Reklama

Nie mam wielu świąt, na które czekam, ale Dzień Babci... Dzień Babci to mój dzień. Jeden jedyny, w którym naprawdę czuję, że jestem komuś potrzebna.

Lena na pewno przyjdzie – powiedziałam sąsiadce na klatce, uśmiechając się z przekonaniem. – Zawsze przychodzi.

Lena, moja wnuczka. Siedemnaście lat, ale jeszcze niedawno tuliła się do mnie na kanapie, prosiła o bajkę i wypijała kakao do ostatniej kropelki. Zawsze mówiła, że najlepiej pachnę na świecie.

Od rana sprzątałam mieszkanie jak na wizytę królowej. Upiekłam jej ulubiony jabłecznik z cynamonem. Wystawiłam na stół zdjęcie, które zrobiłam nam, gdy miała czternaście lat i obie śmiałyśmy się tak, że aż łzy leciały. Obrus – biały, ten najlepszy. Kwiaty w wazonie. Włożyłam nową sukienkę. Tylko jej nie było. Wpatrywałam się w zegar. Herbata dawno wystygła. Nikt nie zadzwonił do drzwi. I wtedy zadzwoniłam ja.

Nie mogłam się doczekać

Zegar w kuchni cykał coraz głośniej. Piętnaście po czwartej. Lena czasem przychodziła po lekcjach, koło trzeciej. Może coś się przedłużyło? Może autobus nie przyjechał? Albo korepetycje... Tak, może Marta kazała jej zostać dłużej.

Chodziłam z pokoju do pokoju, zaglądając co chwilę przez okno. Na talerzyku kawałek jabłecznika już stwardniał. Przeniosłam go do kuchni, po czym zaraz wróciłam i położyłam nowy. Ten świeższy. Na wypadek, gdyby się pojawiła.

– Marta, dzień dobry... tylko chciałam zapytać, czy Lena dobrze się czuje? Bo tak... myślałam, że wpadnie dzisiaj, skoro jest Dzień Babci.

W słuchawce cisza. I ten ton głosu mojej córki – zmęczony, zniecierpliwiony.

– Lena nie przyjdzie – powiedziała cicho. – Powiedziała, że nie lubi jak pachnie u ciebie w mieszkaniu.

Zamarłam.

– Co powiedziałaś?

– Że nie lubi tego... zapachu. Mamo, nie bierz tego do siebie, to nie... – westchnęła – dzieci są teraz inne.

Nie pamiętam, co odpowiedziałam. Chyba nic. Ręce mi się trzęsły, jakby to nie słowa mnie zraniły, tylko ktoś rzucił we mnie kamieniem. Usiadłam przy stole. Talerz z ciastem przede mną, obok zdjęcie Leny. Uśmiechnięta, przytulona do mnie. Jakie to okrutne. Rozpłakałam się.

Było mi bardzo przykro

Przez kolejne dni chodziłam po mieszkaniu jak cień. Nie gotowałam, nie myłam się, nawet nie wietrzyłam. Siedziałam w szlafroku, otulona ciszą, która dudniła w uszach głośniej niż hałas świata za oknem. Zapach starego człowieka. Słowa wbijały się we mnie codziennie, jak szpilki. Najpierw nie rozumiałam. Potem zaczęłam się wąchać. Dosłownie. Szalik, który noszę od lat. Kołnierz płaszcza. Poduszka. Czy to jest ten zapach? Czy tak pachnie samotność? Starzenie się?

W łazience szorowałam ciało gąbką, jakby można było zmyć z siebie lata. Mydło o zapachu konwalii, potem cytrynowy płyn do płukania, potem octem wypłukałam ubrania – wyczytałam w internecie, że zabija zapach. Jakikolwiek. Kiedy zadzwonił telefon, nie odebrałam. Dopiero po czterech próbach zobaczyłam, że to Piotr. Mój syn.

– Mamusiu? – zapytał. – Wszystko dobrze?

– Tak, tak, kochanie – skłamałam. – Lena była... tak się cieszyła...

Zamknęłam oczy, bo sama siebie nie poznawałam.

– Mamo... nie musisz kłamać – zawahał się. – Marta mówiła, że Lena jednak nie przyszła.

Zamilkłam.

Pogadamy przy kawie, przyjadę – powiedział tylko.

A ja znów rozpłakałam się jak dziecko.

To było okrutne

Zebrałam się dopiero po tygodniu. Z trudem, ale zadzwoniłam.

– Marta... musimy porozmawiać.

