapomniałam portfela, a muszę zrobić zakupy. Tylko na chwilę. Oddam jutro, jak tylko będę na uczelni.
Wyjęłam portmonetkę bez wahania. Kwota była niewielka, nawet jej nie liczyłam. Podałam jej banknoty i przez moment poczułam, że może jednak robię źle.
– Paragon weź, żebym wiedziała, ile wyszło – rzuciłam, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby.
– Jasne, jasne – machnęła ręką. – Jak zawsze.
Wróciła po godzinie. Postawiła na stole torbę z zakupami, cmoknęła mnie w policzek.
– Lecę, babciu, bo jeszcze mam jedno spotkanie. Zostawiłam paragon na szafce, dobrze?
Skinęłam głową. Zawsze zostawiała. A potem gdzieś znikał.
Wieczorem, gdy sprzątałam, spojrzałam na szafkę. Nic na niej nie było. Pomyślałam, że pewnie wypadł, że młodzi żyją w biegu. Sama kiedyś też gubiłam drobiazgi, a świat się od tego nie kończył.
Następnym razem było podobnie. I kolejnym. „Tylko na chwilę”, „do jutra”, „na moment”. Te słowa układały się w znajomy refren. Czasem próbowałam zapytać delikatnie.
– Klaro, a pamiętasz może, ile to wtedy wyszło?
Patrzyła na mnie zdziwiona.
– Oj, babciu, naprawdę nie pamiętam. Niewiele przecież.
Uśmiechałam się wtedy i kiwałam głową, choć w środku coś mnie niepokoiło. Zaraz jednak zagłuszałam ten niepokój. Ważniejsze było to, że przychodziła. Że siadała przy stole, że w mieszkaniu znów było słychać czyjś głos. Paragony mogły ginąć. Byleby ona nie zniknęła.
Dużo by się uzbierało
Z czasem zaczęłam zauważać, że portmonetka robi się lżejsza szybciej niż dawniej. Nie był to jeden duży wydatek, raczej drobne ukłucia, które sumowały się po cichu. Raz było na książki, innym razem „na opłaty”, jeszcze innym „bo coś wyskoczyło”. Klara mówiła to wszystko tym samym, spokojnym tonem, jakby chodziło o pogodę.
Pewnego popołudnia wyjęłam zeszyt w kratkę, ten sam, w którym kiedyś zapisywałam wydatki domowe. Witold zawsze się z tego śmiał.
– Ty i te twoje liczby – mówił, zaglądając mi przez ramię. – Jakbyś miała nad nimi jakąś władzę.
Teraz siedziałam sama przy stole. Drżącą ręką zapisałam datę i kwotę. Potem następną. I kolejną. Przez chwilę poczułam ulgę. Jakby sam fakt zapisania czegokolwiek przywracał porządek. Gdy Klara przyszła następnym razem, zeszyt leżał na stole, zupełnie niechcący. Zauważyła go od razu.
– Babciu, co to? – zapytała, marszcząc brwi.
– A… nic takiego – odpowiedziałam zbyt szybko. – Tylko sobie notuję.
– Po co? – Jej głos zrobił się chłodniejszy. – Przecież ja zawsze oddaję.
Zawahałam się. W głowie pojawiło się tysiąc słów, ale żadne nie chciało wyjść.
– No chodzi właśnie o to, że nie bardzo, ale przecież ja nie wołam zwrotu...
Zamknęłam zeszyt i wsunęłam go do szuflady. Jeszcze tego samego wieczoru wyrwałam zapisane kartki i podarłam je na drobne kawałki. Wyrzucając je do kosza, miałam wrażenie, że robię coś wstydliwego, jakby to nie pieniądze były problemem, tylko ja.
Coraz częściej przypominałam sobie pierwsze miesiące po śmierci Witolda. Telefony, które milkły. Znajomych, którzy „mieli swoje sprawy”. Wtedy nauczyłam się, że łatwiej jest nie pytać. Nie domagać się. Nie stawiać granic, bo te granice szybko zostają puste.
Nie miałam odwagi
Renata zaczepiła mnie na klatce schodowej, gdy wracałam z poczty. Stała oparta o poręcz, z torbą zakupów w ręku, jakby czekała właśnie na mnie.
– Heleno, masz chwilę? – zapytała cicho.
Skinęłam głową. Zawsze była uprzejma, trochę za bardzo zainteresowana cudzym życiem, ale tego dnia w jej głosie było coś innego. Ostrożność.
– Widzuję twoją wnuczkę – zaczęła, patrząc nie na mnie, a na schody. – Często wpada. Dobrze, że masz kogoś bliskiego.
Poczułam, jak napinam ramiona.
– Mam – odpowiedziałam krótko.
Renata poprawiła uchwyt torby.
– Wiesz… ja tylko tak mówię… czasem młodzi nie zdają sobie sprawy. Biorą, bo mogą. A starsi… – zawiesiła głos. – Starsi często się boją powiedzieć „dość”.
Spojrzałam na nią ostro.
– Klara jest dobrą dziewczyną.
– Ja nie mówię, że nie – pospieszyła z wyjaśnieniem. – Tylko żebyś uważała. Dla własnego spokoju.
Weszłam do mieszkania szybciej niż zwykle. Zamknęłam drzwi, przekręcając zamek dwa razy, jakby Renata mogła wejść za mną razem z tymi słowami. Usiadłam na krześle i przez długą chwilę patrzyłam na stół. Wiedziałam, że ma rację. I wiedziałam, że nic z tym nie zrobię.
Kiedy Klara przyszła następnego dnia, była roześmiana, opowiadała coś o zajęciach, o ludziach, których nie znałam. W pewnym momencie zawahała się, jakby sprawdzała grunt.
– Babciu, pożyczyłabyś mi jeszcze trochę? Oddam, jak tylko dostanę pieniądze.
Patrzyłam na nią i nagle zobaczyłam dwie drogi. Jedną, na której pytam, proszę o wyjaśnienie, stawiam warunek. I drugą – cichą, znajomą, prowadzącą do tego, co już umiałam: do zgody.
Wybrałam milczenie.
– Weź – powiedziałam, podając jej portmonetkę. – Tylko uważaj.
Uśmiechnęła się z ulgą. A ja zrozumiałam, że to nie brak odwagi mnie prowadził, tylko strach przed samotnością. Milczenie stało się moim wyborem. Jedynym, który gwarantował, że drzwi jeszcze się otworzą.
Zawsze chodziło o kasę
Z czasem nauczyłam się rozpoznawać rytm tych wizyt. Klara wpadała szybkim krokiem, siadała na brzegu krzesła, jakby w każdej chwili mogła wstać. Torebka zawsze leżała na kolanach, dłonie nerwowo bawiły się suwakiem. Rozmowy stały się krótkie, poszarpane, pełne luk.
– Co u ciebie, babciu? – pytała z uprzejmości.
– Po staremu – odpowiadałam, bo nie było już czego opowiadać.
Chwilę później padało to jedno zdanie, coraz mniej zakamuflowane.
– Mogłabyś mi pomóc?
Już nie pytałam „na co”. Wyjmowałam pieniądze automatycznie, jakby były biletem wstępu do tych kilku minut obecności. Zauważyłam, że Klara rzadziej się rozgląda po mieszkaniu, nie pyta o zdjęcia, o zegar po dziadku. Jakby to miejsce przestało mieć znaczenie, poza jedną szufladą.
Czasem, gdy zostawałam sama, próbowałam spojrzeć na siebie z boku. Na kobietę, która liczyła dni od wizyty do wizyty i uczyła się nie oczekiwać niczego więcej.
– Witold by coś powiedział – szepnęłam kiedyś do pustego pokoju.
Widziałam go wyraźnie, jak siedzi przy stole, marszczy brwi. On zawsze stawiał granice tam, gdzie ja je omijałam. Pomyślałam, że może dlatego odszedł pierwszy, a ja zostałam z tym swoim cichym przyzwoleniem na wszystko. Klara przychodziła. I to musiało wystarczyć.
Nic jej nie powiem
Paragon znalazłam przypadkiem. Wypadł z kieszeni kurtki Klary, tej jasnej, którą powiesiła na oparciu krzesła. Schyliłam się po chusteczkę i zobaczyłam go na podłodze. Podniosłam, zanim zdążyłam pomyśleć.
Liczby były wyraźne. Jedna obok drugiej. Suma, która nie miała nic wspólnego z tym, co mi mówiła. Przez chwilę świat się zatrzymał, jakby ktoś ściszył dźwięki. Usłyszałam tylko własny oddech.
– Babciu? – zawołała z kuchni. – Masz może jeszcze trochę drobnych?
Ścisnęłam paragon w dłoni. W głowie zobaczyłam scenę, której nigdy wcześniej nie dopuściłam do siebie. Ja, mówiąca spokojnie, bez krzyku. Ona, zaskoczona, może zawstydzona. A potem cisza. Drzwi zamknięte. Telefon, który nie dzwoni. Kolejne poranki, w których nikt nie puka.
Podniosłam się powoli. Wsunęłam paragon z powrotem do kieszeni kurtki, wygładziłam materiał, jakbym poprawiała coś bardzo kruchego.
– Już idę – odpowiedziałam.
Dałam jej pieniądze. Wzięła je bez patrzenia, pocałowała mnie w policzek i wyszła, spiesząc się jak zawsze. Zostałam sama w mieszkaniu, które nagle wydało mi się jeszcze większe. Od tamtej pory nie pytam już o nic. Nie szukam paragonów, nie liczę, nie zapisuję. Wiem dokładnie, co się dzieje, i właśnie dlatego milczę. Pieniądze stały się ceną za obecność, a ja zgodziłam się ją płacić.
Najtrudniejsze było uświadomienie sobie, że nikt mnie nie oszukiwał bardziej niż ja sama. Bo to nie Klara nauczyła się brać bez oddawania. To ja nauczyłam się oddawać wszystko, byle nie zostać sama.
Helena, 74 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mama mówi, że woli być biedna, niż korzystać z mojej kasy. A potem pożycza pieniądze od sąsiadki”
- „Dawałam rodzicom kasę zamiast obecności. Odpłacili mi się w testamencie i nic już nie mogę z tym zrobić”
- „Po pogrzebie babci przestaliśmy być rodziną. Kłótnia o spadek po niej pokazała, że liczy się tylko kasa”