Westchnęła. Ten dźwięk – obojętny, zniecierpliwiony – zabolał mnie bardziej niż Lena tamtego dnia.

– Mamo, wiem, że jesteś rozczarowana. Ale Lena ma prawo do swoich uczuć.

– Do swoich uczuć? – powtórzyłam powoli. – A ja? Ja nie mam prawa do żadnych?

Ona jest wrażliwa, to pokolenie tak ma – dodała ciszej.

– Starości – powtórzyłam, śmiejąc się gorzko. – Czyli mnie.

– To tylko jeden dzień.

– Jeden dzień? – wybuchłam. – To był mój dzień! Ten jeden jedyny w roku, na który czekam cały czas!

Zamilkła.

– Pamiętasz, jak ty miałaś siedemnaście lat i cię zabolało, że ojciec nie przyszedł na twoje przedstawienie? Powiedziałaś mi wtedy, że to był „tylko jeden dzień”, ale bolało. Pamiętasz?

– To co innego... – warknęła. – On mnie wtedy zawiódł jako ojciec. A Lena po prostu... nie przyszła.

Zacisnęłam palce na telefonie.

– Bo ją odstręcza zapach?

Przestań dramatyzować, błagam.

– Nie nauczyłaś jej szacunku – powiedziałam cicho. – Ani ciebie, ani jej już nie obchodzę.

I się rozłączyłam.

Wyżaliłam się synowi

Piotr przyszedł bez zapowiedzi, z paczką moich ulubionych ciastek i tulipanami, jakbym miała urodziny.

– Wiesz, że nie trzeba było – mruknęłam, ale gdy mnie objął, ramiona same opadły mu na plecy. Przytuliłam się, jak dziecko.

Usiedliśmy w kuchni. Zaparzyłam herbatę, choć ręce mi się trzęsły.

Powiesz mi, co się stało? – zapytał cicho.

Spojrzałam na niego, na te jego dobre oczy, takie same jak miał mój Władek. I nagle wszystko się ze mnie rozpadło. Musiałam zrzucić z siebie ten ciężar.

– Zapach starego mieszkania – powiedziałam prawie szeptem. – Powiedziała, że dlatego nie przyszła.

Piotr zamarł.

– Ona to naprawdę powiedziała?

– A co? Myślisz, że sobie wymyśliłam, bo już mi się miesza w głowie?

– Mamusiu, nie mów tak – pochylił się i ujął moją dłoń. – To okrutne, nie powinna była tego powiedzieć. I Marta nie powinna była na to pozwolić. Przepraszam cię za nie.

– Nie tłumacz ich. To nie twoja wina.

– Ale mnie obchodzi. Zawsze. I wiesz co? – uśmiechnął się smutno – dla to pachniesz jak dom. Jak ciepłe mleko i koc, jak dzieciństwo. I chcę, żebyś to wiedziała.

Zacisnęłam usta, ale łzy popłynęły. I nie wstydziłam się już płakać.

– Porozmawiam z nimi – dodał. – Ale nawet jeśli nic się nie zmieni, ja jestem. I będę.

Potrzebowałam tych słów bardziej, niż umiałam przyznać.

Nie będę żebrać o uwagę

Nie pisałam do Leny. Nie dzwoniłam. Nie potrafiłam. Ale też... nie chciałam już błagać o miłość.

Siedziałam całe dnie w fotelu pod oknem, patrząc, jak dzieci na podwórku rzucają się śnieżkami. Miałam kiedyś swoją dziewczynkę. Też tak biegała, z czerwonym nosem, wołała: „Babciu, patrz!”. A ja patrzyłam. I byłam najważniejsza na świecie. Teraz byłam tylko starą babą, która pachnie dziwnie. Zaczęłam zauważać ludzi takich jak ja – na przystanku, w kolejce w aptece, zgarbionych, cichych. Ile z nich czeka na telefon, który nie dzwoni? Na uścisk, który nie nadchodzi?

Zrozumiałam coś ważnego. Że ta rana wcale nie boli tylko dlatego, że Lena mnie odrzuciła. Boli, bo ja sama zapomniałam, że mam prawo nie zgadzać się na to, żeby mnie raniono. Pewnego dnia przyniosłam z piwnicy stare pudło z koralikami, włóczkami, guzikami. Włączyłam radio i zaczęłam dziergać szalik. Nawet nie wiedziałam dla kogo. Może dla siebie. Może dla dziecka sąsiadów. Tego dnia nie płakałam. Nawet gdy spojrzałam na zdjęcie Leny.

Janina, 75 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama